Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Jean-Michel Jarre - Waiting for Cousteau

Waiting for Cousteau - dziesiąty album studyjny Jeana-Michela Jarre’a, który na przełomie lat 80 i 90 był jedynym, obok Depeche Mode, wykonawcą syntezatorowym, mającym status megagwiazdy cieszącej się statutem równym Rolling Stonesów, toteż artysta śmiało mógł się podjąć kolejnego wyzwania, nagrywając album poświęcony badaczowi podwodnych głębin – kapitanowi Jacques'owi-Yves Cousteau, jednocześnie odważnie sięgając po bardziej awangardowe formy muzyczne.
Album ukazał się 11 czerwca 1990 - w dniu 80 urodzin Jacques'a-Yves Cousteau. Pierwsze trzy utwory będące połączone w jedną suitę noszą tytuł „Calypso”, pochodzący od nazwy statku oceanografa.
Otwierający album przebojowy numer Calypso rozpoczyna eksperymentalna introdukcja zawierająca przetworzone dźwięki wiatru, szumu i bulgotania morskiej wody i wszelkich innych szumów, po czym numer przechodzi w radosną kompozycję o charakterze future-popowym z karaibskimi klimatami; numer śmiało pasowałby do albumu Zoolook, przypomina też radosne brzmienia Fourth Rendez-Vous, a nawet... Just Can't Get Enough - przeboju Depeche Mode z 1981 roku. W utworze oprócz synthpopu nie brakuje też elementów funku i house.
Im dalej w głąb płyty, tym robi się mniej przebojowo i bardziej awangardowo; Calypso Part 2 łączy w sobie klimaty industrialu, synthpopu, dark-ambientu i cold wave; kompozycję cechuje wyraźna zmiana rytmu - od ponurej, chłodnej i powolnej pierwszej części, po szybką, industrialno-synthpopową część drugą. Cała kompozycja nieco przypomina klimaty z płyt Depeche Mode: Some Great Reward czy Music For The Masses, ale także z wcześniejszych albumów Jeana-Michela Jarre’a: Magnetic Fields i Zoolook. Utwór kończy dźwięk fal rozbijających się o przycumowaną łódź.
Calypso Part 3 (Fin de siècle) jest spokojną kompozycją z wyraźną melodią i w monumentalno-ambientowym klimacie.
Tytułowa, monstrualna, 47-minutowa kompozycja En Attendant Cousteau w całości oparta jest o ambientowe brzmienie uzupełnione o delikatne dźwięki pianina oraz wszechobecne przetworzone delikatne dzwonki o różnym natężeniu dźwięków. Utwór mógłby być ilustracją do dokumentalnego filmu przedstawiającego głębiny oceanów. Zresztą kompozycja została wykorzystana przez samego Jacques'a-Yves'a Cousteau jako ścieżka dźwiękowa do jego filmu "Palawan: Le Dernier Refuge".
Album Waiting for Cousteau jest jedną z najważniejszych pozycji w dyskografii Jeana-Michela Jarre’a, oprócz wielkiego przeboju Calypso, album odniósł sukces komercyjny w postaci 14 miejsca na brytyjskiej UK Charts, zaś koncert zorganizowany w Paryżu w dzielnicy La Defense miesiąc po wydaniu albumu - 14 lipca 1990 roku, zgromadził dwa miliony widzów, co przyniosło Jarre'owi wpis do księgi rekordów Guinnessa za rekordową publiczność.
Autor - Depeche Gristle


Hatfield and The North - Rotther's Club

Tak w nawiązaniu do poprzedniego posta, choć kolega dużo młodszy ;)

W połowie lat 90, gdy niemal dla każdego Internet był dopiero melodią przyszłości, dostęp do wielu wartościowych płyt był mocno utrudniony. Jeśli nie mieszkało się w Warszawie lub Krakowie trzeba było nieźle kombinować, aby zdobyć rzadkie pozycje. Nie pozostało nic innego, jak jeździć do powyższych miast, ewentualnie grasować w innych miejscach. Ciekawe rzeczy można było ustrzelić na giełdzie we Wrocławiu. Bodajże w 1995 roku udało mi się tam upolować dwa albumy Hatfield and the North – eponimiczny debiut i „Rotter's Club”. W tamtych latach grupa była u nas zupełnie nieznana (dzisiaj jest niewiele lepiej). Nie była grana przez radiową „Dwójkę” i „Trójkę”. Z polskiej prasy muzycznej z lat 80. i początku 90. nie pamiętam żadnego artykułu na temat jakiegokolwiek bandu ze sceny Canterbury.
„Rotter's Club” to jeden z najbardziej reprezentatywnych albumów tego nurtu. Prawdziwa esencja kanterberyjskiego grania. Z jednej strony mamy tu bardziej konwencjonalne piosenki, nierzadko z przepysznymi liniami melodycznymi, z drugiej, nie brakuje brawurowych improwizacji, w których prym wiedzie Dave Stewart. Album znakomicie wyważony stylistycznie, frapujący w warstwie brzmieniowej, błyskotliwie zaaranżowany, nienaganny w sferze wykonawczej. Cała płyta prezentuje równy i bardzo wysoki poziom.
Autor -  Mahavishnuu
Fun Page


Eddie And The Hot Rods - Life on the Line

Co ja tu mogę napisać? Młodość panie, potrzebuje się wyszumieć, a ja jako nastolatek słuchałem jazzu i prog rocka. Nagrałem ten album z... Polskiego Radia, które w tamtym czasie cenzurowało ile wlezie. Nie było żadnych szans na zdobycie nagrań. Krew człowieka zalewała, bo wiedziałem, że w UK, grają ostro, punkowo z biglem. Podsłuchiwałem jakąś jugosłowiańską stację, ale fala uciekała, uniemożliwiając rejestrację. Na giełdzie płyt nic, jedynie Sex Pistols w Pewexie, a to przecie nie punk ino r'n'r, ręce opadały. Męczyłem się tak do końca lat 80-tych, wtedy coś się ruszyło, oczywiście prywatnymi kanałami, bo w radiu jeden gostek, może dwóch, puszczało jakieś pojedyncze numery. Czasami unikałem tego, bo ja całe płyty, nie jakieś spady od prezenterów. Stąd moja niechęć do radia.
Eddie and the Hot Rods, to świetny dynamiczny pub rock, nowa fala, nawet nie punk. Wszystko, co powinno charakteryzować dobrego rocka. Energia, żywioł, prostota, pozytywne wibracje. Okładka stanowi jakby podsumowanie tych lamentów, choć alegoria odnosi się do tytułu płyty.


Lungfish - Talking Songs For Walking

Będzie ostro, ciężko, dynamicznie, czemu ? Legendarny label Dischord otworzył swój katalog na bandcampie. Jest tam wiele pozycji, które znam, bo kupowałem nagrania u znajomego sprzedawcy, mam do nich ogromny sentyment. Dischord gromadził wokół siebie przeróżne kapele, w większości był to hardcorepunk amerykański. Ian MacKaye ma świetne ucho, zresztą ten doskonały muzyk sam świetnie wpisał się w historię tamtejszego rocka. (Washington DC)
Na pierwszy ogień idzie rewelacyjny Lungfish, który dość konkretnie odstawał od reszty. Grali wolniej, bardziej noise. W tego typu muzyce do historii przeszło powiedzenie, że wystarczą trzy akordy, by stworzyć numer, cały album. Lungfish opiera niektóre kawałki na dwóch akordach, zespół potrafi, przy dość skromnych środkach, stworzyć muzykę przejmującą. Głównie za sprawą wokalisty i gitarzysty, oboje są nielicho wkurwieni, lecz potrafią ten wkurw ubrać w strawny przekaz. Nie myślcie jednak, że to tylko hałas i wrzask, mamy tu fajne, melodyjne kawałki. Zespół wystartował znakomitym Necklace Of Heads, jeszcze w 1989 roku w zupełnie innej wytwórni. Dischord wydał ten album z równie dobrymi kompozycjami jako Talking Songs For Walking. Otrzymaliśmy w ten sposób godzinny killer, ponieważ nie ma tam żadnego słabego kawałka. Brzmienie jest lekko garażowe, jednak starannie wyprodukowane i pełne realizatorskich pomysłów. Dischord słynie jednak z prostoty i szczególnej emocjonalności, nie jest to jednak coś, co nazywane jest EMO, choć być może jest to do przedyskutowania. Jedno jest pewne, według mnie ta muzyka, licząca już prawie trzydzieści lat, nie straciła niczego na świeżości i atrakcyjności.



Cabaret Voltaire - International Language

International Language - dwunasty album brytyjskiej formacji Cabaret Voltaire wydany 1 listopada 1993 roku, jest kontynuacją dokonań z poprzedniego krążka - Plasticity.
Na początku lat 90 w zasadzie wszystko, co kojarzyło się z latami 80 było zazwyczaj chłodno przyjmowane; gwiazdy synthpopu z tamtej dekady - Depeche Mode, New Order, Pet Shop Boys i inni - nie rezygnując ze swojego stylu, dostosowywały soją twórczość do ówcześnie panujących muzycznych realiów.
Inaczej rzecz się miała z Cabaret Voltaire, który, poczynając od albumu Plasticity (1992), niemal całkowicie odciął się od własnej twórczości z lat 80, odchodząc od dotychczasowej piosenkowej formy na rzecz minimalistycznych instrumentalnych kompozycji w stylistyce house i ambientu, co było rzecz jasna efektem sięgających jeszcze drugiej połowy lat 80 fascynacji Richarda Kirka housem i samplerami oraz rosnącą popularnością nurtu techno. Stephen Mallinder - czyli wokal - ograniczył swoją rolę do funkcji klawiszowca z raczej niewielkim wpływem na muzyczną twórczość (chociaż podpisuje się pod każdym utworem) - wystarczy zresztą porównać album International Language z analogicznie wydanymi solowymi płytami Kirky'ego, by przekonać się, jak bardzo muzycznie podobne są do siebie wydawnictwa Kirka i te sygnowane przez Cabaret Voltaire.
Wracając do wokali - zespół do końca z nich nie zrezygnował; wszystkie trzy płyty z tzw. "okresu house'owego" (1992 - 94, można też po części zaliczyć do tego okresu dwa wcześniejsze albumy: Groovy, Laidback and Nasty i Body and Soul) zawierają wsamplowane dialogi i narracje (często zniekształcone i zdubowane), czego początki można było usłyszeć jeszcze na The Covenant, The Sword and the Arm of the Lord (1985) w postaci przedłużonych interludiów między utworami; na Plasticity, International Language i The Conversation ten element jest składową pełnią niemal wszystkich kompozycji. W pewnym sensie - poczynając od Plasticity - Cabaret Voltaire proponują powrót do swoich awangardowych korzeni z przełomu lat 70 i 80, z tym, że zamiast gitar, perkusji i organów Vox Continental, teraz oferują syntezatory, samplery i nowoczesny house'owy beat. Tak samo jest na International Language. Album rozpoczyna Everything Is True - najlepszy na płycie numer - z długą ambientową introdukcją z czasem nabierającą prędkości w house'owym tempie rytmem, co ciekawe, słychać też funkujące sample gitarowe. Utwór kończy spokojne ambientowe interlude.
Radical Chic jest klasycznym pogodnym numerem house w stylu Vibration z płyty Body and Soul, w podobnym klimacie jest również Afterglow, z tą niewielką różnicą, że kompozycja zupełnie pozbawiona jest dialogów i zawiera również ambientowe melodie, a nawet stary klawisz Cabaret Voltaire z lat 80, z kolei spokojny Let It Come Down klimatem przypomina dokonania Deep Forrest; afrykańskie rytmy połączone z ambientem, electro i delikatnym house'owym beatem.
Taxi Mutant (zawierający sample z Taxi Music, soundtracka Johny YesNo, 1981), The Root i Millennium są kompozycjami łączącymi klasyczne berlińskie electro, house, minimal, cold wave i ambient, których głośne echa bezpośredniej inspiracji słychać na wydanym przez VCMG - projekcie Martina Gore'a i Vince'a Clarke'a - krążku Ssss z 2012 roku.
Belly of the Beast (Back in Babylon) - leniwy i hipnotyczny utwór jest zaś połączeniem ambientu, dark ambientu i klimatów orientalnych.
Całość zamyka najlepszy - obok numeru otwierającego - Other World, eksperymentalna kompozycja w stylu elektroniki lat 60 i 70 spod znaku Jeana Michela Jarre'a, Cluster bądź Morta Garsona.
Autor - Depeche Gristle


Genesis - A Trick of the Tail

Wczoraj minęła dokładnie 40 rocznica wydania tego albumu. Warto poświecić mu trochę czasu, wszak to znacząca pozycja nie tylko w dorobku Genesis, ale także całego rocka progresywnego. „A trick of the tail” w porównaniu z poprzednimi klasycznymi albumami z ery gabrielowskiej przynosił pewne uproszczenie formuły muzycznej, jednak rekompensował to innymi zaletami. Zespół nadal rozwijał się pod względem wykonawczym, co dobrze ukazywały szczególnie występy sceniczne. Muzycy czynili postępy dzięki wieloletniej, ciężkiej pracy, której owoce słychać na poszczególnych płytach z lat 1969-1976. „Sztuczka” jest znakomicie wyważona jeśli chodzi o partie wokalne i instrumentalne, a drzewiej różnie z tym bywało. Na „The lamb lies down on Broadway” muzyka była w zbyt dużym stopniu podporządkowana warstwie tekstowej, w wyniku czego instrumentaliści nie mogli w pełni rozwinąć swoich skrzydeł. Niewątpliwym plusem tego wydawnictwa jest produkcja. O ile poprzednim płytom można co nieco zarzucić w tej materii (szczególnie tym z lat 1969-1972), to „A trick of the tail” jest prawdziwym majstersztykiem. Wkład nowego producenta, Davida Hentschela jest wręcz nieoceniony. Wraz z zespołem udało mu się wykreować wielobarwną, niezwykle plastyczną tkankę brzmieniową. Na Wind and wuthering” zostanie to dopracowane do perfekcji. Mocną stroną płyty jest jej różnorodność. Wachlarz stylistyczny jest dość szeroki: pop-rock, art-rock, fusion, pojawiają się nawet quasi wodewilowe akcenty (utwór tytułowy). Zespół zachowuje w tej dziedzinie umiar, dzięki czemu cała płyta jest spójna i nie razi nadmiernym eklektyzmem. Genesis udowadnia po raz kolejny, że znakomicie czuje się zarówno w delikatnych, lirycznych balladach, jak i materiale bardziej ekspresyjnym, nie pozbawionym rockowego pazura. Zachwyca szeroka paleta różnorodnych środków wyrazu, bogactwo nastrojów, chwytliwa, ale nie banalna melodyka. Majestat i patos („Ripples”, „Mad man moon”) nie razi nadmierną koturnowością, co niejednokrotnie było przywarą niektórych twórców z kręgu art-rocka. Pojawiają się umiejętnie wplecione elementy pełne humoru (Robbery, assault and battery”), co z powodzeniem będzie kontynuowane na „Wind and wuthering” (przezabawny tekst Banksa w „All in a mouse's night”). To tak à propos braku humoru muzyków progresywnych. W rzeczywistości różnie z tym bywało. Warto zwrócić uwagę na różnorodność tekstów na tej płycie. Ich autorami są zresztą niemal wszyscy muzycy kwartetu (Banks, Hackett i Rutherford). Jeśli chodzi o minusy to wskazałbym jeden. Odstaje nieco od reszty kompozycja tytułowa, napisana przez Banksa kilka lat wcześniej. W sumie szkoda, że zamiast niej nie pojawił się na płycie odrzut z sesji, subtelny i nastrojowy „It’s yourself”. Pod względem stylistycznym znakomicie pasowałby do całości i, co istotne, nie obniżałby artystycznego poziomu wydawnictwa.
Na „A trick of the tail” nawet z pozoru proste piosenki bywały niemałym wyzwaniem. Dobrym przykładem niech będzie tu „Squonk”. To utwór, który sprawia wrażenie dość konwencjonalnego, choćby dzięki swojej tradycyjnej piosenkowej formie. Pod względem technicznym i interpretacyjnym niełatwa jest w nim partia wokalna. Wymaga od wokalisty bogatego wachlarza środków ekspresji oraz sporej wszechstronności. Gdy muzycy przesłuchiwali kandydatów na następcę Petera Gabriela kazali często na dzień dobry zaśpiewać właśnie „Squonk”, gdyż, według nich, była to rzecz najtrudniejsza do przejścia. Próbowało go zaśpiewać ponad 50 wokalistów, w tym Mick Rogers z Manfred Mann’s Earth Band i wszyscy zaliczali spektakularną klapę. Jedynie Collinsowi udało się zaśpiewać bezbłędnie całą partię. Koledzy z zespołu byli zdumieni, gdy usłyszeli jego dojrzałą interpretację, po wszystkich tych męczarniach kandydatów do schedy po Gabrielu.
Wedle mojego przekonania „A trick of the tail” to jedno ze szczytowych osiągnięć zespołu. W tym czasie muzycy znajdowali się w apogeum swoich możliwości twórczych i wykonawczych. Dobitnym tego potwierdzeniem jest dwupłytowy album koncertowy „Seconds out”, który zawiera nagrania zarejestrowane w Paryżu w 1977 roku (jedyny wyjątek to „The cinema show” nagrany rok wcześniej).
Autor - Mahavishnuu
Fun Page


Vespero - Liventures 2008 - 2010

Musimy powrócić do Vespero, tym razem live DVD. Trzon stanowią czterej muzycy, wzajemnie się rozumiejący, kapitalnie zgrani, dający sobie dyskretne tylko znaki. Zawsze myślałem, co by to było gdyby Pink Floyd nie zszedł był raptownie z drogi eksperymentów. Muzyka Vespero odpowiada takim fantazjom, ponieważ brzmieniowo, czerpią oni z radością z dokonań wszystkich ważniejszych firm progresywnych, właśnie z lat 70-tych. Nie jest to jednak wierne naśladownictwo, chociaż basista bardzo przypomina Waters'a, gitarzysta Fripp'a. perkusista Bruford'a a klawiszowiec Petera Baumann'a.  Oczywiście te porównania to tak żartem i na wyrost. Mamy tu do czynienia z twórczą inspiracją. Pomimo wrażenia swobody, dość powściągliwe popisy. Świetni goście, szczególnie wiolonczelista, wprowadzają sporo urozmaicenia. Vespero brzmi bajkowo przepięknie, jest wyczuwalne pewne napięcie. Super współbrzmienia, lecz jest to zrównoważone techniką poszczególnych muzyków, wspaniale się uzupełniają, wszystko się unosi, krótkie antrakty i znowu płyniemy. Projekt ten wyróżnia się swoistą emocjonalnością, bardzo liryczną, pomimo apokaliptycznej oprawy koncertów, wiecie; stare odrapane budynki, ruiny, stepy i pustynie astrachańskie, takie tam. Grają już ze sobą od bardzo dawna, zdradza to głęboka dojrzałość artystyczna. Eksperyment tak, ściśle jednak kontrolowany, bardzo psychodeliczny, łagodny, chwilami dynamiczny. Wciągający - warto !!!



Earthling Society - Zen Bastard

Przedstawiałem niedawno tę kapelę. Ten album zasługuje na miejsce w pierwszej dziesiątce w kategorii heavy space rock, w tym roku. Zaledwie cztery utwory po prostu zrywają gacie, kapitalne brzmienie, świetne pomysły, dojrzałość koncepcji. Sztuka hałasu podniesiona do rangi dzieła sztuki. Można słuchać głośno (przegoni wszelkie robactwo z domu), lub bardziej kameralnie, (świetnie relaksuje), no i to solo na zakończenie. Osiągnęli szczyt, a to dość niebezpieczne, bo niby co dalej ?
Ja czekam na kolejną płytę z niecierpliwością. Okładka albumu bardzo adekwatna do zawartości muzycznej.

Vespero - By The Waters Of Tomorrow

VESPERO isn’t an easy band to pigeonhole. By The Waters Of Tomorrow, their third official studio album covers a diverse array of space-rock, kraut-rock, neo-psychedelia, and art-rock elements. But the group has a vision of their own, and continue to forge ahead on this completely instrumental album. The line-up features Ivan Fedotov (drums, percussion), Arkady Fedotov (bass, melodica, bass-synth, oscillations), Alexander Kuzovlev (guitar, electronics), Alexei Klabukov (keyboards, mellotron), Vladimir Belov (cello, keyboards) as well as a number of guests including synth-wizard Alisa Coral who is also a sound-producer of the album, and violinist Valentin Rulev, a past-member of the band. Full of synthesizers and strings, the music successfully links various stylistic areas with mysterious and a bit dark atmosphere. Another thing the release acknowledges is world music; elements of Near East music are quite prominent, though it is definitely a rock album. Vespero’s phenomena following will find a lot to appreciate in this challenging work. (R.A.I.G. Records)



Skinny Puppy - Rabies

Rabies - piąty studyjny album kultowej industrialnej grupy Skinny Puppy wydany 21 listopada 1989, z gościnnym udziałem wokalisty i frontmana Ministry Ala Jourgensena.
Album otwiera będący połączeniem EBM-u w stylu Front 242, ciężkiego industrialnego brzmienia Front Line Assembly i metalowych sampli gitarowych utwór Rodent z wykrzyczanym wściekle tekstem.
Hexonxonx jest już całkowicie hałaśliwym rockowo-industrialnym numerem z klimatem gotyku i częściowo zniekształconym wokalem, co jest częstą cechą charakterystyczną tego albumu. W podobnym klimacie jest utrzymany również Two Time Grime.
Postpunkowy Fascist Jock Itch z ostrymi riffami gitary nawiązuje do twórczości nurtu Neue Deutsche Welle, przede wszystkim Die Krupps.
Worlock jest jednym z najbardziej niesamowitych numerów płyty, choćby z racji wykorzystania w nim sampli z utworu The Beatles Helter Skelter i głosu Charlesa Mansona. Sam kawałek jest niezwykle posępny w klimacie mrocznego synth-popu i industrialu, zaś teledysk do utworu został zakazany przez MTV.
Krótki, półtoraminutowy eksperymentalny Rain przypomina bardziej performance w stylu Throbbing Gristle.
Tin Omen jest połączeniem synthpopu i heavy metalu z ostrymi riffami gitarowymi; utwór odnosi się bezpośrednio do masakry na placu Tiananmen w 1989 roku oraz masakry w My Lai w 1968 roku i strzelaniny Kent State w roku 1970.
Rivers jest najłagodniejszym (choć i tak względnie ciężkim) synthpopowym instrumentalem z mocnym pulsem sekwencera i chłodnymi smykami z wsamplowanymi dialogami.
Choralone z gotyckim brzmieniem klawiszy i przetworzoną narracją przypomina fragment satanistycznej mszy.
Amputate jest połączeniem gotyckiej elektroniki i industrialnego pulsu, zaś przetworzony wokal sprawia wrażenie, jakby wydobywał się z samego piekła.
Album kończy 17-minutowy utwór live Spahn Dirge, niezwykle posępna, mrożąca krew w żyłach kompozycja muzycznie odwołująca się ideałów niemieckiego krautrocka początków lat 70 i twórczości grupy Faust, z licznymi przeciągłymi riffami gitarowymi połączonymi z eksperymentalną muzyką konkretną i elektroniką, posępnym i często zmieniającym rytm podkładem ciężkiej perkusji i obłąkańczym wrzaskliwym wokalem. Utwór rzecz jasna nawiązuje do historii farmy George'a Spahna, na której sekta Mansona dokonała makabrycznych zbrodni.
Autor - Depeche Gristle


King Gizzard and The Lizard Wizard - Flying Microtonal Banana

Zwabiony nieco pretensjonalną nazwą kapeli, rzuciłem okiem na jeden z ich koncertów dostępnych w sieci. Australijski zespół robi świetne wrażenie, siedmiu facetów pod egidą Stu Mckenzie'go, gra mieszankę wielu gatunków. Są młodzi, żywiołowi i co najważniejsze bardzo oryginalni. Brzmienie garażowe, kwaśne, bardzo psychodeliczne, lecz tym razem nie formalnie. Ten album jawi się jako jeden z najciekawszych płyt ostatnich lat. Dlaczego ? ano dlatego, że KL&TLW szukają nowych form wyrazu, ale nie na siłę, zachowując swój już dobrze wypracowany, charakterystyczny styl. Mamy tutaj próbę zastosowania mikro-tonalności do muzyki rockowej. Mikro-tonalność sprawia, że kapela brzmi przy pierwszym podejściu brzmi dziwacznie i stwarza jakiś zakręcony, odrealniony klimat. Te eksperymenty, bardzo spontaniczne, podparte są jakimś niezwykłym zmysłem artystycznym. To wszystko trzyma się się kupy i z każdym następnym przesłuchaniem wciąga jak diabli. Kompozycje są świeże, dobrze przemyślane, brawurowo zagrane, niezwykle interesujące. Synteza zachodniej muzyki rockowej z aromatami dalekowschodnimi. To nie zawsze się udaje, jest bardzo trudne a ci goście robią to z taką gracją i swobodą. Nie tylko ja to zauważyłem, kapela poprzez bandcamp wyprzedaje wszystko, co wydaje. Wróżę wielką karierę i daj im Bóg, ponieważ są warci. Kolejny przykład zakłamujący tezę, że rockandroll to przeszłość.


Nine Inch Nails - Pretty Hate Machine

Jeden z najciekawszych albumów lat 80-tych. Z NIN spotkałem się dość późno. Jakimś cudem TVP nadała ich koncert na początku ostatniej dekady stulecia. Przyznam, że szybko o tym zapomniałem, choć gig był bardzo intrygujący. Pretty Hate Machine uderza fantastyczną produkcją, brzmi po tylu latach niezwykle świeżo i aktualnie. Notabene lider pracował nad tym zbiorem po godzinach, w zasadzie samotnie. Bezkompromisowość tej muzyki jest jej najważniejszą zaletą, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Hard synthpop, lśni i błyska ciekawymi pomysłami aranżacyjnymi, piosenki, tak to są piosenki, są mroczne. Trent Reznor odkrywa nam swój świat otwarcie i szczerze. Nastrój klaustrofobiczny, obsesyjny, niepokojący, przejmujący. Trent po swojemu traktuje, dość prowokacyjnie; miłość, seks, religie, wolność, nienawiść. I jest bezsilny, zagubiony, pogrążony w chaosie. Muzyka nie jest zbyt przyjazna dla ucha, bo niby jaka by miała być z takim przekazem. Słuchacze od razu docenili ten album, wykupując gremialnie wszelkie nakłady. Reznor nie nagrywał zbyt dużo, na sugestie wytwórni, by nieco złagodzić, skomercjalizować kolejne krążki, odpowiada na swój sposób. Zamyka się i nagrywa w tajemnicy, chroni siebie i swoją muzykę.


Sanctified

it's still getting worse after everthing i tried
what if i found a way to wash it all aside
what if she touches with those fingertips
as the words spill out like fire from her lips

if she says come inside i'll come inside for he
if she says give it all i'll give everything to her
i am justified
i am purified
i am sanctified
inside you

heaven's just a rumor she'll dispel
as she walks me through the nicest parts of hell
i still dream of lips i never should have kissed
well she knows exactly what i can't resist

if she says come inside i'll come inside for he
if she says give it all i'll give everything to her
i am justified
i am purified
i am sanctified
inside you

i'm just caught up in another of her spells
well she's turning me into someone else
every day i hope and pray that this will end
but when i can i'd do it all again.

if she says come inside i'll come inside for he
if she says give it all i'll give everything to her
i am justified
i am purified
i am sanctified
inside you

Yes - Relayer

Gdybym miał wybrać najciekawszy tekst na temat grupy Yes, jaki pojawił się w naszej prasie wybrałbym „14XTAK”, Jana Skaradzińskiego. Został napisany dawno temu - ukazał się na łamach tygodnika „Razem” w 1987 roku. Gdy czytałem go po raz pierwszy znałem tylko album „90125”. Tekst zachęcił mnie do poznania dyskografii zespołu. Skaradzińskiemu doskonale udało się uchwycić esencję muzyki Yes, poza tym, mimo iż był gorącym zwolennikiem jego twórczości, potrafił spojrzeć krytycznie na jego poczynania. Warto podkreślić także znakomite pióro autora. Gdybym dzisiaj miał wybrać swoje ulubione płyty tego zespołu postawiłbym na „Relayer” i „Close To The Edge”. Co ciekawe, Skaradziński nie przepadał specjalnie za tym pierwszym. O ile w przypadku zdecydowanej większości płyt podzielam jego opinie (nie przepadam na przykład za debiutem, „Time And A Word” i koncertowym „Yessongs”), to w przypadku „Relayer” mam odmienne zdanie. Skaradziński tak pisał o tym albumie:
„Relayer trudno dziś uznać za dzieło udane. Ciepło i liryzm zastąpiły wydumane, parajazzowe akcenty (Sound Chaser), w które starano się wtopić typową dla Andersona melodykę (To Be Over) z elementami - nawet! - dalekowschodnimi. Jeśli coś broni się z muzyki YES z 1974 roku, to jest tym z pewnością pełna wykonawczego rozmachu suita The Gates Of Delirium - prawdziwa bitwa instrumentów z deserowym Soon, istną definicją piękna i chyba najsławniejszym kawałkiem zespołu (zwraca uwagę przemyślana aranżacja)”.
Nie potwierdziły się słowa Billa Bruforda, który w 1972 roku odchodząc z Yes powiedział: „Wraz z Close To The Edge osiągnąłem szczyt i wiedziałem, że to, co przyjdzie później, będzie tej płyty kolejną wersją”. Zarówno „Tales From Topographic Oceans”, jak i „Relayer” nie były kopiami magnum opus zespołu. Dla mnie „Relayer” jest świadectwem rozwoju orkiestry Andersona. Muzycy eksperymentują z formą i brzmieniem, starają się urozmaicić swój język muzyczny, pojawiają się próby inkorporacji wybranych elementów jazz-rocka, co ciekawie wypadło w „Sound Chaser”. Miejscami w swoich eksploracjach ocierają się o rockową awangardę (środkowa część „The Gates Of Delirium” czy też fragmenty wspomnianego „Sound Chaser”. Dobrze wprowadził się do zespołu Patrick Moraz, który w 1974 roku był w życiowej formie. Szkoda, że pojawił się w momencie, gdy większość partii na płytę została już zarejestrowana. Gdyby zawitał nieco wcześniej miałby z pewnością większe pole do popisu. Największe wrażenie robi jednak gra Steve'a Howe'a, który jeszcze raz udowodnił swoją wrażliwość i wszechstronność (zmysł melodyczny i subtelność w „Soon”, oszałamiająca technika w „Sound Chaser”, umiejętne budowanie nastroju - klimatyczne orientalizmy w „To Be Over”).
Autor - Mahavishnuu
Fun Page



Kungens Män - Dag & Natt

Rozpętało się piekło na ziemi, temperatura średnia tygodnia to jakieś 30 parę stopni Celsjusza. Wsiadamy do pojazdu Kungens Män produkcji szwedzkiej i wylatujemy czym prędzej. Na orbicie chłodniej a kapela gra miodny kraut, ciekawie, z udziałem zaproszonych gości. Różne elementy, niezwykłe inspiracje, sprawiają, że pejzaże kosmiczne nasycone są łagodną duchowością. Szwedzi próbują się wydostać na tereny bardziej swobodne, ciągle zarzuca im się zbytnią perfekcyjność, skostnienie. A tu masz, zresztą posłuchajcie sami. Psychodelia formalna ale nie nachalna, muzyczna przygoda, podświadomość harcuje podlana obficie transem. Często czytam przy takiej muzyce lub się relaksuję, nie myślę wtedy o niczym, zatapiam się w spokoju, czasem marzę, lecz nigdy nie zasypiam. Free, electronic, Dag & Natt (tytuł płyty - Dzień i Noc), kołysząca sekcja, dość mocna jak na taką muzę. Cały sens tkwi w szczegółach, drugich, trzecich planach. Piękna, nastrojowa, minimalistyczna muzyka.



Front 242 - Mega Mix

Nigdy nie wiadomo, co przyniesie nowy dzień, również w życiu namiętnego słuchacza muzyki. Praktycznie zawsze, gdy mam okazję sprawdzam, jak odbieram daną muzykę w tym akurat momencie. Więcej jest odrzuceń, a mniej trafnych. Do tego typu manewrów idealnym narzędziem jest YT. W sobie wiadomym algorytmem wyświetla obok siebie różne, pokrewne rodzaje sztuki. Dzisiaj "wyskoczył" ,"Front 242", który znałem kiedyś dość dobrze i wskoczył od razu. Jest to nie istniejąca płyta, skompilowana przez fana  - Front 242 mega mix. Kapela jest absolutnym prekursorem gatunku zwanym EBM - electric body music. Bardzo lubię ten gatunek, bo łączy dwie sprawy, taneczność i elementy eksperymentatorskie. Zwłaszcza, że kapele tego typu , "symulują" rocka, którego, powiedzmy sobie szczerze wyssałem z mlekiem matki. Bardzo silne poczucie rytmu 4/4, to wystarczy, Belgowie to zrozumieli na swój sposób. Jest to dla mnie odkrycie, uwielbiam pewnego rodzaju transowość a oni tak właśnie grają. 


Wallenstein - Cosmic Century

Cosmic Century - trzeci album studyjny niemieckiej formacji krautrockowej Wallenstein, założonej w 1971 roku przez klawiszowca i wokalistę oraz studenta Akademii Sztuk Pięknych w Düsseldorfie, Jürgena Dollase.
W pierwszej połowie dekady lat 70 XX wieku wśród awangardowych zespołów niemieckich ogromną popularność zyskała tematyka kosmosu, obecna w muzyce i w tekstach; muzyka krautrockowa zyskała miano Kosmische Musik, którą w tamtych czasach wykonywały zespoły i wykonawcy pokroju Tangerine Dream, Ash Ra Tempel, Klaus Schulze, Cluster, Harmonia, Popol Vuh, Can czy Kraftwerk. Wallenstein jednakże o wiele bardziej - mimo niemieckojęzycznej nazwy - przypominał zespół brytyjskiej sceny prog-rockowej; muzyka grupy bardziej oscylowała w stylu King Crimson, Pink Folyd, Emerson, Lake & Palmer czy Soft Machine aniżeli wspomnianych niemieckich zespołów krautrockowych, chociaż typowo niemiecką cechą Wallenstein pozostały względnie oszczędne wokale, nad którymi zdecydowanie przeważała muzyka, co było raczej typową cechą dla wykonawców z nurtu krautrocka.
Wydany w 1973 album Cosmic Century ma zatem dość mylny tytuł, bowiem - poza niewielkim epizodem - w zasadzie brak tu jest odwołań do muzyki kosmicznej. Album składa się z dwóch części; strona A albumu jest w klimacie symfoniczno-funkowo-jazzowym, zaś strona B jest stricte prog-rockowa.
Album otwiera blisko 10-minutowy rozbudowany i przechodzący trzy etapy Rory Blanchford; utwór rozwija się od fortepianowo-smyczkowego interlude przechodząc w struktury funkującego jazz-rocka z rozbudowanymi i przenikającymi się partiami fortepianu i skrzypiec, uzupełnianymi niekiedy o Hendrixowskie riffy gitary. Cały instrumentalny etap trwa ponad pięć minut, zakończony przez wyciszające stopniowo partie fortepianu, budujące klimat rodem z Ryszarda Wagnera; utwór przechodzi w etap wokalny; wokal Dollase'a charakteryzuje się tu łagodną i ciepłą barwą głosu pieśniarza z epoki baroku; utwór stopniowo nabiera rozpędu, by znów zwolnić do formy barokowej pieśni i znowu przyśpieszyć do klimatu charakterystycznego dla Pink Floyd czy King Crimson. Etap końcowy utworu jest mocno prog-rockowo - symfoniczny, zaś utwór wyciszają delikatne partie fortepianu i niezwykle smutny wokal Dollase'a.
Krótki, nieco ponad dwuminutowy instrumentalny utwór Grand Piano w całości - i wyłącznie - zagrany jest na fortepianie; słychać tu wyraźne wpływy i inspiracje muzyką poważną Jürgena Dollase'a.
Silver Arms oparty jest na podobnej, symfoniczno-funkowo-jazzowej strukturze, co utwór otwierający - Rory Blanchford.
Blisko 10-minutowy Silver Arms rozpoczyna ponad 4-minutowy jazz-rockowo-symfoniczny instrumentalny wstęp (poprzedzony potężną bluesową zagrywką gitary basowej) z funkującą sekcją perkusyjną, utwór rozkręca się klimatem fortepianowo-smyczkowym, po czym brzmienia fortepianowe zaczynają wyraźnie dominować, pojawiają się też partie syntezatorowe i organowe uzupełnione w pewnym momencie Hendrixowskim riffem gitary. I podobnie jak poprzednio, tym razem w czwartej minucie utwór uspokaja się, pozostaje jedynie sekcja fortepianu i pojawia się epizod wokalny, w którym wokal Jürgena Dollase'a nabiera niezwykle smutnego charakteru, przypominając do złudzenia wokal Erica Claptona; rytm powoli rozkręca funkująca perkusja i fortepianowy podkład uzupełniany o przeciągłe riffy gitarowe i dźwięki fletu w tle. Utwór znów przechodzi w etap instrumentalny rocka symfonicznego z prog-rockową sekcją perkusji, tym razem partie syntezatorowe dominują na równi wraz z partiami fortepianu uzupełnianymi o riffy gitarowe w tle.
The Marvellous Child rozpoczyna jedyny wspomniany wcześniej epizod muzyki kosmicznej - minutowy wstęp analogowych dźwięków zagranych na syntezatorze, po czym utwór przechodzi w klasyczny schemat rocka progresywnego z dominującą rolą fortepianu wspomaganego przez syntezator. Najciekawiej robi się jednak, kiedy w samym środku kompozycja nagle zwalnia i pojawia się epizod wokalny; wokal Jürgena Dollase'a był tu zapewne inspiracją dla Midge'a Ure'a i Ultravox w latach 80, podobieństwo wokalu Dollase'a do wokalu Mige'a Ure'a jest tu niemal uderzające. Drugim niesamowitym elementem tej części kompozycji jest pojawienie częściowo elektronicznej perkusji, dzięki czemu na ten krótki epizod utwór zyskuje popowy, nieco soulowy charakter. Minutowy popowy epizod wokalny znowu przechodzi w etap klasycznego rocka progresywnego, z dominującą rolą jazzujących klawiszy i już marginalną rolą syntezatora, całość uzupełniają gitarowe przytłumione riffy w tle.
Najbardziej wokalny utwór Song Of Wire przypomina dokonania Pink Floyd, Cream, King Crimson czy Emerson, Lake & Palmer, ale także... Can, głównie w dramatyzującej warstwie wokalnej Jürgena Dollase'a. Utwór przechodzi od spokojnego prog-rocka z dominacją fortepianu, po ciężkie uderzenia z Mellotronem w tle i chóralnymi śpiewami, po czym utwór znów łagodnieje, nabierając nieznacznych cech symfonicznych, by znów powtórzyć schemat z pierwszej części utworu z łagodnym prog-rockiem i dramatyzującym wokalem, znowu przechodząc w cięższe uderzenie, jednak już bez chóralnych śpiewów, za to z wiodącą rolą Mellotronu wspomaganego przez przytłumione riffy gitary w tle w finale utworu.
Album kończy finałowy instrumentalny motyw przewodni płyty - The Cosmic Couriers Meet South Philly Willy - którego tytuł jest oczywiście mylący, bowiem, jest to kompozycja klasycznie prog-rockowa z elementami jazz-rocka, w której - jako jedynej kompozycji płyty - główną melodie tworzy bluesujący i Hendrixowski riff gitarowy, zaś fortepian i klawisze stanowią tło budujące napęd tej najpogodniejszej na albumie kompozycji, będące na równi prog-rockową sekcją perkusyjną utworu.
Autor - Depeche Gristle


Rush - Moving Pictures

Jeden z moich ulubionych albumów lat 80-tych. Czy jest to ich najwybitniejsze dokonanie? Trudno orzec, choć z pewnością jest to jeden z głównych faworytów. Podoba mi się na tej płycie sposób, w jaki artystom udało się połączyć w jedną koherentną całość elementy muzyki lat 70-tych i 80-tych. Do wcześniejszej dekady odwołuje się przede wszystkim epicki „The camera eye” - mój faworyt z tego krążka. Nie zabrakło finezyjnych i nowocześnie brzmiących form piosenkowych, wpisujących się już w estetykę lat 80-tych. „Moving pictures” to prawdziwa kraina pereł. Droga wiedzie tu od przebojowego „Toma Sawyera” (to największy przebój grupy obok „Closer to the heart”), poprzez wirtuozerski „YYZ”, okraszony kapitalnymi partiami solowymi do „Vital signs” - dość nietypowej kompozycji w dorobku Rush. Warto wspomnieć jeszcze o „Witch hunt”, gdyż to także mocna pozycja tego wydawnictwa. Już intrygujące intro ciekawie ewokuje nastrój grozy. Muzycy pokazali w tej piosence, że świetnie radzą sobie z krótką formą wypowiedzi, co od tej płyty stanie się obowiązującym trendem (nie licząc wspomnianego „The camera eye”). Bohaterem płyty jest dla mnie - nie po raz pierwszy - fenomenalny drummer, Neil Peart. To w zasadzie perkusista kompletny, obdarzony nienaganną techniką, świetnym feelingiem, zmysłem strukturalnym i inwencją brzmieniową. Jakby tego było mało, jest także autorem interesujących tekstów, które często były pokłosiem przeczytanych książek (pochłaniał ogromne ilości). Wizytówka płyty, a jakże!, „The camera eye”.
Autor - Mahavishnuu
Fun Page

Poza wymienioną, obnosiłem się z podwójnym winylem Exit Stage Left, super brzmienie tej płyty idealnie nadawało się do prezentacji możliwości swojego sprzętu grającego. Jakież było zaskoczenie, gdy okazało się, że dostępne jest też DVD z tych koncertów. Niestety okazało się, że kapela przeskoczyła sama siebie i nigdy już nawet nie zbliżyła się do tego poziomu, szkoda. - Es


Dopapod - The Theatre of Living Arts (Philadelphia, Pennsylvania)

W czasie amerykańskich wojaży, udało mi się przekonać swojego sponsora do odwiedzin kilku klubów, za którymi nie przepadał. Jechaliśmy akurat  przez Philapelphia'e (Pennsylvania), ja wybrałem koncert Dopapod, kolega poszedł na dziwki.  Strzeliłem bourboun'a i czekam, a tu światła, wchodzi kapela, zwyczajni kolesie. Zamówiłem kolejnego i nagle zespół zaczął dynamicznie swój gig. Ludzie co za kapitalna akustyka, słychać wszystko, wszelkie niuanse, można swobodnie porozmawiać. Dopapod znam z internetu, muzyka dość zachowawcza, precyzyjny rock jazz  z pięknymi melodiami i popisami. Koncert jest jednak czym innym, tutaj dominuje spontan, Ci swobodni goście pokazują swoje pazury, muzyczne argumenty. I jest to - uwaga!! progresssive rock jazz, z kapitalną dramaturgią. Raz keyboards (dużo hammondów), raz gitara ciąży, to w jednym, to w drugim kierunku. Koncert bardzo długi, czego się nie spodziewałem (no przyznaje poszły jeszcze dwa bourbon'y) brak kasy ;), ale chłopaki pokazali co może znaczyć nowa muzyka progresywna. A więc gostek obsługujący keyboardy, głównie Moog Prodigy, bardzo elastycznie, kręcąc obficie "gałami", gitarzysta, grający wspaniale podkłady (głównie funk), sola cudne, wszystko jednak progressive, na albumach rock jazz). Pasywny basista i drummer, dopełniają precyzyjnie całości. Wszyscy to absolutni zawodowcy, co jednak ich specjalnie nie krępuje, wprost przeciwnie. Taka jest część Ameryki. Ci ludzie potrafią bawić się z każdej okazji, ale ja jestem Europejczykiem i mnie się to bardzo podoba. Kolega obudził się bardzo zadowolony, ja też, jedziemy dalej, zobaczym co tam ciekawego, od razu przeglądam ogłoszenia!




This Mortal Coil - Filigree and shadow

This Mortal Coil był projektem Ivo Watts-Russella, który był założycielem i szefem niezależnej wytwórni 4AD. Na poszczególnych płytach tej nietypowej formacji występowali artyści ze stajni 4AD oraz inne zaprzyjaźnione osoby. Zazwyczaj najwyżej cenionym albumem w dorobku This Mortal Coil jest debiutancki „It'll end in tears” (1984). W moim przypadku jest inaczej. Największy sentyment mam do „Filigree and shadow”. Na przestrzeni lat to on najczęściej lądował w moim odtwarzaczu, biorąc pod uwagę płyty wydane przez 4AD.
Ivo Watts-Russell wyczarował kolejny intrygujący album, który na przestrzeni lat niewiele się zestarzał. Tylko te bardziej dynamiczne i zrytmizowane fragmenty przypominają o tym, że jest to materiał nagrany w latach 80. Mamy tu do czynienia z wielobarwną gamą różnych stylów – folk rock, gospel, ambient, pop rock, a to bynajmniej nie wszystko. Wysublimowane fortepianowe impresje sąsiadują z dynamicznymi fragmentami na modłę ejtisową, elektroniczne pejzaże przechodzą w quasi etniczny rytuał dźwiękowy. A jednak wszystko układa się ostatecznie w jedną, harmonijną całość. Ivo Watts-Russell zadbał o odpowiedni klimat całości. „Filigree and shadow” ma swoją niepowtarzalną atmosferę, urzeka subtelnością. Stanowi miłą odskocznię od ówczesnego mainstreamu, często zachłyśniętego zdobyczami najnowszych technologii, co nie zawsze dobrze wpływało na brzmienie. Podobnie, jak w przypadku debiutu, świetnie wypadły covery. Warto wspomnieć przynajmniej o kilku z nich.„Jeweller” i „Morning glory” to z pewnością wyróżniające się utwory, a jest przecież jeszcze przepiękny „Ma father” z dorobku Judy Collins. Podoba mi się podejście do starych kompozycji. Ivo Watts-Russell niejednokrotnie miał pomysł na to, aby pokazać je niejako w innym wymiarze. W niektórych przypadkach wypadają nawet lepiej niż oryginały, a to niełatwa sztuka. Na winylu było to wydawnictwo dwupłytowe. Druga płyta w tym zestawie jest ewidentnie słabsza. Znalazło się na niej kilka typowych wypełniaczy. Przy odpowiedniej selekcji mógł powstać jeden, równy album o jeszcze większej sile rażenia. O ile w przypadku „Filigree and shadow” jest to niewielkie uchybienie to już na kolejnym „Blood” będzie to poważny problem. Tam słabszego materiału będzie już niestety zbyt dużo.
Autor - Mahavishnuu
Fun Page


Psyche - Unveiling The Secret

Unveiling the Secret - drugi album kanadyjskiej formacji Psyche, założonej w 1982 roku przez braci Darrina (wokal) i Stephena (klawisze) Hussów, na którym muzycy zainspirowani twórczością wykonawców pokroju Soft Cell, Suicide czy Experimental Products, prezentują o wiele dojrzalsze brzmienie i szeroki wachlarz syntezatorowych brzmień względem własnego albumu debiutanckiego, Insomnia Theatre (1985).
Już na sam początek otrzymujemy klasyczny synthpopowy numer z ciepłym acz agresywnym postpunkowym wokalem Darrina - Thundershowers - będący wizytówką stylu Psyche i klasyką brzmień lat 80. Kontynuacją nowofalowo-synthpopowej linii z agresywnymi i jednocześnie ciepłymi wokalami jest następna kompozycja - Lord Unleashed,
Synthpopowy acz nieco cięższy i chłodniejszy wymiar, charakterystyczny dla stylu Psyche, mają Black Panther i The Saint Became A Lush, zaś łagodniejsze oblicze zespół prezentuje w future-popowym Prisoner To Desire oraz nieco powolniejszym, przypominającym dokonania Thompson Twins lub Heaven 17 Taking Chances.
Poza różnymi barwami synthpopu, Psyche sprawdza się i w cięższej odmianie elektroniki, czego dowodzi Caught In The Act z silnymi wpływami nurtu Neue Deutsche Welle, w tym takich niemieckich kapel jak Der Plan, D.A.F. i wczesny Die Krupps. Utwór niewątpliwie odcisnął swe piętno na twórczości Front Line Assembly, Nitzer EBB oraz rodzimych wykonawców industrialno-synthpopowych: Düsseldorf, Kafel, Nowy Horyzont, C.H. District i Alles.
Jednym z najlepszych momentów płyty jest instrumentalny Intermezzo - to dwie minuty czysto industrialnych brzmień zaczerpniętych wprost z twórczości Throbbing Gristle.
Tytułowy Unveiling The Secret z kolei stanowi fundament pod współczesny EBM; w utworze słychać również mieszankę wpływów future-popu i stylu Giorgio Morodera.
W The Crawler słychać (także wokalnie) inspirację muzyków twórczością Front 242; kompozycja stylem silnie przypomina klimaty z debiutanckiego albumu Front 242 - Geography (1982).
Niesamowicie szybki Screamin' Machine jest hybrydą elektroniki w stylu Kraftwerk i punkowych riffów gitarowych z ostrym punkowym wokalem, w którym dostrzec można wpływ Alana Vegi. W kompozycji można się doszukać również stylu Sigue Sigue Sputnik.
Najbardziej niesamowitym momentem płyty jest jej finałowy numer - Waiting For The Stranger - noise'owy, pełen kontrolowanego chaosu, w klimacie wczesnego Suicide, ze schizofrenicznym wokalem, a w zasadzie schizofrenicznym wrzaskiem, utwór ten wpłynął na twórczość Skinny Puppy.
Podstawową wersję uzupełniają bonus tracki, pochodzące z wczesnego okresu twórczości Psyche: mechaniczny i future popowy Anguish, w którym wokal Darrina Hussa przypomina po trochu wokal Alana Vegi, po trochu Marca Almonda; future-popowy instrumental Venom przypominający wczesne The Human League i Depeche Mode oraz wersja demo Thundershowers.
Unveiling the Secret jest uznawany za najlepszy album w dorobku Psyche. Na pewno jest kwintesencją undergroundowego synthpopu, krążek miał bezpośredni wpływ na twórczość zespołów nurtu ebm lat 90, w tym m.in. Suicide Commando i Covenant.
Autor - Depeche Gristle