Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Shunzo Ohno - Something Coming

Drugi solowy album trębacza. Pojawiają się na nim między innymi dwaj współpracownicy Milesa – klawiszowiec Cedric Lawson i gitarzysta Reggie Lucas, ponadto znakomity drummer Roy Haynes oraz jeden z najwybitniejszych japońskich muzyków jazzowych Masabumi Kikuchi. W obrębie swojego idiomu album jest po prostu kilerski. Świetna mieszanka space-fusion i funk/jazzu. Gra Ohno na trąbce, zarówno w partiach lirycznych, jak i tych bardziej ekspresyjnych, niedwuznacznie kojarzy się z Milesem Davisem. Słychać to dobrze choćby w ponad czternastominutowym utworze tytułowym, w którym Ohno serwuje nam wyborne solówki. Warto zwrócić także uwagę na grę Lawsona na syntezatorze, który kreuje różne kosmiczne pejzaże. Dzieje się tu naprawdę sporo. Mnogość pomysłów, transowy charakter – wszystko to sprawia , że czas w trakcie słuchania utworu mija niepostrzeżenie. „Something coming” wyrasta także z inspiracji dokonaniami Hancocka z okresu „Head hunters”, co słychać doskonale w „But it's not so”. Obok „Falter out” (1972) to zdecydowanie najbardziej udana pozycja w dorobku tego japońskiego trębacza.
Autor - Mahavishnuu
Fun Page


Throbbing Gristle - Kreeme Horn

Kreeme Horn - "In Praise of the Grotesque" - pełna nazwa nieoficjalnego wydawnictwa zawierającego jeden z najwcześniejszych występów Throbbing Gristle w londyńskim The Death Factory z 1975 roku.
Pojawienie się Throbbing Gristle, jednej z najbardziej wpływowych grup w historii rocka, odcisnęło się na kształcie światowej muzyki pop, tak samo jak pojawienie się w latach 60 The Doors. Potem pojawił się Kraftwerk dokonując kolejnej rewolucji, aż wreszcie pod koniec lat 70, w erze punka i disco Throbbing Gristle stworzył nowy nurt rocka industrialnego, który okazał się niezwykle wpływowym zjawiskiem na kolejne dekady.
Zespół powstał we wrześniu 1975 roku po rozwiązaniu tria performerskiego COUM Transmissions; do trójki z COUM dołączył jeden z najbardziej utalentowanych brytyjskich inżynierów dźwięku Chris Carter, który mimo młodego wieku, posiadał już doświadczenie w pracy w BBC. Z performerami z COUM zapoznał się w trakcie pracy nad oprawami koncertów zespołów Yes i Hawkwind.
Throbbing Gristle mający swe korzenie w prog-rocku czerpali swoje inspiracje z twórczości awangardowych kapel pokroju Pink Floyd, The Velvet Undreground oraz niemieckiego nurtu krautrocka. Krautrock odcisnął zresztą najmocniejsze piętno na wczesnym TG; czwórka instrumentalistów, jeszcze bez wokalisty, to wzorzec żywo zaczerpnięty z Niemiec, choć z czasem miało się to zmienić, Genesis P- Orridge stanie się nie tylko wyraźnym wokalistą ale i prawdziwym frontmanem.
Kreeme Horn - występ w The Death Factory jest obrazem wczesnego TG, praktycznie niemal w całości prezentującego muzykę instrumentalną - pełną fabrycznych zgrzytów, dronową, transową, hałaśliwą i psychodeliczną z niespotykanym na ogół w Wlk. Brytanii instrumentarium - starymi stuningowanymi skrzypcami elektrycznymi, rozstrojoną gitarą prowadzącą, syntezatorami własnej roboty Chrisa Cartera, czy też samplerem zrobionym z walkmamów Petera Christophersona. Było to nietypowe, coś zupełnie nowego na brytyjskiej scenie muzycznej, zespół bardziej pasował do sceny niemieckiej.
Album Kreeme Horn otwiera 18-minutowy dronowy Careless Idle Chatter z przeciągłymi skrzypcami oraz bluesowo-folkowym brzmieniem gitary; wszystko to wypełniają wszechobecne zgrzyty, dominuje chaos, nie istnieje sekcja rytmiczna, co szybko budzi skojarzenia ze sceną berlińską; utwór jest bardzo bliski wczesnym dokonaniom Cluster i Tangerine Dream.
Z całego chaosu wyłania się porządek dopiero w następnym utworze, 15-minutowym Merely Nodding utrzymywany przez miarowy i transowy beat archaicznego automatu perkusyjnego oraz sekwencerowego pulsu, wokół których słychać wszechobecne zgrzyty, zaś całość idealnie imituje pracę pełną parą fabrycznej taśmy. Merely Nodding to pierwszy przykład klasycznego stylu Throbbing Gristle.
Raw Mode of Life - najkrótszy, nieco ponad 8-minutowy utwór jest z kolei wyciszeniem; dronowe brzmienie przypominające wiolonczelę, a w tle chłodne smyki - i znowu pojawiają się skojarzenia z Cluster.
W Rumour and Dishonour po raz pierwszy pojawia się wokal Genesisa P- Orridge'a; to zaledwie wyrecytowane kilka zdań (uzupełnione o głos z taśmy), głos Genesisa jest cichy i przytłumiony, jakby artysta nie chciał ingerować zbytnio w muzykę. Utwór oparty jest na psychodelicznie wibrujących efektach stereofonicznych, riffie gitarowym, skrzypcach i syntetycznych gwizdach.
Ostatni utwór - Ugliness Is a Form of Genius jest jakby kontynuacją pierwszego - klimat z wczesnego Cluster - bluesowo-folkowy gitarowy riff na przemian z przeciągłymi skrzypcami elektrycznymi imitującymi brzmienia szlifierek; niesamowity klimat rodem z zaniedbanego przemysłowego Manchesteru.
Cały album od strony graficznej został opatrzony tekstami kontrowersyjnego irlandzkiego katolickiego duchownego Ojca Malachi.
Autor - Depeche Gristle



Cave - Psychic Psummer

Psychodelię można grać na wiele sposobów. Chicagowski band nie gra długich jammów, ich muzyka ma podstawy w krautrocku (Can, Neu!). Grają konkretne struktury, umiejętnie operując dynamiką, wokal potraktowano jak kolejny instrument. Kompozycje, choć transowe nie nużą, wprost przeciwnie. Inspiracje Kraftwerkiem, czy Joy Division tak, ale nie tak oczywiste. Dobra elektronika, ciekawe pomysły, brzmienia, klimat. Jadą zwartą ścianą dźwięku, płyta fantastycznie zmiksowana. Mój marny sprzęt wreszcie pokazuje, że nie jest taki marny. Muzyka świetnie nadaje się na poranne gimnastyki przy kawie, energia tych ludzi dosłownie zniewala i wyzwala ochotę do działania na cały dzień. Sekcja pompuje, nie jest to chłodny "skwantyzowany" rytm, bass głęboki, lekko kołyszący. I na to właśnie elektronika, gitary (oszczędnie). Album króciutki, super strzał !!!, oprócz jednego, okładki.


Bernard Paganotti - Paga

Coś dla zwolenników zeuhl, a szczególnie formacji Weidorje. Paga Group to projekt Bernarda Paganottiego, który jest w pewnym sensie kontynuacją linii muzycznej zapoczątkowanej właśnie przez Weidorje. Pojawiają się w nim najważniejsze postacie grające wcześniej w Weidorje (Patrick Gauthier, Kirt Rust, Jean-Phillipe Goude, Yvon Guillard, Alain Guillard i rzecz jasna Bernard Paganotti). Miłym zaskoczeniem jest brzmienie płyty, które wolne jest od syntetycznego soundu na modłę ejtisową. Muzyka w sensie stylistycznym sprawia wrażenie, jakby żywcem została wyjęta z drugiej połowy lat 70-tych. „Paga” przynosi interesującą mieszankę zeuhl i jazz-rocka. Nie uświadczymy na tym albumie żadnych eksperymentalnych eksploracji. Muzyka jest melodyjna, względnie prosta w odbiorze, spokojnie może zainteresować nawet zwolenników bardziej konwencjonalnego progresu. Różne smaczki znajdą dla siebie fani bandu Christiana Vandera – charakterystyczny bas Paganottiego, partie wokalne śpiewane scatem (jedną z wokalistek jest niejaka Maria Popkiewicz). Szczególnie mocno „magmowaty” jest najdłuższy utwór na płycie „Une Parcelle d'Urantia”, który spokojnie mógłby trafić na „Üdü Ẁüdü” czy też „Attahk”. Nie jest to pozycja kanoniczna, niemniej dla mnie była na pewno miłym zaskoczeniem. To jeszcze jeden bardzo mało znany album, w który warto się zanurzyć.
Małe wyjaśnienie. W wersji oryginalnej na winylu w 1985 roku album firmował Bernard Paganotti. Kompaktowa reedycja przyniosła zmianę – w tym przypadku mamy już do czynienia z formacją Paga Group. To tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś szukał tego albumu i był zdziwiony inną nazwą.
Kolejny projekt Paganottiego, pod nazwą Paga, nagrany już z w innej konfiguracji personalnej przyniósł album „Haunted” (1988). Niestety ustępował swojemu poprzednikowi. Przyniósł dość konwencjonalną mieszankę rocka progresywnego i jazz-rocka. Zauważalne były na nim zanikające wpływy estetyki zeuhl.
Autor - Mahavishnuu
Fun page


Cluster - Curiosum

Curiosum - album studyjny formacji Cluster nagrany w Wiedniu i wydany w maju 1981 roku nakładem Sky Records, był zresztą ostatnim albumem Cluster nagranym dla tej wytwórni.
U progu lat 80 XX wieku niemieckie zespoły nurtu Krautrocka na ogół popadały w poważny kryzys - Can, Faust czy Neu! uległy rozwiązaniu, zaś inne, takie jak Kraftwerk, Tangerine Dream czy Ash Ra Tempel coraz bardziej unowocześniały swoje elektroniczne instrumentarium, stoponiowo przechodząc na cyfrowe syntezetory przy jednoczesnym braku pomysłów na nowe brzmienie, dlatego też nazwa wydanego w maju 1981 roku albumu Cluster "Curiosum" wydaje się w zupełności trafiona, bowiem album oferuje zupełny powrót do prostej analogowej elektroniki. Żeby było jeszcze bardziej kuriozalnie - dekadę wcześniej Cluster dysponował znacznie bardziej rozbudowanym elektronicznym instrumentarium niż ówczesne Kraftwerk i Tangerine Dream - teraz zaś było na odwrót.
Album Curiosum otwiera zupełnie pogodny niemal erotycznie sprośny kawałek Oh Odessa z powtarzalnym melodyjnym i łatwo wpadającym w ucho chwytliwym motywem klawiszowym. Dalsza część albumu prezentuje się bardziej mrocznie: utwory Proantipro i Seltsame Gegend oparte są na protohouse'owym pulsie basu sekwencerowego z charakterystycznymi syntetycznymi udziwnieniami dźwiękowymi podobnymi do tych z płyty Zuckerzeit (1974).
Druga część albumu zaczyna się od nastrojowego niespełna czterominutowego Helle Melange - jest to powrót do analogowej elektroniki początku lat 70, klimat niemal do złudzenia przypomina wczesne płyty Jeana Michela Jarre'a; kawałek mocno oscyluje w klimacie muzyki z gierek na Atari i Commodore.
Następny kawałek - króciutki Tristan in der Bar - jest powrotem do prostej moogowej elektroniki lat 60 duetu Perrey and Kingsley.
Charlic jest połączeniem mrocznego walczyka (sekwencerowy kręgosłup utworu) i chwytliwego analogowego pogodnego motywu klawiszowego rodem z wczesnego Jarre'a..
Całość kończy utwór Ufer nawiązujący tym razem do własnych korzeni; ponad ośmiominutowy utwór oparty na niemal jednostajnym psychodelicznym brzmieniu organów Farfisa, wokół którego rozbrzmiewają dźwięki ambientalnych syntetycznych szumów, delikatnych smyków, a nawet cichej sekcji dętej; przepiękny klimat z krainy jawy i snu. Ciekawostką albumu jest całkowity brak sekcji perkusyjnych, jednakże album świetnie utrzymują w rytmie (poza spokojnym Ufer) wyraziste pulsacje syntezatorowe.
Niestety wspomniany na wstępie kryzys zespołów nurtu Krautrocka nie ominął również Cluster; po wydaniu albumu Curiosum, formacja zawiesiła działalność na niemal 10 lat. Jednakże ze wszystkich płyt wydanych przez Krautrockowców na początku lat 80 Curiosum jest tą najspójniejszą i najciekawszą pod względem artystycznym.
Autor - Depeche Gristle


Mechanik - Velut Stella Splendida

Moja podróż muzyczna trwa, z jednej krainy w drugą. Światy zmieniają się płynnie, czasem niepostrzeżenie. Oczywiście próbuję kontrapunktować, lecz bez skutku. Jeśli ktoś próbuje coachingu, NLP, próbuje kontrolować podświadomość, traci człowieczeństwo. Staje się wyzutym z naturalności egoistycznym dupkiem. Co się musi wypełnić w tej sferze, niech się wypełnia. Praktycznie zawsze opuszczam daną krainę z lekkim nienasyceniem, bez żalu, ponieważ już ta nadchodząca, przyciąga emanując światłem.
Mechanik gra muzykę, która nie jest może odkrywcza, gdzieś przypomina wczesnych Pink Floyd, ale tylko w sposobie zarządzania czasem w kompozycji. Syd był szalony, Roger zdyscyplinowany, reszta to tło, znakomite zresztą. Ale nie o tym, muzyka "mechanika" dla smakoszy wielkich kosmicznych podróży, elektronika iskrzy, sekcja jak maszyna cyberparowa i nieco postrockowa gitara. Panowie pochodzą z Madrytu, nagrywają dla Rosjan, używają ksywek, muza najważniejsza. Mówiąc o Rosjanach, myślę o R.A.I.G. Records, mam zamiar spenetrować ten label dokładnie, a tu same kapele mnie sprowadzają do celu. To zasługa YT.
Mechanik wprowadza w trans pozwalający zajrzeć za horyzont zdarzeń, na szczęście można stamtąd powrócić. Chcielibyście wiedzieć co tam jest ? No to w drogę. Większość ludzi milczy - tytuł ostatniego numeru - bardzo dobrze, lubię, gdy ludzie milczą, dodałbym więc -  niech  - ponieważ niewielki procent ma tak naprawdę coś do powiedzenia. Przez większość życia musiałem słuchać tego ględzenia. Teraz wreszcie mogę zamykać i otwierać ich usta, w zależności od kaprysu. Mechanik do mnie przemawia, ale uwaga jest to muzyka chłodna i mroczna, miej się więc na baczności. Życie wymaga, lecz przynosi radości, to równowaga. Jeszcze kilka doskonałych płyt do omówienia i pewnie moja nieznana siła skieruje mnie na inne tory, tymczasem Mystery Space Mode.


The Doors - L.A. Woman

L.A. Woman, to ostatni album The Doors z udziałem Jima Morrisona nagrywany na jesieni 1970 roku. Jim był wówczas mocno wyczerpany zarówno serią procesów sądowych, jak i kulejącym związkiem ze swoją dziewczyną Pamelą Courson, do tego dochodziło kiepskie zdrowie nadwyrężone przez alkohol i narkotyki zażywane niemal bez przerwy. No i jeszcze pogłębiający się konflikt Jima z pozostałymi muzykami The Doors. Jakby tego wszystkiego było mało, z dalszej współpracy z The Doors zrezygnował dotychczasowy producent grupy Paul Rothchild, którego miejsce awaryjnie zajął Bruce Botnick. I jakby na przeciw tym niedogodnościom Jim - w odróżnieniu od poprzednich albumów - podszedł do nagrywania niezwykle poważnie, bez spóźnień i pijaństwa, do tego z niezwykłym zaangażowaniem twórczym, jednak zaraz po nagraniu partii wokalnych Jim ostatecznie odchodzi z zespołu, i wkrótce wyjeżdża wraz z Pamelą do Paryża, by skoncentrować się na twórczości literackiej. Album L.A. Woman jest zdecydowanym powrotem do bluesowych korzeni zespołu, w dodatku materiał podany jest w nowatorskiej i nowoczesnej formie psychodelicznej, brzmiącej aktualnie i robiącej wrażenie nawet współcześnie, a przecież płyta nagrana została na przełomie lat 1970/71! Na płycie nie brakuje także odwołań do płyty Morrison Hotel i tradycyjnego amerykańskiego bluesa, czego dowodem są świetne kawałki z Hendrixowskimi solówkami Kriegera - Cars Hiss By My Window, Been Down So Long czy Crawling King Snake z repertuaru Johna Lee Hookera. Oczywiście na płycie jest nie tylko sam blues; album otwiera elektryzujący The Changeling z mocnymi i uzupełniającymi się wzajemnie pulsującym solówkami gitar i klawiszy, zaś utwór tytułowy L.A.Woman zaskakuje już samym początkiem - pulsującym, psychodelicznym basem. Równie niezwykle ciekawie brzmi L'America - niesamowite przestery i eksperymentalne brzmienie, utwór o bardzo psychodelicznym charakterze - wyraźnie słychać brzmienia z których parę lat później czerpali Cabaret Voltaire. Ciekawostką jest The Wasp (Texas Radio And The Big Beat) - kawałek z marszowym rytmem, który zespół wykonywał na koncertach jeszcze w latach 60, zaś pogodny Hyacinth House był podobno przejawem homosekualnych fascynacji Jima. Jednak najważniejszym utworem albumu (a być może i w całej dyskografii The Doors) jest utwór finałowy - Riders On The Storm - z efektami dźwiękowymi przewijającymi się przez cały utwór w postaci deszczu i burzy z piorunami - to forma wczesnego ambientu; kawałek niezwykle transowy praktycznie w całości składający się z hipnotyzujących brzmień instrumentów klawiszowych Manzarka, zaś śpiew Morrisona sprawia wrażenie zawieszonego w przestrzeni. Reedycja zawiera dwa dodatkowe utwory - fortepianową balladę Orange County Suite oraz zaśpiewaną przez Manzarka (You Need Meat)Don't Go No Further z repertuaru Williego Dixona.
Album L.A.Woman jest jednym z najbardziej kultowych krążków w historii rock'n'rolla o ponurym zabarwieniu odnoszącym się do realiów Ameryki początku lat 70 uwikłanej w wojnę wietnamską, rozczarowaniem rządami Nixona i ogólnym zepsuciem społeczeństwa. Tak czasem bywa, że różne przeciwności losu sprawiają, że powstają tak wspaniałe albumy jak L.A.Woman - to najlepszy, obok Strange Days album w dyskografii The Doors. W odróżnieniu od poprzedników - The Soft Parade i Morrison Hotel, album odniósł spory sukces komerycjny (9 miejsce na liście Billboardu), został też ciepło przyjęty przez krytykę, co ucieszyło - podobno - przebywającego w Paryżu Morrisona.
Autor - Depeche Gristle






David Gilmour - Rattle that lock

Nowa płyta Gilmoura. Przez jednych długo oczekiwana, inni zapewne już dawno odpuścili sobie śledzenie jego poczynań muzycznych. Sam nie specjalnie na nią oczekiwałem. Nie robiłem sobie praktycznie żadnych nadziei. Odsłuchałem ją bardziej z kronikarskiego obowiązku i sentymentu. Poza tym, mimo wszystko, warto wiedzieć, jak poczyna sobie obecnie tak ważny artysta dla muzyki rockowej, jak Gilmour. Dobrze, że Davidowi ciągle chce się nagrywać nową muzykę. Biorąc pod uwagę komfortową sytuację, w jakiej się obecnie znajduje. Przecież już od dawna nie musi nikomu nic udowadniać. Płyta na szczęście nie jest zbyt długa. Trwa nieco ponad 51 minut, gdyby byłoby to sążniste wydawnictwo w stylu Dream Theater, byłaby bardzo trudna do zdzierżenia
Obawiam się, że fani Pink Floyd mogą mieć pewien problem z tym albumem, nie tylko z powodu faktu, iż jest mocno przeciętny. Chodzi także o kwestie natury stylistycznej. Na pewno nie jest to płyta dla zwolenników psychodelicznych eksperymentów. Niewiele dla siebie znajdą także fani klasycznego progresu. Być może pozytywnie odbiorą go osoby, którym blisko jest do bardziej konwencjonalnego pop-rocka. Czy jednak takie utwory, jak „Rattle that lock” czy też „Today” będą dla nich atrakcyjne? Mam poważne wątpliwości. Sporo jest na tej płycie smęcenia. Niektóre spokojniejsze utwory rażą nadmiernym konserwatyzmem („The girl in the yellow dress”, „Dancing right in front of me”). Materiał jest zbyt „ugrzeczniony”, ponadto brakuje mu siły wyrazu. Wpisuje się dokładnie w model albumu nagranego przez podstarzałego rockmana – zawiera bowiem dość standardowy zestaw grzechów właściwych tego typu wydawnictwom. Brakuje mu choć odrobiny błysku szaleństwa, czegoś bardziej niekonwencjonalnego. Gilmour prawdopodobnie założył sobie, że nagra „normalną” płytę rockową. Żadnego „kosmosu”, dziwadełek czy też jakichkolwiek eksperymentów. No i nagrał. Tyle, że wyszedł z tego album bardzo przewidywalny, do bólu konwencjonalny, pozbawiony tego „czegoś”, co odróżni go od masy innych wydawnictw, które zalewają rynek muzyczny.
Wedle mojego przekonania jest to album ewidentnie słabszy od „On an island”. Niektóre kompozycje sprawiają wrażenie, jakby były odrzutami z tamtych sesji nagraniowych. To zbiór dość konwencjonalnych piosenek. Brakuje na nim chwytliwych czy też bardziej nośnych melodii. Żaden utwór nie zasługuje na miano kilera. Obawiam się, że jest to jeszcze jeden krążek, który posłuchamy sobie kilka razy, a potem odłożymy na półkę, gdzie stopniowo będzie pokrywał się coraz większą warstwą kurzu. To dobrze, że Gilmourowi jeszcze się chce, tylko czy ten materiał sprawi, że spłynie na niego jeszcze większy splendor i uznanie. Nie sądzę. To jeszcze jeden z tych albumów, które zapewne przemknąłby niezauważony przez rynek, gdyby nie firmowała go znana persona z wybitnego zespołu.
Wartością dodaną Gilmoura była zawsze jego sztuka gitarowa. Tymczasem na „Rattle that lock” jego instrument już nie czaruje tak, jak drzewiej bywało. Owszem, jego partie są nadal bardzo charakterystyczne, potrafią przykuwać uwagę słuchacza, jednak zbyt często brakuje im siły wyrazu, nie posiadają już tak atrakcyjnej melodyki. Ewidentnie cierpią na brak naprawdę frapujących pomysłów. Po raz kolejny okazało się, że biologia ma swoje nieubłagane prawa.
Tym razem mniej efektownie wypadły partie orkiestrowe Zbigniewa Preisnera. Zabrakło naprawdę ciekawych pomysłów aranżacyjnych i brzmieniowych. Po części jest to zapewne wina samego materiału wyjściowego – z jednej strony jest on mniej interesujący niż ten na „On an island”, z drugiej, tamten jakby bardziej był predestynowany, aby okrasić go orkiestrowymi fakturami. Dojmujący jest brak naprawdę intrygujących partii instrumentalnych. Być może David wziął zbyt wiele na siebie. Brakuje mi trochę na tej płycie bardziej zespołowego grania. Ano właśnie, zespołowego! Każdy solowy album muzyków, wywodzących się z Pink Floyd był dla mnie dowodem na to, że ich najmocniejszą stroną był jednak kolektyw. Działając solo i biorąc wszystkie sprawy w swoje ręce nie byli w stanie stworzyć dzieł tak bogatych w treści. Brakowało im wystarczającej ilości pomysłów, wszechstronności. Na albumach solowych nie ma już także tej „chemii”, która emanowała z projektów nagranych pod szyldem Pink Floyd. Wspólne muzykowanie sprawiało, że częstokroć udawało się im zniwelować różnego rodzaju niedoskonałości, z którymi się zmagali. To zresztą w muzyce rockowej częste zjawisko. Kolektyw to zdecydowanie lepsza forma realizowania różnych wizji artystycznych. Tylko wybitne, niezwykle kreatywne i wszechstronne jednostki były w stanie podążać dłużej samodzielnie (vide Frank Zappa). Nawet jednak i w ich przypadku potrzebni byli doskonali wykonawcy, którzy potrafiliby przekuć na język dźwięków ich idee.
Co pozostanie z nami na dłużej z „Rattle that lock”? Obawiam się, że nic. O ile na poprzednim albumie zaintrygować mógł utwór tytułowy, który zawierał przebłyski naprawdę interesującego grania i, co istotne, przywodził floydowskie skojarzenia. Nostalgia dla starego fana to naprawdę bardzo istotna rzecz. Biorąc pod uwagę wszystkie solowe dokonania artysty to właśnie ten najnowszy wydaje mi się najmniej interesujący. Nawet obciążony ejtisowym soundem „About face” wydaje się mieć więcej atutów. Subiektywna ocena: 5,5/10.
Autor - Mahavishnuu


Pothead - USA !

Legendarny album z początku lat 90-tych. Dwóch facetów z Seattle postanawia opuścić miasto i kraj. Przemysł rozrywkowy w Stanach właśnie zaczyna doić konkretnie wszystkie kapele grające grunge. Kluby kiepsko, o ile w ogóle płacą muzykom. W tych warunkach doprawdy trudno o prawdę i radość z grania, podobnie było z punkiem 10 lat wstecz. Amerykanie jeżdżą po Niemczech i grają, kotwiczą w Berlinie, tu płacą. Zresztą kapela postanawia robić wszystko po swojemu i robi to do dzisiaj.
USA ! to bezkompromisowy, surowy (nagrania domowe!!!!, dobra jakość), punk z elementami hard rocka. Muzycy doskonale wiedzą co to jest prawdziwy rock, kompozycje krótkie, treściwe, zwalają z nóg. Bo rock proszę pana to żywioł, emocje plugawo wykrzyczane, nie znajdziesz tu popisów multiinstrumentalnych. Następne płyty pokażą, że grupa ma w zanadrzu mnóstwo oryginalnych i ciekawych pomysłów. Pothead są niczym nie skrępowani, nie idą na żadne kompromisy i o to chodzi.
Pewnie dlatego grają do dziś, w przeciwieństwie do wielu świetnych kapel z Seattle, z Nirvaną na czele.


Gong - You

Daevid Allen już w 1973 roku z wolna zaczął dystansować się od zespołu. Pierwszym poważnym przejawem takiej postawy był niespodziewany kilkumiesięczny wyjazd do Hiszpanii wraz ze swoją partnerką i muzą Gilli Smyth. W tym czasie opuszczeni towarzysze z zespołu koncertowali sami pod szyldem ParaGong, prezentując ciekawą mieszankę instrumentalnego jazz-rocka i psychodelii (warto sięgnąć po archiwalny koncert „Live 1973”). Między Allenem a pozostałymi instrumentalistami stopniowo pogłębiały się różnice natury artystycznej, czego wyrazem była już druga część trylogii „Angel's egg”. Na „You” były już ewidentne. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że był to ostatni album grupy w tej konfiguracji personalnej. Wielka szkoda, bo rozłam wpłynie negatywnie zarówno na Allena, jak i jego byłych kolegów z zespołu.
Ostatnie ogniwo trylogii „Radio Gnome Invisible” to wzorcowy przykład kosmicznej psychodelii, okraszony sporą dawką ekscentrycznego humoru. Słuchając tej płyty bez trudu można rozpoznać kompozycje Allena oraz pozostałych artystów. Daevid firmuje te krótkie drobiażdżki, w których kontynuuje swoje jakże charakterystyczne poszukiwania, będące świadectwem nieokiełznanej wyobraźni. Utwory firmowane przez Hillage'a, Blake'a, Malherbe'a i Moerlena, w których dominują zdecydowanie partie instrumentalne, ciążą wyraźnie w stronę psychodelicznego jazz-rocka w kosmicznej konwencji. Niezwykle istotny jest w nich kunszt instrumentalny, uwagę zwraca znacznie większa dbałość o kształt formalny kompozycji, co jest nieomal zaprzeczeniem dość zanarchizowanego podejścia do tej kwestii Daevida Allena.
Z Gong problem był tej natury, że sam Daevid Allen nie był w stanie ciągnąć tego wózka, gdyż dysponował dość mizernymi umiejętnościami, jako instrumentalista. W najlepszym swoim okresie otoczył się zatem znakomitymi instrumentalistami, tworząc świetnie funkcjonujący organizm. Oni sami bez niego także nie mogli działać na tym poziomie, gdyż brakowało im tego pionierskiego pierwiastka. Allen był wizjonerem, miał ponadto charyzmę. Oni sami mogli tworzyć świetną muzykę, tyle że pozbawioną innowatorskiego charakteru. „You” to dla mnie wręcz wzorcowy przykład tej artystycznej symbiozy. Gdy odszedł Daevid ich muzyka stała się zbyt „normalna”. Od razu nasuwa się analogia z włoską Areą, która po odejściu Demetrio Stratosa rychło przeobraziła się w band grający dość konwencjonalną odmianę jazz-rocka.
Autor - Mahavisnuu

The Zodiac - Cosmic Sounds

Cosmic Sounds - koncept-album The Zodiac, projektu za którym stoją amerykański kompozytor muzyki elektronicznej Paul Beaver, kanadyjski muzyk i producent jazzowy, jeden z pierwszych wirtuozów Mooga Mort Garson, producenci Alex Hassilev i szef wytwórni Elektra Jack Holzman oraz inżynier dźwięku Jim Lockert.
Album Cosmic Sound, to pionierskie przedsięwzięcie, biorąc po uwagę czasy w których powstał, a mówimy o latach 1966-67, kiedy równocześnie swoje pierwsze płyty nagrywali równie pionierscy The Doors, zresztą Cosmic Sounds również powstawał w Los Angeles nakładem niezależnej w latach 60 wytwórni Elektra - wtedy też Paul Beaver nawiązał współpracę z The Doors przy produkcji ich dzieła Strange Days (1967). Album Cosmic Sounds, to coś więcej aniżeli rock psychodeliczny; prawdopodobnie jest to pierwszy koncept-album z gatunku Space Rock, do którego odwoływali się w następnej dekadzie m.in. Pink Floyd czy niemieckie formacje z nurtu krautrocka, takie jak Cluster i Tangerine Dream. Album zawiera 12 quasi-utworów obudowanych w elektroniczne melodie i eksperymenty syntezatora Mooga obsługiwanego przez Beavera w połączeniu z klasycznym big-beatem lat 60, folkiem, muzyką orientalną i efektami perkusyjnymi, fletem i organami Hammonda; nie brakuje też odwołań do jazzu i bluesa. Każdy z dwanastu utworów skomponowanych przez Morta Garsona podporządkowany jest jednemu z dwunastu znaków zodiaku. Każdy z utworów opatrzony jest głęboką narracją amerykańskiego barda perskiego pochodzenia Cyrusa Faryara. Słowem - jest to album o charakterze rocka psychodelicznego, który położył fundamenty pod space rock, rock progresywny i krautrocka.
Autor - Depeche Gristle


Stonehenge - Bunch Of Bisons

A ruckus of buzzing particles meshed together with a live in the moment attitude, touches of krautrock and unpredictability. After you wrap your head around that, drench this in an organ bathed atmosphere and you have what is collectively known as Stonehenge.
(Vaibhav Jain)


Pete Faden: Okay, this album is flat out bad ass. Similar to the direction Opeth has taken recently, but obviously this album preceded that shift. Despite the organ (which is super awesome as well), this album definitely has all the straight up rock with a metal edge that you can handle and is simple intensity through and through. Must own. Favorite track: Pizza Fonkey.
Steve Rodger: Lovin' the stabs of Hammond organ on this album. Been on my wishlist for ages. I think they should have called the band Bunch Of Bisons and the album Stonehenge. Favorite track: Bunch Of Bisons.
AD⚡AM: Full of retro 70's grooves, tons of killer guitar riffs, tasteful organ flourishes, soulful vocals, and a great sounding production to top it all off. Imagine Deep Purple mixed with the newer sounds of bands like Clutch and Pothead. Great stuff.
(bandcamp)

Tim Blake - Crystal Machine

Dzisiaj uderzmy w klimaty space rockowe. Tim Blake zasłynął przede wszystkim jako członek grupy Gong. Można usłyszeć go na wszystkich albumach z trylogii „Radio Gnome Invisible”. Jego kosmiczne brzmienie keyboardów szczególnie na „You” wyznaczyło standardy space rockowego grania. Na przełomie lat 70. i 80. udzielał się w Hawkwind. W przeciwieństwie do bandu Daevida Allena tym razem trafił do zespołu, który lata swojej największej artystycznej prosperity miał już za sobą, aczkolwiek w tym czasie nagrywał jeszcze całkiem przyzwoite płyty. Bodaj najlepszym, spośród tych nagranych z udziałem Blake'a był „Levitation” (1979). Pomiędzy grą w Gong i Hawkwind wydał dwa albumy solowe - „Crystal Machine” (1977) i „Blake's New Jerusalem” (1978). Bodaj najbardziej znanym jego osiągnięciem solowym jest właśnie ten pierwszy.
Na swoich albumach firmowanych własnym nazwiskiem kontynuował eksperymenty z syntezatorami, w jeszcze większym stopniu zapuszczając się w space rockowe rejony. Można na nich usłyszeć więcej pierwiastków typowych dla rocka elektronicznego, czasami pobrzmiewają echa bliskie estetyki new age. Blake'owi już w okresie gry w Gong udało się wypracować własne, charakterystyczne brzmienie syntezatorów, dzięki czemu jego autorskie propozycje także posiadają indywidualny rys. Jego muzyka z drugiej połowy lat 70. nie była już tak mocno zorientowana na eksperymentalne eksploracje. Coraz większą rolę odgrywała melodia, brzmienie uległo złagodzeniu. „Crystal Machine” to ciekawy przykład dość ambitnej elektroniki, spowitej mocno kosmiczną aurą.
Autor - Mahavishnuu
Fun Page




Depeche Mode - Exciter

Exciter, to jedna z najbardziej nastrojowych płyt DM, słychać tu mały zwot w kierunku trip-hopu, a nawet R'n'B, czego dowodem jest świetny Shine. Sam album zaczyna się utworem Dream On - zgrabnym połączeniem gitary akustycznej z automatem perkusyjnym i syntezatorami. Poza tym najmocnejsze pozycje na płycie, to: The Sweetest Condition - świetny electro-bluesowy kawałek; When The Body Speaks, senny ze świetnym usypiającym wokalem Gahana; The Dead Of Night - synetyczny jazgot - może nawet najlepszy kawałek płyty; Freelove - utwór o miłości bez zobowiązań z melanchonijną melodią; Comatose - śpiewany przez Martina, senny syntezatorowy kawałek; I Feel Loved - po kilku powolnych nastrojowych kawałkach - szalone tempo, taneczny utwór z pazurem; Breathe - i znów powrót do nastrojowych klimatów, utwór, który jest śmiałym połączeniem trip-hopu i soulu lat 60; I Am You - mój ulubiony kawałek - kraftwerkowskie klimaty rodem z Radio-Activity. Całość albumu pięknie kończy Goodnight Lovers. Płyta poprostu genialna.
Autor - Depeche Gristle



Procol Harum - Novum

Nowa rzecz ? I tak i nie. Ktoś jeszcze pamięta, ktoś widział ? Muzyka z dzisiejszego punktu widzenia totalnie archaiczna, ba nawet 50 lat temu, była nieco archaiczna. Gary Brooker lat 72, cały czas aktywny artystycznie, "korzysta" z okazji jubileuszu. Nie jest to bynajmniej reunion, muzycy świetnie ograni, koncertujący razem od ponad 10 lat. Album przynosi materiał bardzo wyważony, bez pretensji do proga, symphonic. Brzmienie z drugiej połowy lat 70-tych, kompozycje nagrane podobno na setkę, na poziomie satysfakcjonującym każdego fana Procol's. Tak, jest to fajny prezent dla fanów zespołu. Świata już nie zawojują, grają swoje. Pewnie, że chciałoby się usłyszeć jakieś notabene, Novum. Jeśli chodzisz na kolację do swojej ulubionej knajpy, gdzie podają od lat Twoje ulubione potrawy, to czy jest powód do narzekań. Wiele z tych piosenek, ballad, zostanie Ci w głowie, to pewne. Charakterystyczny wokal, fortepian na pierwszym planie, hammondy i dobrze "kręcąca" gitara. Dobry, relaksujący album  w starym,  nieco sentymentalnym stylu.


Harmonia - Live 1974

Live 1974: - Koncert krautrockowego zespołu Harmonia zarejestrowany w 1974 na Penny Station w Griessem, a wydany w 2007 roku. Koncert utrzymany w klimatach pierwszej płyty zespołu, Musik Von Harmonia, aczkolwiek brak tam któregokolwiek utworu z tej płyty. Wszystkie sety, to długie rozbudowane i improwizowane utwory. Pierwszy z nich Schaumburg, to rozbudowany progresywny utwór z silnym wpływem gitary Michaela Rothera z dodatkiem automatów perkusyjnych. Veteranissimo - 18-minutowa suita, niesamowicie energiczne tempo automatów perkusyjnych, transowe brzmienie (słowo "transowe" rozumiane rzecz jasna zupełnie inaczej niż współcześnie), mocno zaznaczają się brzmienia organów i pianina Farfisy. Arabesque - zaledwie 6-minutowy utwór z mocnym rockowo-bluesowym akcentem.
Holta-Polta - 15 minutowa suita z hipnotycznym automatem perkusyjnym, mocno progresywny, improwizowany utwór. Ueber Ottenstein - progresywny utwór z mocną gitarą, przypominający pierwszy utwór z płyty Schaumburg .
W sumie niezła godzinna dawka prawdziwej psychodeli, za którą swego czasu dałem 75 zł., ale zawartość płyty jest warta tej ceny. Prawdziwy rarytas.
Autor - Depeche Gristle

Weather Report - Heavy Weather

Próba odbrązowienia klasyki?
Album legenda. Jedna z najsłynniejszych płyt w historii fusion. Ogromny sukces komercyjny. Do dzisiaj jest to jeden z najlepiej sprzedających się albumów w historii jazzu. Zdążył już pokryć się platyną. We wspomnianym zestawieniu największych bestsellerów ustępuje tylko „Kind of blue” i „Head hunters”. I jak tu się czepiać takiego giganta? Czy faktycznie jest to tak wybitny i znaczący album dla rozwoju jazzu. Niewątpliwie jego obrońcy mogą przytoczyć kilka argumentów, choćby te, o których napisałem powyżej.
Moja ocena tego najbardziej znanego osiągnięcia Pogodynek nie jest jednak szczególnie pozytywna. Powiem więcej, w rankingu najlepszych płyt tego zespołu z lat 70-tych „Heavy weather” uplasowałby się prawdopodobnie na przedostatnim miejscu. Tuż przed „Mr. Gone”, który w 1978 roku wywołał prawdziwą burzę, ostro polaryzując zwolenników zespołu. To już jednak zupełnie inna historia.
Dlaczego nie przepadam szczególnie za „Heavy weather”? Powodów jest kilka.
WR zaczynali jako ambitna formacja, która chciała poszerzać granice estetyczne jazzu o nowe wartości. Współtworzyć nowy styl, poszukiwać nowych brzmień, przewartościować i wzbogacić ideę kolektywnego grania, eksperymentować z nowymi elektrycznymi instrumentami. Zaiste, wyglądało to bardzo obiecująco. Odzwierciedleniem tych tendencji były przede wszystkim pierwsze dwa albumy. Muzyka na nich zawarta była twórczą próbą kontynuacji eksperymentów Milesa Davisa z okresu „In a silent way” i „Bitches brew”. Płyty wypełniła bezkompromisowa muzyka, cechująca się ostrą dysonansowością, nowoczesnym językiem muzycznym, objawiająca nowe możliwości rozwojowe jazzu. Trzeci album „Sweetnighter” (1973) można uznać za przełomowy. Zawinul, Shorter et consortes zaczynają włączać do swojej twórczości coraz więcej tradycyjnych elementów. Odchodzą od free jazzowych zawirowań, stopniowo upraszczają warstwę rytmiczną kompozycji, coraz częściej pojawiają się charakterystyczne motywy ostinatowe.
W kompozycjach coraz bardziej eksponowana jest melodia, dzięki czemu muzyka staje się coraz bardziej komunikatywna.
Na kolejnych albumach zachowana zostaje generalna linia rozwojowa. Weather Report grawituje z wolna w stronę coraz bardziej konwencjonalnego fusion. Czerpie z modnych wówczas trendów (vide funk). Stara się coraz bardziej wkraść w łaski masowego słuchacza. Grupa odchodzi od odważnych poszukiwań brzmieniowych na rzecz coraz bardziej wygładzonego i konwencjonalnego soundu. „Heavy weather” jest niejako zwieńczeniem tej linii rozwojowej. To, że ten album odniósł tak spektakularny sukces nie jest kwestią przypadku. Z jednej strony ogromna renoma i estyma, jaką cieszyli się artyści, z drugiej, materiał, który świetnie wstrzelił się w swoje czasy. Względnie prosty dla masowego słuchacza, który częstokroć nie przepadał za jazzem. Niewątpliwie swoją rolę odegrał także poprzedni krążek „Black market” (1976), który także cieszył się ogromnym powodzeniem. Już on miał szansę na sukces komercyjny na miarę swojego następcy. Zabrakło mu tylko „lokomotywy” , którą na „Heavy weather” stał się „Birdland”. Swoją drogą, jego sukcesy na listach przebojów dają tu dużo do myślenia. „Heavy weather” ma już niewiele wspólnego z ambitnym fusion.
Na płycie swój nieprzeciętny talent objawił ponownie Jaco Pastorius. Jego gra na gitarze basowej niewątpliwie była bardzo oryginalna i, co istotne, inspirująca dla całego tabunu muzyków, grających na tym instrumencie. Biorąc jednak pod uwagę grę liderów Pogodynek, trudno nie zauważyć regresu. Brzmienie keyboardów Zawinula stawało się stopniowo coraz bardziej syntetyczne. Zaznaczała się tendencja do odejścia od wysublimowanych eksploracji kolorystycznych, sound nabierał coraz bardziej „fabrycznego” zabarwienia. W niełaskę popadał stopniowo Fender Rhodes, na którym Zawinul na początku lat 70-tych stworzył własny charakterystyczny styl gry, umiejętnie wykorzystując echoplex i modulator pierścieniowy. Brzmienie saksofonu Shortera stało się bardzo „ugrzecznione”, czasami ocierało się o stylistykę smooth jazzu. Generalnie cały materiał zawarty na „Heavy weather” grawitował w stronę pop-jazzu.
Przypadek „Heavy weather” nie był odosobniony. Takie były wówczas tendencje w całym jazzie oraz ogólnie, na całym rynku muzycznym. Jazz-rock czy też szerzej fusion już w pierwszej połowie lat 70-tych zaczął szybko wykazywać tendencje do komercjalizacji, świetnie egzemplifikują to kariery wielu artystów tego nurtu (vide Herbie Hancock, Jan Hammer, George Duke, Stanley Clarke ...). Oszałamiający sukces „Heavy weather” miał oczywiście swoje konsekwencje. Pokazał bowiem wyraziście, że odejście od idiomu jazzowego oraz wyrzeczenie się większych ambicji artystycznych może przynieść wymierne korzyści. Kontynuatorów takiego podejścia do sprawy nie zabrakło ...
Autor - Mahavishnuu
Fan Page


Stalker


Maat Lander - The Birth Of Maat's Galaxy

Chyba się szykuje powrót do słuchania EM. Maat Lander  gra ewidentną odmianę progresywnej elektroniki, tym razem R.A.I.G. Records serwuje wyborny set, idealny do odpoczynku. Rosjanie nie ukrywają swej fascynacji kosmicznym progresem, słychać tu wpływy bardzo znanych kapel. Jest jednak w tej muzie specyficzna emocjonalność. Anegdota; moja przyszła synowa, nie ma zupełnie wiedzy muzycznej, zapytana jednak; jakiej narodowości są muzycy odpowiedziała bez wahania prawidłowo. Zresztą odpowiada równie celnie w innych przypadkach, tak 8 na 10. Taki fenomen.
Dużo się tu dzieje, instrumenty wschodnie, elektronika, delikatne improwizacje, narastające i opadające napięcia, znajome barwy i kolory. Wyborna gitara. Niezwykła intuicja muzyków, którzy początkowo pracowali nad projektem online, przynosi ogromny sukces artystyczny. Klimaty eklektyczne, ale miłe w obejściu, muzyka nieinwazyjna w tle, jednak przykuwa uwagę wysmakowanymi pomysłami. Robi się jasno i cieplej, tak więc pora na spokojniejsze klimaty. Ja tak mam, lecz ręczyć nie mogę.


Magma - 1001° Centigrades

Obok „Köhntarkösz” (1974) to moje ulubione wydawnictwo tego bandu. Wiem, zazwyczaj najwyżej ceniony jest „Mekanïk Destruktïw Kommandöh” (1973), jednak do mnie, z różnych względów, ten album nie do końca przemawia. Na „1001° Centigrades” Vanderowi i spółce udało się sporządzić świeżą i frapującą mieszankę rocka progresywnego i jazzu nowoczesnego. W porównaniu z debiutem muzyka jest bardziej dojrzała, nie uświadczymy tu dłużyzn, które miejscami na debiucie były jednak dojmujące. Zespół postawił na rozbudowaną formę – na płycie znalazły się tylko trzy kompozycje. Trudno wyróżnić którykolwiek z utworów, bo w gruncie rzeczy wszystkie są wyborne. Na „Mekanïk Destruktïw Kommandöh” jedną z rzeczy, która mi przeszkadzała to natłok partii wokalnych i redukcja niemal do zera instrumentalnych. Magma w takim quasi kantatowym wydaniu to jednak nie jest to, co kręci mnie najbardziej. Na „1001° Centigrades” poszczególne elementy zostały doskonale wyważone. Słuchacz może nacieszyć uszy nie tylko transowymi wokalami, ale także intrygującymi, przemyślnie skonstruowanymi popisami instrumentalnymi.
Czy Magma była zespołem awangardowym? W pierwszej połowie lat 70. na gruncie rocka z pewnością tak. Rockowy awangardyzm ma jednak swoją specyfikę. Szczególnie dobitnie widać to na przykładzie zespołu Vandera. W latach 70. w odniesieniu do „poważnej” awangardy muzyka Magmy była dość anachroniczna, zważywszy choćby na tak ważne parametry, jak język harmoniczny i rytmika. Vander odwołujący się do Orffa czy też neoklasycyzmu już w latach 30-tych zostałby uznany przez ówczesną awangardę za konserwatystę. A cóż dopiero później, po II wojnie światowej, gdy pojawił się punktualizm i inne „izmy”. Trzeba jednak pamiętać, że świat rocka to odrębny byt.
Autor-Mahavishnuu
Fan Page