Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Fad Gadget - Gag

Gag - czwarty album Fada Gadgeta, który ukazał się 1 lutego 1984 roku, zaskoczył odejściem od futurystyczno-syntetycznego brzmienia, które zostało wzbogacone o szerokie zastosowanie "konwencjonalnych" instrumentów: gitary, bas, perkusję, skrzypce, nadając muzyce znacznie bardziej pro-punkowego i postpunkowego charakteru, czego świadectwem jest otwierający album utwór Ideal World, gdzie syntezatorowy podkład łączy się z agresywnymi riffami gitar i drapieżnymi wokalami Franka Toveya.
Singlowy Collapsing New People jest powrotem do bardziej syntezatorowego brzmienia - choć i tu nie brakuje mocnych riffów gitary - kawałek jest połączeniem synthpopu i rocka industrialnego zaczerpniętego ze stylu niemieckiego Einstürzende Neubauten, który był bezpośrednią inspiracją do powstania tego utworu.
Sleep jest spokojną rockową balladą będącą połączeniem elektroniki, industrialu i folku; w refrenie wokalnie Toveya wspiera Barbara Frost.
Stand Up jest przykładem bardziej pogodnego oblicza albumu, gdzie radosny synth-pop i new wave ścierają się z zimnofalowym new wave. Speak to Me to znowu połączenie new wave z industrialnym motywem przewodnim syntezatora w stylu Depeche Mode (Master and Servant) ze świetną współpracą wokalną w refrenie Toveya z Barbarą Frost.
One Man's Meat jest powrotem do stylu zaprezentowanego w utworze otwierającym album - Ideal World - elektronika wzbogacona o szerokie zastosowanie tradycyjnego rockowego instrumentarium, chociaż w One Man's Meat agresję zastępuje przebojowość utworu. W podobnym stylu utrzymany jest Ring, choć utwór emanuje spokojem i łagodnością, zarówno w muzyce, jak i w wokalu nadając piosence klimatu utworów Ultravox.
Jump, to znów powrót do synthpopowo-industrialnego charakteru z Collapsing New People i Speak to Me; wokal Toveya zmienia się tu od niezwykle łagodnego w strofie, po bardzo agresywny w refrenie.
Całość kończy Ad Nauseam, utwór o charakterystyce rocka symfonicznego połączonego z new wave, industrialem i eksperymentalizmem - zdecydowanie najlepszy numer płyty, będący idealnym jej podsumowaniem.
Gag jest ostatnim albumem wydanym pod szyldem Fad Gadget; artysta - mimo sukcesu komercyjnego - rozczarowany efektami swojej twórczości postanowił porzucić ten projekt, tworząc, począwszy od 1985 roku, wyłącznie pod własnym nazwiskiem Frak Tovey. Fad Gadget został reaktywowany w 2001 roku, dając kilka suportów przed występami Depeche Mode podczas ich światowej trasy promującej album Exciter (2001), w ten sposób Depeche Mode odwdzięczył się Fadowi za utorowanie drogi do własnej kariery na początku lat 80 (Depeche Mode suportowali wtedy Fada Gagdeta), dając szanse Fadowi Gadgetowi na przypomnienie się szerokiej publiczności. Niestety powrót Fada Gadgeta z premierowym materiałem uniemożliwiła przedwczesna śmierć Franka Toveya w 2002 roku.
Autor - Depeche Gristle


Aardvark - Aardvark

Proto - progresywny rock. Brak gitar. Zabawa z brzmieniem. Dobre tempo. Odważne, formalne eksperymenty. Zapomniany klejnot. Wpływy; The Nice, ELP, Rare Bird, VDGG, Pink Floyd.
Rok 1970 był w muzyce rockowej absolutnie magiczny. Kulminacja pewnego przesilenia, gdzie stare mieszało się z nowym, tworzyły się zręby nowych gatunków, umierały stare, wytarte muzyczne frazesy. Muzycy wychodzili odważnie na dziewicze, nieznane tereny. Za tym szły bardzo wysokie umiejętności. Wszyscy wiedzieliśmy, że coś się pod tym kryje, wyczuwaliśmy powstawanie nowych światów w muzyce. To zupełnie wystarczyło, aby się tym zainteresować, zająć na poważnie. Tylko dlaczego poznajemy tę muzę dopiero teraz?, skazani wtedy na jakieś pierdoły w mediach. (znowu - chyba mi nie przejdzie).
AARDVARK - to pierwsza liga, nie sprzedaje się wystarczająco, nie koncertuje, nie zarabia kasy, kilka utworów i goodbye, kwartet rozpływa się w innych formacjach. Brak wsparcia, niemożność dotarcia do większej ilości odbiorców. A tu taka fajna muzyka, pełna energii, ambicji, piękna i ten szczególny klimat. Klimat czegoś lepszego od, na przykład nagminnych (pocz. lat 70-tych) kanapek z patetówką ;) ;). Mamy płytkę. Słuchamy.
Kapela miała problemy z wydaniem tego albumu, tytuł ostatniego numeru na płycie  - Put It In Your Pipe And Smoke It, był zbyt odważny dla tchórzliwych wydawców, by wrzucić go na okładkę, jako tytuł całej płyty. Pojedyncze egzemplarze winyla chodzą dzisiaj po 50 funtów szterylingów. Teraz możesz oglądać gołe dupy za darmo. Congratulations - tylko komu? ;) ;)



Anderson/Stolt - Invention of Knowledge

Nie wiadomo na ile to był pomysł samego Andersona, czy też ludzi z jego otoczenia (album z muzyką z lat siedemdziesiątych). Jon "wykolegowany" przez partnerów z rodzimego YES czuje się świetnie i jest w wybornej formie muzycznej. Pomimo, że wkład innych jest znaczący, YES to zdecydowanie Jon Anderson, bez niego ten projekt jest kulawy, ale nie o tym.
Jon Anderson pionier i legenda gatunku progressive rock, wydaje TToTO 2 w wersji light. Cztery długie kompozycje oczywiście tylko nawiązują do oceanów, Stolt bez skrupułów wchodzi w rolę Steve'a Howe'a a Anderson przypomina, że czas nic nie znaczy.
Ponad godzina muzyki z kompozycjami nieco bardziej radośniejszymi, bardzo konkretnie dopracowanymi (materiał powstawał niemal półtora roku), przemija jak z bicza strzelił.
Pozycja zdecydowanie dla fanów, pomimo wysokiego poziomu artystycznego, nie usłyszymy tu niczego zaskakującego czy nowego. Czuje się jednak pełne zaangażowanie, muzyka przebogata instrumentalnie (brzmienie, zagrywki), przepiękne melodie podane z elegancją, z lekkim "yesowskim", typowym zadęciem. Symphonic rock jak się patrzy. Pomimo, że niezbyt chętnie wracam do klasyki, album przesłuchuję z dużą przyjemnością. Ta muzyka jest jak bourbon z charakterystycznym matowym posmakiem, tym razem bez zapachu prerii i osmalonych beczek.
Można się przyczepić, że lider nie daje swobodnie pograć muzykom, jest obecny wokalnie niemal bez przerwy. Nie wiem jak inni, ale ja się czuję, jak w domu, to po prostu część mojej tożsamości muzycznej. Oczywiście, po raz kolejny mamy tu do czynienia z autoplagiatami, jednakże rodzaj muzy (niekomercyjny), trochę usprawiedliwia takie zamierzenie. Osobiście życzę sobie, aby Jon Anderson grał jak najdłużej.



Blues Creation - Demon & Eleven Children

Cieszę się, że dożyłem czasów, gdy to ja decyduję czego chcę słuchać i jest to niemal w 100% mój wybór. Niestety drzewiej bywało różnie, tych wszelkich pośredników, szczególnie prezenterów nie było czasami szans ominąć. Zawsze wciskali nam jakiś swój ulubiony kit i co było robić, prasy zero praktycznie, radio zachodnie bardzo kiepskiej jakości. Często przypadek decydował o tym, że w sumie przeciętne płyty uznawaliśmy za co najmniej dobre. Lata 90-te trochę to zmieniły, tylko trochę, w moim przypadku był to spory skok, ponieważ miałem zaprzyjaźnionych sprzedawców sklepowych, którzy pożyczali CD lub kasetę do odsłuchu przed zakupem. Internet zmienił wszystko, nie chodzi o ściąganie muzyki, raczej o dostęp do informacji.
Tych mało znanych lub w ogóle nieznanych artystów okazało się być tak wiele, że tylko cieszyć się. Problem jednak jest, ponieważ te wszystkie NKR-y, Obscurity Gem-y, są trudno dostępne albo piekielnie drogie, ale gra jest warta świeczki. Proszę sobie wyobrazić, że wiele z tych płyt, o ile równorzędnie dobra, jest nawet lepsza od umownego pierwszego obiegu. Najczęściej po prostu brakowało kasy na odpowiednią promocję, niewłaściwi ludzie w otoczeniu, pech, no i nasi wspaniali ;) redaktorzy, krytycy, dziennikarze.  Ale się doczepiłem, lecz gdy pomyślę o straconym czasie..........

Hard blues boogie rock japan - ta ostatnia informacja konieczna, ponieważ Blues Creation, to poziom przynajmniej pierwszej 50-tki rockowej (1971). Decyduje o tym gitarzysta, ale i reszta daje dokładnie to, czego można było oczekiwać w tej muzyce w tym roku, wszystko co najlepsze. Energia, wprost, emocje wprost, bez zbędnego ględzenia, dokładnie to o co chodzi w tego typu muzie. Każdy rockman to doceni, bass rozpycha się na boki, perkusista zna swoje miejsce, no i gitara. Facet siedział  akurat w Londynie, niesamowity talent, zakłada kwartet już w Japonii, druga płyta Demon & Eleven Children z własnym repertuarem, rewelacja!!!!, przechodzi w zasadzie niezauważona. Artyści są wrażliwi, łatwo się zniechęcić - Kazuo Takeda zna swoją wartość. Poznaje ją w końcu Felix Pappalardi (około Cream, Mountain), montują nową ekipę.....

Blues Creation - Demon @ Eleven Children



Kawał solidnego grania, ciężko, skocznie, przednie riffy, stylowa gra solowa. Płyta trzyma poziom do końca, jest różnorodnie, nóżka chodzi. Dzisiaj szarpidruty żądzą.

Best sleeve designs (remastered)

      
Markus Keef

Peter Baumann - Machines Of Desire

A to ci niespodzianka, nowa płyta Petera Baumann'a. W zasadzie nie mam w tej chwili kompetencji do pisania recenzji, bo jako meloman "odjechałem" już od dawna w zupełnie odległe rejony muzyczne. Kultowa postać jaką jest Peter, nie mogła jednak nie obudzić ciekawości. Zaintrygowany więc, rzuciłem się do odsłuchu i................niczym podróżnik w zostałem przeniesiony w tę szczególną czasoprzestrzeń muzyczną, powiedzmy sobie od razu; dla wielu z nas, najbardziej znaczącą i nie do zapomnienia. I tak należy podejść do tej muzyki, naszej muzyki. Ile to już lat minęło, gdy rozpatrywaliśmy z żalem i tęsknotą; dlaczego to się tak nagle urwało?, o co by było gdyby? Może było by tak, jak na tym krążku, a może inaczej. Nie wiem czy te dywagacje mają sens, zwłaszcza, że otrzymujemy nieco ponad 40 minut bardzo dobrej muzyki, będącej znakomitą kontynuacją tamtych czasów. Ta magiczna przestrzeń, klimat, szczególna plastyczność brzmienia budzi uśpione tęsknoty i wiesz co mam na myśli. Za tym idą bardzo dobre kompozycje, płyta jest bardzo spójna, lekko urozmaicone nastroje. Zrugałem Santanę za autoplagiaty, Baumann się broni, oczywiście to inna muzyka. Artysta przedstawił pokrótce zarys konceptu tego albumu, jakże aktualny dzisiaj; człowiek opętany (moje określenie), żądzą i lękiem przed utratą bezpieczeństwa. Za które jest w stanie oddać wszystko co istotne i oddaje. I tak w końcu wszystko w proch się obróci -  Dust To Dust, ostatni utwór na płycie. I nie pozostanie już nawet złoty papierek w dłoni. Jeśli masz więc odwagę spotkać się ze swoim JA w swoim JA ukrytym, załóż nocą słuchawki i wciśnij Play. Czekają Cię; eurytmiczny balet albo doświadczenie całkowitego rozpłynięcia się w ogromie wszechświata.


Kurt Weill - Die Dreigroschenoper

Piosenka o piratce Jenny
Lotte Lenja
Jenny to postać z Opery za trzy grosze (Die Dreigroschenoper, 1928) Kurta Weilla (muzyka) i Bertolta Brechta (libretto). Od razu się przyznam, że całego musicalu nie znam. Do niedawna moja znajomość Weilla ograniczała się do piosenki Mackie Messer (czyli Mackie Majcher, ew. Mack the Knife) oraz tego, co Kazik Staszewski zdecydował się kiedyś zaprezentować we własnym wykonaniu. Poznanie (ach, YouTube) utworu Seeräuberjenny w wykonaniu Lotte Lenji było absolutnym wstrząsem.



Narratorem w piosence jest Jenny, sprzątaczka w tanim hotelu i zdaje się, że jednocześnie prostytutka. Opowiada ona, że pewnego dnia przypłynie statek piracki o ośmiu żaglach i pięćdziesięciu armatach. Zniszczy całe miasto i zostawi tylko ten hotel. A to dlatego, że ona, Jenny jest naprawdę dowódcą piratów i po nią przypłyną. Potem jeszcze ci piraci spytają ją, kogo mają zabić. A ona odpowie „Wszystkich”. A kiedy spadnie pierwsza głowa, to powie „Hopla!”.
Dosyć to niepokojące. A kiedy śpiewa to Lotte Lenja, to nawet przerażające. Lotte Lenja (potem Lenya) była żoną Kurta Weilla, a po jego śmierci, promotorką twórczości męża. Oboje byli przedstawicielami słynnego Berlina okresu Republiki Weimarskiej, kiedy to doszło do niezwykłego rozkwitu sztuki. Trwało to krótko, bo wkrótce nadszedł Hitler. Duża część artystów, z przyczyn konserwatywnego gustu Führera lub po prostu  przez swoje niearyjskie pochodzenie, musiała wyemigrować (w tym Weill i Lenja, którzy wyjechali do Stanów Zjednoczonych). No i skończył się rozkwit sztuki, a zaczął rozkwit kompletnego zdziczenia.

P.S. Jeśli historia o statku pirackim Jenny wydaje się Wam znajoma, to może dlatego, że wykorzystał ją Marcin Świetlicki w piosence Opluty zespołu Świetliki. Oczywiście, gdy byłem głupim nastolatkiem, to nic nie wiedziałem o Weillu, więc dorobek muzyczny Świetlickiego podziwiałem. Jak widać, ignorancja prowadzi do lubienia rzeczy wtórnych i nieciekawych. Świetliki bardzo podobają się obecnie mojemu kotu, napisał nawet wiersz w podobnym stylu: „Podchodzę do kuwety. Sikam po plastiku. Sram do żwirku. Trę pazurkami o kafelki. O kafelki!”


Autor - Przemysław Jaślan


Powiązane






Śmierć brzmi jak Joy Division


Tytuł oryginalny: “Control”
Reżyseria: Anton Corbijn
Rok produkcji: 2007
Kraj produkcji: Australia, Japonia,
Stany Zjednoczone, Wielka Brytania
Gatunek: dramat, obyczajowy,
biograficzny, muzyczny“


…brzmi w patefonie
potężny śpiew umarłego”

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


Bohater tragiczny

Dwugodzinny film “Control” w reżyserii Antona Corbijna (dystrybuowany w Polsce pod oryginalnym, niezmienionym tytułem) to twór prawdziwie międzynarodowy. Serwis Filmweb.pl podaje, że jest to dramat produkcji australijsko - japońsko - amerykańsko - brytyjskiej. Dla pełności obrazu należy dodać, że reżyser dramatu jest Holendrem, a jego audiowizualne dzieło traktuje o losach brytyjskiego wokalisty, który spotykał się z Belgijką, popełnił samobójstwo po seansie niemieckiego filmu[1] i przekreślił plany swojego zespołu dotyczące amerykańskiej trasy koncertowej. O kim mowa? Kto jest bohaterem filmu “Control”? Osoby, które interesują się tzw. klasyką rocka, zapewne już odgadły, że chodzi o Iana Curtisa: frontmana grupy Joy Division, jednego z tych artystów, dla których śmierć stała się przepustką do popkulturowej nieśmiertelności. Curtis został przedstawiony jako typowy bohater tragiczny. Z produkcji wynika, że każda decyzja, którą podjąłby ów człowiek, zakończyłaby się katastrofą. Czy droga życiowa, którą podąża postać, jest trudna i wyboista? Nie. Jest prosta, stroma i szybko wiedzie do zgonu. Ian Curtis odszedł w wieku 23 lat[2]. Ale jego sława już niebawem będzie dwa razy dłuższa. 


Muzyka śmierci

Zanim przejdę do konkretów, spróbuję wyjaśnić, co mnie skłoniło do sięgnięcia właśnie po ten film. Nie jestem fanką Joy Division, więc teoretycznie nie powinnam być zainteresowana omawianym dramatem. W życiu zdarzają się jednak różne przypadki, czasem naprawdę dziwaczne. Pod koniec 2012 i na początku 2013 roku napisałam kilka artykułów o artystach i zespołach spod znaku New Romantic. Mój internetowy Przyjaciel, nacjonalistyczny publicysta Robert Larkowski, którego poznałam w czasach współpracy z Polską Partią Narodową i tygodnikiem “Tylko Polska”, nie był tym zachwycony. Twierdził, że New Romantic to badziewie, a jeśli chcę pisać o oldschoolowych formacjach, to powinnam raczej zająć się postpunkowym kwartetem Joy Division. Zachęcał mnie, żebym obejrzała film “Control” będący opowieścią o początkach tej niezwykłej grupy. Wspomniał o tym nawet w naszej ostatniej rozmowie telefonicznej. “Ostatniej” - bo niedługo potem zmarł. Została mi po nim tylko ta jedna prośba… Żebym obejrzała film “Control” i napisała artykuł o Joy Division. Myślę, że brytyjski kwartet już zawsze będzie mi się kojarzył z umieraniem. Posłuchajcie kiedyś jego piosenek. Oto, jak brzmi śmierć.


Reformatorzy kultury

O historii i znaczeniu zespołu Joy Division[3] pisze Michał Żarski w artykule “Joy Division od środka. Legendy pozostają wieczne. Recenzja” (wNas.pl). Publicysta twierdzi, że chociaż angielska grupa wydała tylko dwie płyty, wywarła ogromny wpływ na współczesną muzykę rozrywkową. Gdyby nie Joy Division, rozwój takich nurtów muzycznych, jak post punk, new wave czy gothic byłby znacznie utrudniony. Interesująca nas formacja działała ponad trzydzieści lat temu. Funkcjonowała od końca lat siedemdziesiątych aż do roku 1980. Mimo to, jej wpływy wciąż są wyczuwalne w twórczości wielu zespołów, nawet tych próbujących uchodzić za awangardowe. Polscy patrioci będą mile zaskoczeni, kiedy się dowiedzą, że pierwotna nazwa grupy brzmiała Warsaw (Warszawa). Niestety, piosenki nagrane pod tym szyldem nie zawsze są zaliczane do oficjalnej twórczości kwartetu. A szkoda, bo brzmią one inaczej niż jego nowsze utwory. Co więcej, stanowią dowód na punkowe korzenie formacji. Zdaniem Żarskiego, o związku Joy Division z ruchem punkowym świadczą również wybryki samych artystów i specyficzne zachowanie koncertowej publiczności. Ale na dwóch oficjalnych krążkach “punka po prostu nie ma”.


Prawdy i mity

Podobny obraz grupy Joy Division wyłania się z tekstu “Radość klasy robotniczej - nowa książka o Joy Division” Roberta Sankowskiego (Wyborcza.pl). Według dziennikarza, dokonania formacji nadal są inspirujące dla wielu muzyków. Brzmienie, z którym kojarzona jest twórczość zespołu, to “nowofalowy minimalizm (…) połączony z potężną dawką ukrytych pod chłodnymi dźwiękami emocji”. Do tego dochodzą “mroczne, sugestywne teksty, wbijające się w głowę linie gitary basowej, przytłaczający klimat, czarno-białe zdjęcia, nieustanny niepokój”. Mimo tych cech, które przywodzą na myśl gothic, punkowe pochodzenie Joy Division jest niezaprzeczalnym faktem. Łobuzerstwo, awantury, narkotyki, konflikty z instytucjami państwowymi… Omawiana formacja, chociaż uznawana za romantyczną i uduchowioną, wcale nie była tak nieskazitelna, jak mogłoby się wydawać. Sankowski, powołując się na książkę autorstwa basisty Joy Division, daje czytelnikom do zrozumienia, że “kapeli nie otaczała nieustannie aura posępnej zadumy”. Ponury wizerunek grupy, zwłaszcza jej wokalisty, “po części składa się z prawdy, po części jest to projekcja fanów, a po części samoreprodukująca się legenda”. Dzieło Antona Corbijna podtrzymuje ten mit. 
Autor - Natalia Julia Nowak


Ciąg dalszy tutaj

Santana IV

No jest, jak długo czekaliśmy, wreszcie po tylu latach. Carlos Santana Tribute To Carlos Santana (Santana IV) to dowód na to, jak ten utalentowany muzyk (to brzmienie) po raz kolejny, niszczy swą własną legendę, tym razem kompletnie i na amen. Kolejny skok na kasę, zostaje dokonany z ludźmi, którzy wydawali się poważni, ale cóż piniądze Panie piniądze. Santana to lata 70-te, koniec kropka. Nie interesuje mnie czy to się powiedzie, ponieważ nie śledzę mediów, daj im Panie Boże. Dla mnie jest to niestety chłam do potęgi, zaplanowane, fantastycznie zrealizowane i pewnie marketingowo, medialnie profesjonalnie opracowane ochłapy, nawet nie kotlety (z poprzednich postów). Pamiętajcie a mówię to ja esflores ;); nie dajcie się nabierać na takie akcje, to jest najgorsze, co może zrobić muzyk, rąbać w kółko autoplagiaty, tylko dla mamony, beznamiętnie, bez uczuć, bez zaangażowania. Rozumiem ludzi, którzy grają dla pieniędzy zawodowo, np. w knajpie. Miejsce Santany od lat jest właśnie tam, nie słuchajmy badziewia zagranego z zimną krwią, tylko dla uciech pląsającej gawiedzi.
Oczywiście w ten sposób przeprowadzam zamach na co najmniej 2/3 muzyki, ale taka jest nasza filozofia i sposób odbioru muzyki czy w ogóle sztuki. Produkty produkuje się w innych obszarach życia, lecz nigdy w sferze duchowej. Santana IV to muzak, z prowieniencją GMO. My obywatele świata, niezależni, wrażliwi, czujący, mówimy temu zjawisku nie !!!
Z drugiej strony taka muza jest potrzebna, chciana, ale powiem Wam coś tak między nami, starymi i młodszymi wyjadaczami: takiej muzyki potrzebują ludzie mający poważne braki w swym życiu mentalnym, o uszkodzonej percepcji i w sumie niewielkich potrzebach. Płytę Santana IV spokojnie i bez emocji wkładamy w przegródkę: smooth, new age, easylistening, chillout, disco, latino, eurovision,  albo najlepiej oddać komuś potrzebującemu, ponieważ muzyki na płytach się nie wyrzuca. Mój syn ma w zanadrzu o wiele lepsze rzeczy, chociaż pozornie są one dla mnie bardzo egzotyczne, tam przynajmniej jest jakiś przekaz, treść warta przemyślenia, przesycona emocjami w czasach w których przyszło im dorastać.


George Harrison - Electronic Sound

Electronic Sound - drugi solowy album instrumentalisty The Beatles George'a Harrisona, nagrany między listopadem 1968 roku, a lutym 1969. Album ukazał się w maju 1969, nakładem wytwórni Zapple (filii Apple Records), budząc kontrowersje. Jeżeli ktoś wtedy spodziewałby się przebojowych popowych piosenek w stylu The Beatles, musiałby przeżyć spory szok; album zawiera dwie długie instrumentalne suity (18 i 25 minut), co jak na standardy lat 60 było bardzo odważnym posunięciem, bowiem taki schemat nagrywania płyt przyjął się dopiero w latach 70 w kręgach zespołów rocka awangardowego.
Ciężko się tu doszukiwać analogii do twórczości The Beatles, jednakże George Harrison należał do najbardziej kreatywnych muzyków tej najbardziej znanej na świecie formacji; był zwolennikiem wprowadzenia szerszego, i często nietypowego jak na tamte czasy, instrumentarium: m.in. sitaru, tamburynu, tambury, co miało związek z jego fascynacją kulturą i muzyką wschodu i przyjaźnią z wirtuozem sitaru Ravim Shankarem. We wczesnych latach 60, będąc nieco w cieniu pozostałych Beatlesów, zainteresował się elektroniczną muzyką konkretną i jej możliwościami w dziedzinie polifonii, przetwarzania i modyfikacji dźwięków, zajął się wczesnymi metodami samplowania i loopów, co też sukcesywnie wprowadzał na płytach The Beatles, stając się tym samym pionierem w dziedzinie inżynierii dźwięku, polifonii, stereofonii i muzyki elektronicznej.
Światowy sukces The Beatles na początku lat 60 sprawił iż zespół mógł również sięgać po drogie nowinki techniczne, a jedną z nich był niewątpliwie syntezator Boba Mooga (Moog), którego pierwszy egzemplarz ukazał się w 1964 roku. Instrument oferował rewolucję nie tylko w brzmieniu i w dźwiękach, ale nawet w sposobie tworzenia muzyki; był prawdziwym technicznym cackiem na miarę współczesnych najnowszych modeli Ferrari, więc większości zespołów nie stać było na taki instrument (uproszczony i tańszy model Minimooga ukazał się w 1970 roku). Stać na Mooga było natomiast The Beatles - z obopólną korzyścią - dla zespołu, który mógł uatrakcyjnić swoje kompozycje oraz dla Boba Mooga, którego instrument tacy giganci mogli tylko rozreklamować na cały świat.
Całkowite możliwości syntezatora Mooga postanowił wykorzystać George Harrison nagrywając album wyłącznie przy użyciu tego syntezatora i elektroniki (system modułowy Moog III), na co raczej nie mógłby sobie pozwolić w The Beatles.
Album składa się z dwóch długich suit nagrywanych w dwóch różnych miejscach. Strona A albumu zatytułowana Under the Mersey Wall, nagrana została w lutym 1969 roku w podlondyńskim Esher. Eksperymentalna kompozycja nagrana przy użyciu dwóch syntezatorów grających jednocześnie (rewolucyjna metoda dubu), zawiera elektroniczne zapętlenia, nawet coś w rodzaju sekcji rytmicznej, elektronicznie przetworzone industrialne dźwięki, które z czasem układają się w całkiem spójną wibrującą i psychodeliczną elektroniczną linię melodyczną obudowaną tu i tam eksperymentalnymi syntetycznymi dźwiękami.
Strona B albumu nosi tytuł No Time or Space, nagrana została wcześniej od Under the Mersey Wall - w listopadzie 1968 roku w Kalifornii przy współpracy z legendarnym amerykańskim producentem muzycznym i wirtuozem Mooga Bernie'em Krause'em (współtworzył jedną z pierwszych formacji grających rocka elektronicznego Beaver and Krause), który po wydaniu płyty wytoczył nawet Harrisonowi proces sądowy (zakończony ugodą) o nielegalne wykorzystanie jego pomysłów.
Schemat No Time or Space jest ten sam, co w przypadku Under the Mersey Wall: eksperymentalna kompozycja prezentująca wszelkie, zadziwiające jak na ówczesne możliwości techniczne, elektroniczne dźwięki syntezatorów, choć w No Time or Space artysta bardziej kładzie nacisk na aspekt efektów stereofonicznych. Utwór rozpoczyna dźwięk przypominający próbę perkusyjną - w tym przypadku próbę prymitywnych automatów perkusyjnych, które z czasem wtapiają się w syntetyczne szumy, syntetyczny odgłos przeciągu z psychodelicznym podkładem w tle. Potem następuje kakofonia przeróżnych syntetycznych dźwięków: industrialnych, wibrujących czy futurystycznych przypominających dźwięki z futurystycznych gierek komputerowych na Commodore i Atari (a także brzmienia Depeche Mode i The Human League z początku lat 80), te zaś na przemian zapętlają się z białymi szumami, industrialnymi dźwiękami, stereofonicznymi efektami audio, taśmowymi eksperymentami dźwiękowymi, by stworzyć wreszcie coś w rodzaju chwilowej złożonej futurystyczno-psychodelicznej melodii, po czym kompozycja (od 20 minuty) przybiera formę czysto eksperymentalną powracając do syntetycznych polifonicznych często futurystycznych dźwięków, odgłosów industrialnych, białych szumów, stereofonicznych efektów dźwiękowych i taśmowych eksperymentów melodycznych.
Album Electronic Sound, którego sympatyczną okładkę George Harrison narysował sam, nie odniósł sukcesu komercyjnego (zaledwie 191 miejsce w USA), niemniej wartość muzyczna krążka do dziś wydaje się bezcenna i jest jednym z najważniejszych pozycji w historii muzyki - przede wszystkim elektronicznej, chociaż Electronic Sound nie należy do tych nowatorskich i przełomowych elektronicznych albumów typu An Electric Storm (Wite Noise, 1969), Phaedra (Tangerine Dream, 1974), Autobahn (Kraftwerk, 1974) czy Oxygene (Jean Michel Jarre, 1976), sam Harrison nagrał go bardziej z czystej chęci nagrania albumu z muzyką elektroniczną, zaś Electronic Sound jest raczej typowym eksperymentalnym albumem z muzyką konkretną z lat 50 i 60, jakie wydawali w tamtym czasie eksperymentatorzy elektroniczni z Pierre'em Schaefferem, Pierre'em Henrym, Johnem Cage'em, Vladimirem Ussachevskym, Karlheinzem Stockhausenem czy Eugeniuszem Rudnikiem na czele, niemniej album Electronic Sound był przykładem, że muzyk popowy / rockowy jest w stanie wydać album z muzyką elektroniczną, co dało zachętę dla wielu następnych naśladowców i początek kolejnej rewolucji muzycznej, poczynając od Pink Floyd i White Noise (Wlk. Brytania), Jean Michel Jarre'a, niemieckiej krautrockowej awangardy w tym Kraftwerk, Tangerine Dream i Cluster, po brytyjski nurt rocka industrialnego z lat 70 z Throbbing Gristle i Cabaret Voltaire - w twórczości wszystkich wspomnianych nurtów i zespołów słychać silne wpływy albumu Electronic Sound, co więcej dziedzictwo albumu sięga aż do współczesnych form techno i minimalu z The Chemicals Brothers na czele.
Zapewne brak sukcesu komercyjnego Electronic Sound zniechęcił Harrisona do dalszej kontynuacji elektronicznej twórczości, a szkoda, bo mimo wielu późniejszych popowych wspaniałych hitów, artysta mógł pójść drogą Jean Michel Jarre'a i Vangelisa, i znając jego talent, kto wie jak wspaniale mogłaby się potoczyć jego kariera w tej dziedzinie muzyki.
Electronic Sound jest ostatnim albumem wydanym przez Zapple, która została rozwiązana pod naciskiem menedżera Beatlesów Allena Kleina, który poprzez eksperymentalny i awangardowy charakter wytwórni widział zagrożenie dla komercyjnej kariery The Beatles i stratą dużej ilości gotówki. Czas pokazał, że Klein się mylił.
Autor - Depeche Gristle



Iggy Pop - Post Pop Depression

Nie będę pisał tego co wszyscy, zarówno polscy jak i światowi krytycy wystawili temu albumowi bardzo dobrą opinię. Muzyka jest bardzo refleksyjna, monotonna, Pop śpiewa nieco zmęczoną, niską barwą, poważnie, z lekką manierą Davida Bowiego. Ci muzycy mają zresztą bardzo wiele ze sobą wspólnego, gdyby powstała troszkę później, mogłaby by być spokojnie jemu zadedykowana. Tak się jednak nie stało, Iggy Pop nie oglądając się na showbiznes, zrealizował ten album prywatnie, opierając się o talent dzisiejszych gwiazd garage rocka. Ci wspaniale zrozumieli intencje lidera, szczególnie gitarzysta Josh Homme. Wprowadza on ten szczególny nieco kwaśny klimat, reszta uzupełnia całość wybornie. Post Pop Depression jest rozkołysanym, smutnym albumem. Muzycy postanowili zagrać kameralne koncerty, na które, uwaga, nie można kupić biletów. Pop nie chce już tłumów, do niczego mu to nie potrzebne, o nic nie musi zabiegać, ani niczego udowadniać. Pytany kiedyś o inspiracje, wskazał bez wahania na legendarną kapelę z lat 60-tych The Seeds, rzeczywiście słuchając niezwykłej płyty koncertowej tej kapeli, można się tylko uśmiechnąć. The Stooges, których uwielbiam, kontynuowali takie granie, nawet z lepszym powodzeniem. Zawsze, gdy zaczyna brakować energii, wracam do tej muzyki z przyjemnością. Iggy Pop z nowym albumem? - to zawsze będzie elektryzować starych fanów, czy młodszych - nie wiem. Ja nie dzielę muzyki na starą i nową, choć jak już wiadomo, pewnych rzeczy nie da się już słuchać. Dlaczego?, po prostu one już nie działają, temat zamknięty, wracanie ciągle do tego samego, nie jest zbyt pociągające. Wiem, że narażam się wielu koneserom, ale tłuczenie co niedziela kotletów schabowych jest najzwyczajniej nudne. Ale spokojnie, jeszcze pewnie sobie wrócę do czegoś bardzo znanego i starego, ale kto wie co to będzie. Tymczasem nowy, stary dobry garage rock z ambicjami.


Tonton Macoute

Blog niszowy, muzyka niszowa. Płyta dla koneserów, otwartych na różne wpływy.
Rockjazz, swoboda, polot, przestrzeń, feeling, idealne zgranie muzyków, naturalne, oczywiste brzmienie, elementy jazzu, doprawdy tylko muśnięcie. Wszystko w odpowiednich proporcjach, taka święta geometria muzyczna. Człowiek czuje się trochę lepszy w obcowaniu z taką sztuką, zrelaksowany, z apetytem na jeszcze. Nie myślcie, że to kolejna zramolała muza z przełomu 60/70, ta muzyka jest aktualna w dalszym ciągu, ale wymaga jednak pewnego osłuchania i zrozumienia historii rocka. Tegoż się nie pije z flaszy, raczej z kryształu i w odpowiednim otoczeniu. Ktoś tam napisał - kolejna perła zapomnianego rocka, tak to prawda, człowiek i ziemia zazdrośnie strzegą wiele tajemnic. Idzie facet na spacer i wraca ze średniowieczną złotą monetą, idzie esflores po sieci i bach - Tonton Macoute.


Hawkwind - The Machine Stops

No i wreszcie mamy nowość, coś dla amatorów retro sci - fi. Libretto tego koncept albumu to książka z 1909 roku, jak to maszyny kontrolują człowieka. Osobiście nie wierzę, aby mnie mogło to spotkać. Jednak patrząc na tych wszystkich debili z maszynkami w rękach, tylko się uśmiecham, bo ja oooooo zgrozo zapominam czasem o telefonie, który albo wpadł za tapczan, albo leżakuje w kieszeni płaszcza.
Hawkwind to (informacja dla dzisiejszych fanów czegoś tam) kapela, która zagrała numer The Byrds w formie 20-sto minutowej suity, w czasie jakiegoś programu tv. Powód, członkowie nie znali niczego innego, oczywiście wszyscy to olali, oprócz legendarnego Johna Peela. A było to ..... 48 lat temu, i tak grają w zasadzie jeden numer na okrągło. Nie oczywiście to żart, ale opisać co się działo w czasie tego półwieku nie sposób, stale jednak krążyły wokół terminy w rodzaju space rock, protopunk, psychedelic. Hawkwind wypracował swój rozpoznawalny styl, przez jednych nudny i znienawidzony, przez innych wielbiony, ukochany. Najnowsza płyta zbiera bardzo dobre opinie i wszyscy ją polecają, czemu? Zespół ujawnia swoje wszystkie atuty, a przy tym jest to wszystko rewelacyjnie nagrane. Dużo elektroniki, subtelne melodie i ten nastrój, nastrój nieco tajemniczej podróży, delikatny trip po dwóch buszkach, flow dla początkujących. Legenda żyje w najlepsze, koniecznie ;)


Isao Tomita

Zmarł Isao Tomita. Pracował do końca, też sobie tego życzę. Dla mnie znów ktoś ważny, gdy była okazja złowić płytę, zawsze lądowała w moim podróżnym pudle na winyle. Lubię brzmienie analogowe, ale trzeszczenie, szumy itp. zawsze doprowadzały mnie do rozpaczy. Muzyka klasyczna dobrze nadaje się do interpretacji elektronicznych, wiem, bo sam próbowałem. Nie wiem, czy są jeszcze jacyś ludzie którzy z równą klasą potrafili to robić. Proszę o ewentualne przykłady w komentarzach. Moja pierwsza płyta Isao to


Posłuchajcie, bo naprawdę warto. Warto potem wrócić do pierwowzorów, które wydają się być dużo bardziej przyjazne i łatwe do ogarnięcia.

Bus

tags: black sabbath rock art rock doom pop dream pop psychedelicUnited States




Was it hard for you to come up with a sound you all could agree on?
-We didn’t face problems with the sound, we have a special “formula” about this: we plugged our instruments straight to the amps, we cranked them up and guess what…? Heavy Sound, we all agree to this! - http://battlehelm.com/interwiev
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...