Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Jean Michel Jarre - Oxygen 3

Jak bardzo zmienił się świat w ciągu tych 30-40 - stu lat, słychać w muzyce JMJ Oxygen. Muzyka jest odbiciem rzeczywistości, przekleństwem wieku jest zdolność do widzenia rzeczy, których młodsze pokolenia nie zobaczą, nie pojmą. JMJ daje tego najlepszy przykład. Oxygen 3 to wielki niepokój, gorzka refleksja nad kondycją dzisiejszego społeczeństwa. Jeszcze nigdy w historii nowoczesnej nie było ono tak bardzo podzielone, skonfliktowane. Nienawiść zżera cały głob, syndrom braku a z drugiej strony tak wielka fascynacja dobrami doczesnymi, prowadzi do nieszczęścia, braku empatii, do zagłady. Smutna to płyta, czego się jednak spodziewać. Artysta dojrzał na tyle, by mówić prawdę. Nie jest to może wizjonerstwo, lecz tak jak powiedziałem , komentarz do rzeczywistości. Cóż nam pozostało, chyba już tylko bierna ucieczka, izolacja, emigracja wewnętrzna ? Inny artysta z tej sceny, wybiera symbolicznie pojazd, który oddala się od Ziemi, nie ogląda się, leci w nieznane, bo tu już nic nie ma. Mowa oczywiście o Vangelisie i jego muzyce na płycie Rosetta. Obydwa dzieła tak znamienitych muzyków, nie dają nadziei i być może dlatego rozczarowują brakiem progresji. Ta wspakkultura, anachroniczność wzbudza niepokojącą refleksję - Co dalej ? Nie poddawajmy się, szukajmy nowych wartości. Ci którzy mają siłę niech walczą. Czy słabsi są skazani ? To bardzo trudny okres, trzeba przetrwać, uzbroić się w pragmatyzm. Mam nadzieję, że jeszcze zdążymy a potem..........................................


Wight - Love Is Not Only What You Know

Fuzzy groove and stonerized riffing, psychedelic undertones with a natura, jammy vibe. Doom funk fusion, psychedelic rock - Darmstadt. Muza znana, ale bardzo świeżo podana. Uwielbiam takie kotelety, nice stuff, tylko dla dziadków hehe.



Włodek Pawlik - America


Bardzo lubię gdy gra tylko trzech muzyków, zwykle mają oni sporo miejsca do pokazania swych umiejętności. Oczywiście zazwyczaj lider prowadzi całą rzecz. Tak też jest i tutaj, lecz muza jest wyważona, elegancka, relaksująca. Muzycy grają pewnie, radośnie, witalnie. Fajnie jest zacząć dzień od takiej płyty - optymizm. Nie jest to smooth jazz, czuje się charakterystyczny rys polskości, ciepła i empatii. Różnorodność kompozycji nie pozwala się nudzić, muzycy są fantastycznie "ograni". Ja lecę po następne płyty, bo Pawlik mi wpadł do ucha i nie chce wyskoczyć.

Duke Ellington

Dobrą drogą do poznawania nowych obszarów muzycznych jest słuchanie innych muzyków grających muzykę swego idola - taka piguła emocjonalna. Zdarzają się niestety słabe trybuty, trzeba patrzeć na wykonawców. Jednakże polecam !


Gong - Rejoice! I'm Dead!

Jedziemy dalej! Tak zdecydował Daevid Allen, na myśl o zbliżającej się śmierci. Ja co prawda, jeszcze nie umieram, choć świat ze swoim nowym obliczem jest obecnie wyjątkowo odpychający. Gdybyż to jeszcze było więcej komfortu, pewnikiem dzieliłbym się z Wami swoimi "odkryciami" częściej. Ledwo jednak sam ogarniam znikomą część Sztuki, która wydaje się być niezmierzona. Dotyczy to wszelkich jej wspaniałych przejawów. Samej muzy jest tyle, głowa boli i wypadałoby dobę wydłużyć wielokrotnie, ale jesteśmy zniewoleni przez ten, w sumie ubogi wymiar.
Daevid jest wolny, ale jego sztuka pozostała i rozwija się nadal bardzo dobrze, nawet i bez jego fizycznego udziału. Płytę nagrała ekipa z którą pracował w ostatnich latach życia i będąc już na łożu śmierci, zachęcał wszystkich do kontynuacji, jakże fascynującego projektu. Cieszmy się więc, jak tego chciał.
Gong powstał we Francji w czasie szczególnym, pod koniec lat 60-tych, jako odpowiedź na ówczesne wydarzenia społeczne. Projekt otwarty na ludzi i pomysły, lecz pomimo wyrazu kontrkulturowego, niechęci do głównego nurtu, posługiwano się tylko i wyłącznie intuicją i instynktem. W tym tkwi siła Gong, sprytnie omijając barierę, jaką stanowi intelektualizm muzyczny. Nie znaczy to, że rządzi tą muzyką anarchia. Wyraz artystyczny jest na najwyższym poziomie. Spróbujmy jednak określić charakter tej muzy - jest to w skrócie muzyka progresywna z dużymi naleciałościami space rocka. Allen gromadził wokół siebie niezliczone grono muzyków z otwartymi głowami, nie interesowały Go nawet umiejętności techniczne. A jednak pomimo to, byli to zawsze muzycy nieprzeciętni, długo wymieniać. Ostatecznie doliczając wszelkiego rodzaju poboczne projekty, nagrania nieoficjalne, będzie tego kilkaset albumów!!! I będziesz w błędzie, jeśli pomyślisz, że są tu jakieś muzyczne kity. Gong dla mnie stał się od jakiegoś czasu pewnego rodzaju odskocznią od Franka Zappy, który niestety przestał mnie cieszyć.
Dzisiejszy świat ze swoim namolnym pustym materializmem, powoduje, że ludzie coraz chętniej sięgają po sztukę psychodeliczną. Gong, a jakże, jest psychodeliczny niemal dosłownie, nie jest to jednak muzyka łatwa, nie ma tu żadnych kompromisów.
Ta ostatnia płyta, nagrana przez muzyków w sumie młodych. neoprogresywnych jest nieco bardziej zwarta, z podejściem bardziej rockowym. Ale to cały czas Gong lecący w kosmos, wspaniałe partie instrumentalne, bogactwo brzmień i nastrój nie z tego wymiaru. Istnieją plany, aby kontynuować ten zamiar, chociaż mnie wydaje się to być niemożliwe. Allen miał wyjątkową osobowość, spajał i miał pieczę nad tym tyglem, mieniącym się wszelkimi odmianami kolorów. Ale kto wie.
Tymczasem polecam wszystkim, nieco już znudzonym tym co się dzieje. Możecie spokojnie zacząć właśnie od tej płyty, czemu nie? Dalej wstecz ;) jest tylko lepiej i lepiej.


Aya RL - Change In Form

Change in Form - ostatni album kultowego zespołu Aya RL, wydany 20 listopada 1998 roku, a poprzedzony minialbumem Wy To Ja' 98, który niemal w całości utrzymany był w stylistyce house. Tym razem Aya RL praktycznie całkowicie odchodzi od house'u i house'owego beatu, jednocześnie formacja kroczy ku nowoczesnej muzyce elektronicznej i klubowej, kierując swoje inspiracje ku brytyjskiej scenie niezależnej, choć album otwiera ciepło brzmiący utwór Plussimo, w którym słychać orientalne echa z Nomadeus (1994) i Calma (1996). Numer, nie jest pozbawiony charakterystycznej dla Aya RL przebojowości, za to łączy w sobie style electro, new age, ambient ze znaną z Nomadeusa mocną new age'ową sekcją rytmiczną. Ciekawostką jest fakt wykorzystania tego utworu w reklamie sieci komórkowej Plus.
Dalej jest już co raz bardziej awangardowo, zgodnie z najaktualniejszymi trendami na ówczesnej scenie undergroundowej, Aya RL od początku swojego istnienia, a więc od 1983 roku, udowadniała swoje głębokie i bardzo dobre rozeznanie w gatunkach muzyki elektronicznej, i jako jeden z pierwszych polskich wykonawców, wprowadzała je na polski grunt. A druga połowa lat 90, to przede wszystkim rozkwit drum and bassu - w polskich realiach względnie rzadkiego, zaś Aya RL jako pionier gatunku na polskim rynku eksperymentowała z drum and bassem już na Nomadeusie, zaś kończący minialbum Wy To Ja' 98 kawałek Danger był zapowiedzią drum'n'bassowego kierunku formacji, czego efektem jest tytułowy Change in Form w czysto drum and bassowej postaci. Innymi drum and bassowymi momentami płyty są: Next Time, Long Time Ago (z analogowym brzmieniem syntezatora w stylu lat 80) i Emulation z silnymi wpływami The Prodigy.
Rain-Rain jest połączeniem brzmień industrialnych i electro z dub-stepem, wtedy gatunkiem całkiem nowym, co uświadamia jak dobre rozeznanie w najnowszych trendach muzycznych posiadał Igor Czerniawski - w całości twórca repertuaru płyty.  Eksperymentalny, wbrew tytułowi, No Experiments, jest w klimatach dark-ambientu, electro i industrialu w stylu solowego Richarda H. Kirka (Cabaret Voltaire) z lat 90.
W Make You Fresh gościnnie wokalnie udziela się Beata Pater, choć tekst składa się jedynie z ciągle powtarzanego "Make You Fresh", wokalistka śpiewa w duecie z vocoderowym wokalem Czerniawskiego; sam utwór w całości jest w klimatach jungle.
Peak Model to klasyczne minimal-electro z silnymi wpływami Kraftwerk (Tour De France '83, Electric Cafe) i Afrika Bambaataa.  N.S.G. jest połączeniem electro-industrialu i noise w stylu Art. Of Noise. Wpływy brzmienia Art OF Noise słychać też w utworze Compower, którego sekcja rytmiczna to połączenie brak-beatu z czarnym beat-boxem (tworzeniem sekcji rytmicznej za pomocą warg) i hip-hopem. Breath jest tu jedynym na albumie flirtem s house'em, choć sam numer nie jest house'owy; bliżej mu do dubstepu i drum'n'bassu, zawiera za to mocne wpływy brzmieniowe house'u.
Całość kończy najciekawszy utwór płyty: Kraftjoke, pierwszy od czasów "Niebieskiej" (1989) synthpopowy, choć instrumentalny numer Aya RL; radosny pastisz brzmień Kraftwerk inspirowany przede wszystkim utworem Europe Endless, choć tak na prawdę brzmiący jak dokonania... OMD z płyt History of Modern i English Electric (!), problem w tym, że te albumy miały ukazać się za grubo ponad dekadę, wygląda więc,. że Aya RL znacznie wyprzedziła szacowną brytyjską legendę synthpopu!  Warto wspomnieć, że Kraftjoke został zadedykowany przez zespół legendarnemu polskiemu DJ-owi radiowemu prezentującemu i propagującemu muzykę elektroniczną (polski John Peel?) Jerzemu Kodrowiczowi. Change in Form mimo swojej wszechstronności, nowoczesności i nowatorstwu zarazem, nie powtórzył sukcesu albumów Nomedeus i Calma, mimo przypadającemu na ten okres ogromnemu boomowi na techno. Być może przyczyną był zbyt progresywny charakter płyty i względnie mało przystępna muzyka zawarta na niej.
Po nagraniu Change in Form Aya RL zawiesiła działalność, choć wielokrotnie wzmiankowano o możliwej reaktywacji zespołu, powrotu z nowym materiałem nie ma do dziś.
Igor Czerniawski skupił się na roli producenta muzycznego; jako producent odpowiedzialny jest za sukces Ramony Rey, z którą obecnie współpracuje.
Autor - Depeche Gristle



SBB - Za linią horyzontu

Ta firma zawsze wzbudzała we mnie szczególne emocje, i nie da się tego pominąć przy kontakcie z tym nowym materiałem. Sentyment i ciepełko w sercu, podobne jak wtedy, gdy siedziałem w drugim rzędzie krakowskiej filharmonii, bagatela w 1974 roku !! Zespół jeszcze przed wydaniem płyty, grał jak żaden dotychczas w tym czasie w Polsce. Gdy okazało się, że faktycznie muzyka niekoniecznie była oryginalna, niczego nie zmieniło. Upłynęło już tyle czasu, trudno więc wymagać, aby muzycy grali tak jak kiedyś. I bardzo dobrze. Za linią horyzontu jest konsekwencją obranego przez muzyków stylu, bezpośrednio z poprzednich płyt. Okazało się jednak, że Jerzy Piotrowski wnosi ten szczególny wkład, dopełniający całości zjawiska pt. SBB. Płyta jest bardzo przemyślanie skonstruowana, mamy tu wszystkie atrybuty; klimat, popisy instrumentalne, wyważenie dynamiczne, różnorodność utworów. Całość jest jednak spójna. To wszystko to zalety a jednocześnie wady tej płyty. Zespół kłania się wszystkim fanom, ta anachroniczność podejścia sprawia, że ta muza ginie wśród masy dobrej muzyki współczesnej. No i co z tego, że młodzież nic tej muzyki nie wyniesie, ważne, że nam się podoba. Mnie podoba się bardzo i czekam na następne, może bardziej bezkompromisowe dźwięki. Czy jeszcze stać muzyków na podjęcie nowych wyzwań, czas pokaże. Tymczasem cieszmy z tego, co otrzymaliśmy. Zdrowia Panowie, dzięki ;)


Fad Gadget - Gag

Gag - czwarty album Fada Gadgeta, który ukazał się 1 lutego 1984 roku, zaskoczył odejściem od futurystyczno-syntetycznego brzmienia, które zostało wzbogacone o szerokie zastosowanie "konwencjonalnych" instrumentów: gitary, bas, perkusję, skrzypce, nadając muzyce znacznie bardziej pro-punkowego i postpunkowego charakteru, czego świadectwem jest otwierający album utwór Ideal World, gdzie syntezatorowy podkład łączy się z agresywnymi riffami gitar i drapieżnymi wokalami Franka Toveya.
Singlowy Collapsing New People jest powrotem do bardziej syntezatorowego brzmienia - choć i tu nie brakuje mocnych riffów gitary - kawałek jest połączeniem synthpopu i rocka industrialnego zaczerpniętego ze stylu niemieckiego Einstürzende Neubauten, który był bezpośrednią inspiracją do powstania tego utworu.
Sleep jest spokojną rockową balladą będącą połączeniem elektroniki, industrialu i folku; w refrenie wokalnie Toveya wspiera Barbara Frost.
Stand Up jest przykładem bardziej pogodnego oblicza albumu, gdzie radosny synth-pop i new wave ścierają się z zimnofalowym new wave. Speak to Me to znowu połączenie new wave z industrialnym motywem przewodnim syntezatora w stylu Depeche Mode (Master and Servant) ze świetną współpracą wokalną w refrenie Toveya z Barbarą Frost.
One Man's Meat jest powrotem do stylu zaprezentowanego w utworze otwierającym album - Ideal World - elektronika wzbogacona o szerokie zastosowanie tradycyjnego rockowego instrumentarium, chociaż w One Man's Meat agresję zastępuje przebojowość utworu. W podobnym stylu utrzymany jest Ring, choć utwór emanuje spokojem i łagodnością, zarówno w muzyce, jak i w wokalu nadając piosence klimatu utworów Ultravox.
Jump, to znów powrót do synthpopowo-industrialnego charakteru z Collapsing New People i Speak to Me; wokal Toveya zmienia się tu od niezwykle łagodnego w strofie, po bardzo agresywny w refrenie.
Całość kończy Ad Nauseam, utwór o charakterystyce rocka symfonicznego połączonego z new wave, industrialem i eksperymentalizmem - zdecydowanie najlepszy numer płyty, będący idealnym jej podsumowaniem.
Gag jest ostatnim albumem wydanym pod szyldem Fad Gadget; artysta - mimo sukcesu komercyjnego - rozczarowany efektami swojej twórczości postanowił porzucić ten projekt, tworząc, począwszy od 1985 roku, wyłącznie pod własnym nazwiskiem Frak Tovey. Fad Gadget został reaktywowany w 2001 roku, dając kilka suportów przed występami Depeche Mode podczas ich światowej trasy promującej album Exciter (2001), w ten sposób Depeche Mode odwdzięczył się Fadowi za utorowanie drogi do własnej kariery na początku lat 80 (Depeche Mode suportowali wtedy Fada Gagdeta), dając szanse Fadowi Gadgetowi na przypomnienie się szerokiej publiczności. Niestety powrót Fada Gadgeta z premierowym materiałem uniemożliwiła przedwczesna śmierć Franka Toveya w 2002 roku.
Autor - Depeche Gristle


Aardvark - Aardvark

Proto - progresywny rock. Brak gitar. Zabawa z brzmieniem. Dobre tempo. Odważne, formalne eksperymenty. Zapomniany klejnot. Wpływy; The Nice, ELP, Rare Bird, VDGG, Pink Floyd.
Rok 1970 był w muzyce rockowej absolutnie magiczny. Kulminacja pewnego przesilenia, gdzie stare mieszało się z nowym, tworzyły się zręby nowych gatunków, umierały stare, wytarte muzyczne frazesy. Muzycy wychodzili odważnie na dziewicze, nieznane tereny. Za tym szły bardzo wysokie umiejętności. Wszyscy wiedzieliśmy, że coś się pod tym kryje, wyczuwaliśmy powstawanie nowych światów w muzyce. To zupełnie wystarczyło, aby się tym zainteresować, zająć na poważnie. Tylko dlaczego poznajemy tę muzę dopiero teraz?, skazani wtedy na jakieś pierdoły w mediach. (znowu - chyba mi nie przejdzie).
AARDVARK - to pierwsza liga, nie sprzedaje się wystarczająco, nie koncertuje, nie zarabia kasy, kilka utworów i goodbye, kwartet rozpływa się w innych formacjach. Brak wsparcia, niemożność dotarcia do większej ilości odbiorców. A tu taka fajna muzyka, pełna energii, ambicji, piękna i ten szczególny klimat. Klimat czegoś lepszego od, na przykład nagminnych (pocz. lat 70-tych) kanapek z patetówką ;) ;). Mamy płytkę. Słuchamy.
Kapela miała problemy z wydaniem tego albumu, tytuł ostatniego numeru na płycie  - Put It In Your Pipe And Smoke It, był zbyt odważny dla tchórzliwych wydawców, by wrzucić go na okładkę, jako tytuł całej płyty. Pojedyncze egzemplarze winyla chodzą dzisiaj po 50 funtów szterylingów. Teraz możesz oglądać gołe dupy za darmo. Congratulations - tylko komu? ;) ;)



Anderson/Stolt - Invention of Knowledge

Nie wiadomo na ile to był pomysł samego Andersona, czy też ludzi z jego otoczenia (album z muzyką z lat siedemdziesiątych). Jon "wykolegowany" przez partnerów z rodzimego YES czuje się świetnie i jest w wybornej formie muzycznej. Pomimo, że wkład innych jest znaczący, YES to zdecydowanie Jon Anderson, bez niego ten projekt jest kulawy, ale nie o tym.
Jon Anderson pionier i legenda gatunku progressive rock, wydaje TToTO 2 w wersji light. Cztery długie kompozycje oczywiście tylko nawiązują do oceanów, Stolt bez skrupułów wchodzi w rolę Steve'a Howe'a a Anderson przypomina, że czas nic nie znaczy.
Ponad godzina muzyki z kompozycjami nieco bardziej radośniejszymi, bardzo konkretnie dopracowanymi (materiał powstawał niemal półtora roku), przemija jak z bicza strzelił.
Pozycja zdecydowanie dla fanów, pomimo wysokiego poziomu artystycznego, nie usłyszymy tu niczego zaskakującego czy nowego. Czuje się jednak pełne zaangażowanie, muzyka przebogata instrumentalnie (brzmienie, zagrywki), przepiękne melodie podane z elegancją, z lekkim "yesowskim", typowym zadęciem. Symphonic rock jak się patrzy. Pomimo, że niezbyt chętnie wracam do klasyki, album przesłuchuję z dużą przyjemnością. Ta muzyka jest jak bourbon z charakterystycznym matowym posmakiem, tym razem bez zapachu prerii i osmalonych beczek.
Można się przyczepić, że lider nie daje swobodnie pograć muzykom, jest obecny wokalnie niemal bez przerwy. Nie wiem jak inni, ale ja się czuję, jak w domu, to po prostu część mojej tożsamości muzycznej. Oczywiście, po raz kolejny mamy tu do czynienia z autoplagiatami, jednakże rodzaj muzy (niekomercyjny), trochę usprawiedliwia takie zamierzenie. Osobiście życzę sobie, aby Jon Anderson grał jak najdłużej.



Blues Creation - Demon & Eleven Children

Cieszę się, że dożyłem czasów, gdy to ja decyduję czego chcę słuchać i jest to niemal w 100% mój wybór. Niestety drzewiej bywało różnie, tych wszelkich pośredników, szczególnie prezenterów nie było czasami szans ominąć. Zawsze wciskali nam jakiś swój ulubiony kit i co było robić, prasy zero praktycznie, radio zachodnie bardzo kiepskiej jakości. Często przypadek decydował o tym, że w sumie przeciętne płyty uznawaliśmy za co najmniej dobre. Lata 90-te trochę to zmieniły, tylko trochę, w moim przypadku był to spory skok, ponieważ miałem zaprzyjaźnionych sprzedawców sklepowych, którzy pożyczali CD lub kasetę do odsłuchu przed zakupem. Internet zmienił wszystko, nie chodzi o ściąganie muzyki, raczej o dostęp do informacji.
Tych mało znanych lub w ogóle nieznanych artystów okazało się być tak wiele, że tylko cieszyć się. Problem jednak jest, ponieważ te wszystkie NKR-y, Obscurity Gem-y, są trudno dostępne albo piekielnie drogie, ale gra jest warta świeczki. Proszę sobie wyobrazić, że wiele z tych płyt, o ile równorzędnie dobra, jest nawet lepsza od umownego pierwszego obiegu. Najczęściej po prostu brakowało kasy na odpowiednią promocję, niewłaściwi ludzie w otoczeniu, pech, no i nasi wspaniali ;) redaktorzy, krytycy, dziennikarze.  Ale się doczepiłem, lecz gdy pomyślę o straconym czasie..........

Hard blues boogie rock japan - ta ostatnia informacja konieczna, ponieważ Blues Creation, to poziom przynajmniej pierwszej 50-tki rockowej (1971). Decyduje o tym gitarzysta, ale i reszta daje dokładnie to, czego można było oczekiwać w tej muzyce w tym roku, wszystko co najlepsze. Energia, wprost, emocje wprost, bez zbędnego ględzenia, dokładnie to o co chodzi w tego typu muzie. Każdy rockman to doceni, bass rozpycha się na boki, perkusista zna swoje miejsce, no i gitara. Facet siedział  akurat w Londynie, niesamowity talent, zakłada kwartet już w Japonii, druga płyta Demon & Eleven Children z własnym repertuarem, rewelacja!!!!, przechodzi w zasadzie niezauważona. Artyści są wrażliwi, łatwo się zniechęcić - Kazuo Takeda zna swoją wartość. Poznaje ją w końcu Felix Pappalardi (około Cream, Mountain), montują nową ekipę.....

Blues Creation - Demon @ Eleven Children



Kawał solidnego grania, ciężko, skocznie, przednie riffy, stylowa gra solowa. Płyta trzyma poziom do końca, jest różnorodnie, nóżka chodzi. Dzisiaj szarpidruty żądzą.

Best sleeve designs (remastered)

      
Markus Keef

Peter Baumann - Machines Of Desire

A to ci niespodzianka, nowa płyta Petera Baumann'a. W zasadzie nie mam w tej chwili kompetencji do pisania recenzji, bo jako meloman "odjechałem" już od dawna w zupełnie odległe rejony muzyczne. Kultowa postać jaką jest Peter, nie mogła jednak nie obudzić ciekawości. Zaintrygowany więc, rzuciłem się do odsłuchu i................niczym podróżnik w zostałem przeniesiony w tę szczególną czasoprzestrzeń muzyczną, powiedzmy sobie od razu; dla wielu z nas, najbardziej znaczącą i nie do zapomnienia. I tak należy podejść do tej muzyki, naszej muzyki. Ile to już lat minęło, gdy rozpatrywaliśmy z żalem i tęsknotą; dlaczego to się tak nagle urwało?, o co by było gdyby? Może było by tak, jak na tym krążku, a może inaczej. Nie wiem czy te dywagacje mają sens, zwłaszcza, że otrzymujemy nieco ponad 40 minut bardzo dobrej muzyki, będącej znakomitą kontynuacją tamtych czasów. Ta magiczna przestrzeń, klimat, szczególna plastyczność brzmienia budzi uśpione tęsknoty i wiesz co mam na myśli. Za tym idą bardzo dobre kompozycje, płyta jest bardzo spójna, lekko urozmaicone nastroje. Zrugałem Santanę za autoplagiaty, Baumann się broni, oczywiście to inna muzyka. Artysta przedstawił pokrótce zarys konceptu tego albumu, jakże aktualny dzisiaj; człowiek opętany (moje określenie), żądzą i lękiem przed utratą bezpieczeństwa. Za które jest w stanie oddać wszystko co istotne i oddaje. I tak w końcu wszystko w proch się obróci -  Dust To Dust, ostatni utwór na płycie. I nie pozostanie już nawet złoty papierek w dłoni. Jeśli masz więc odwagę spotkać się ze swoim JA w swoim JA ukrytym, załóż nocą słuchawki i wciśnij Play. Czekają Cię; eurytmiczny balet albo doświadczenie całkowitego rozpłynięcia się w ogromie wszechświata.


Kurt Weill - Die Dreigroschenoper

Piosenka o piratce Jenny
Lotte Lenja
Jenny to postać z Opery za trzy grosze (Die Dreigroschenoper, 1928) Kurta Weilla (muzyka) i Bertolta Brechta (libretto). Od razu się przyznam, że całego musicalu nie znam. Do niedawna moja znajomość Weilla ograniczała się do piosenki Mackie Messer (czyli Mackie Majcher, ew. Mack the Knife) oraz tego, co Kazik Staszewski zdecydował się kiedyś zaprezentować we własnym wykonaniu. Poznanie (ach, YouTube) utworu Seeräuberjenny w wykonaniu Lotte Lenji było absolutnym wstrząsem.



Narratorem w piosence jest Jenny, sprzątaczka w tanim hotelu i zdaje się, że jednocześnie prostytutka. Opowiada ona, że pewnego dnia przypłynie statek piracki o ośmiu żaglach i pięćdziesięciu armatach. Zniszczy całe miasto i zostawi tylko ten hotel. A to dlatego, że ona, Jenny jest naprawdę dowódcą piratów i po nią przypłyną. Potem jeszcze ci piraci spytają ją, kogo mają zabić. A ona odpowie „Wszystkich”. A kiedy spadnie pierwsza głowa, to powie „Hopla!”.
Dosyć to niepokojące. A kiedy śpiewa to Lotte Lenja, to nawet przerażające. Lotte Lenja (potem Lenya) była żoną Kurta Weilla, a po jego śmierci, promotorką twórczości męża. Oboje byli przedstawicielami słynnego Berlina okresu Republiki Weimarskiej, kiedy to doszło do niezwykłego rozkwitu sztuki. Trwało to krótko, bo wkrótce nadszedł Hitler. Duża część artystów, z przyczyn konserwatywnego gustu Führera lub po prostu  przez swoje niearyjskie pochodzenie, musiała wyemigrować (w tym Weill i Lenja, którzy wyjechali do Stanów Zjednoczonych). No i skończył się rozkwit sztuki, a zaczął rozkwit kompletnego zdziczenia.

P.S. Jeśli historia o statku pirackim Jenny wydaje się Wam znajoma, to może dlatego, że wykorzystał ją Marcin Świetlicki w piosence Opluty zespołu Świetliki. Oczywiście, gdy byłem głupim nastolatkiem, to nic nie wiedziałem o Weillu, więc dorobek muzyczny Świetlickiego podziwiałem. Jak widać, ignorancja prowadzi do lubienia rzeczy wtórnych i nieciekawych. Świetliki bardzo podobają się obecnie mojemu kotu, napisał nawet wiersz w podobnym stylu: „Podchodzę do kuwety. Sikam po plastiku. Sram do żwirku. Trę pazurkami o kafelki. O kafelki!”


Autor - Przemysław Jaślan


Powiązane






Śmierć brzmi jak Joy Division


Tytuł oryginalny: “Control”
Reżyseria: Anton Corbijn
Rok produkcji: 2007
Kraj produkcji: Australia, Japonia,
Stany Zjednoczone, Wielka Brytania
Gatunek: dramat, obyczajowy,
biograficzny, muzyczny“


…brzmi w patefonie
potężny śpiew umarłego”

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


Bohater tragiczny

Dwugodzinny film “Control” w reżyserii Antona Corbijna (dystrybuowany w Polsce pod oryginalnym, niezmienionym tytułem) to twór prawdziwie międzynarodowy. Serwis Filmweb.pl podaje, że jest to dramat produkcji australijsko - japońsko - amerykańsko - brytyjskiej. Dla pełności obrazu należy dodać, że reżyser dramatu jest Holendrem, a jego audiowizualne dzieło traktuje o losach brytyjskiego wokalisty, który spotykał się z Belgijką, popełnił samobójstwo po seansie niemieckiego filmu[1] i przekreślił plany swojego zespołu dotyczące amerykańskiej trasy koncertowej. O kim mowa? Kto jest bohaterem filmu “Control”? Osoby, które interesują się tzw. klasyką rocka, zapewne już odgadły, że chodzi o Iana Curtisa: frontmana grupy Joy Division, jednego z tych artystów, dla których śmierć stała się przepustką do popkulturowej nieśmiertelności. Curtis został przedstawiony jako typowy bohater tragiczny. Z produkcji wynika, że każda decyzja, którą podjąłby ów człowiek, zakończyłaby się katastrofą. Czy droga życiowa, którą podąża postać, jest trudna i wyboista? Nie. Jest prosta, stroma i szybko wiedzie do zgonu. Ian Curtis odszedł w wieku 23 lat[2]. Ale jego sława już niebawem będzie dwa razy dłuższa. 


Muzyka śmierci

Zanim przejdę do konkretów, spróbuję wyjaśnić, co mnie skłoniło do sięgnięcia właśnie po ten film. Nie jestem fanką Joy Division, więc teoretycznie nie powinnam być zainteresowana omawianym dramatem. W życiu zdarzają się jednak różne przypadki, czasem naprawdę dziwaczne. Pod koniec 2012 i na początku 2013 roku napisałam kilka artykułów o artystach i zespołach spod znaku New Romantic. Mój internetowy Przyjaciel, nacjonalistyczny publicysta Robert Larkowski, którego poznałam w czasach współpracy z Polską Partią Narodową i tygodnikiem “Tylko Polska”, nie był tym zachwycony. Twierdził, że New Romantic to badziewie, a jeśli chcę pisać o oldschoolowych formacjach, to powinnam raczej zająć się postpunkowym kwartetem Joy Division. Zachęcał mnie, żebym obejrzała film “Control” będący opowieścią o początkach tej niezwykłej grupy. Wspomniał o tym nawet w naszej ostatniej rozmowie telefonicznej. “Ostatniej” - bo niedługo potem zmarł. Została mi po nim tylko ta jedna prośba… Żebym obejrzała film “Control” i napisała artykuł o Joy Division. Myślę, że brytyjski kwartet już zawsze będzie mi się kojarzył z umieraniem. Posłuchajcie kiedyś jego piosenek. Oto, jak brzmi śmierć.


Reformatorzy kultury

O historii i znaczeniu zespołu Joy Division[3] pisze Michał Żarski w artykule “Joy Division od środka. Legendy pozostają wieczne. Recenzja” (wNas.pl). Publicysta twierdzi, że chociaż angielska grupa wydała tylko dwie płyty, wywarła ogromny wpływ na współczesną muzykę rozrywkową. Gdyby nie Joy Division, rozwój takich nurtów muzycznych, jak post punk, new wave czy gothic byłby znacznie utrudniony. Interesująca nas formacja działała ponad trzydzieści lat temu. Funkcjonowała od końca lat siedemdziesiątych aż do roku 1980. Mimo to, jej wpływy wciąż są wyczuwalne w twórczości wielu zespołów, nawet tych próbujących uchodzić za awangardowe. Polscy patrioci będą mile zaskoczeni, kiedy się dowiedzą, że pierwotna nazwa grupy brzmiała Warsaw (Warszawa). Niestety, piosenki nagrane pod tym szyldem nie zawsze są zaliczane do oficjalnej twórczości kwartetu. A szkoda, bo brzmią one inaczej niż jego nowsze utwory. Co więcej, stanowią dowód na punkowe korzenie formacji. Zdaniem Żarskiego, o związku Joy Division z ruchem punkowym świadczą również wybryki samych artystów i specyficzne zachowanie koncertowej publiczności. Ale na dwóch oficjalnych krążkach “punka po prostu nie ma”.


Prawdy i mity

Podobny obraz grupy Joy Division wyłania się z tekstu “Radość klasy robotniczej - nowa książka o Joy Division” Roberta Sankowskiego (Wyborcza.pl). Według dziennikarza, dokonania formacji nadal są inspirujące dla wielu muzyków. Brzmienie, z którym kojarzona jest twórczość zespołu, to “nowofalowy minimalizm (…) połączony z potężną dawką ukrytych pod chłodnymi dźwiękami emocji”. Do tego dochodzą “mroczne, sugestywne teksty, wbijające się w głowę linie gitary basowej, przytłaczający klimat, czarno-białe zdjęcia, nieustanny niepokój”. Mimo tych cech, które przywodzą na myśl gothic, punkowe pochodzenie Joy Division jest niezaprzeczalnym faktem. Łobuzerstwo, awantury, narkotyki, konflikty z instytucjami państwowymi… Omawiana formacja, chociaż uznawana za romantyczną i uduchowioną, wcale nie była tak nieskazitelna, jak mogłoby się wydawać. Sankowski, powołując się na książkę autorstwa basisty Joy Division, daje czytelnikom do zrozumienia, że “kapeli nie otaczała nieustannie aura posępnej zadumy”. Ponury wizerunek grupy, zwłaszcza jej wokalisty, “po części składa się z prawdy, po części jest to projekcja fanów, a po części samoreprodukująca się legenda”. Dzieło Antona Corbijna podtrzymuje ten mit. 
Autor - Natalia Julia Nowak


Ciąg dalszy tutaj