Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

John Garcia - The Coyote Who Spoke In Tongues


Rekomendacja; znakomity album, acoustic stoner. Dla mnie coś bardzo świeżego i optymistycznego. Lubię takie odkrycia dodające energii.

Dieter Werner - A Bridge between the Worlds


Richard H. Kirk - Virtual State

Virtual State - szósty solowy studyjny album Richarda H. Kirka, klawiszowca i gitarzysty Cabaret Voltaire, który ukazał się 31 stycznia 1993 roku, jest również pierwszym albumem Kirky'ego wydanym przez niezależną wytwórnię Warp.
Album obrazuje fascynację Kirka acid house'em, której początki sięgają przełomu lat 80 i 90; początkowo i stopniowo wpływy acid house były słyszalne w albumach Cabaret Voltaire, począwszy od Groovy, Laidback and Nasty (1990), poprzez Body and Soul (1991), zaś poczynając od albumu Plasticity (1992) wpływy house'u były już tak silne, iż zespół zrezygnował (studyjnie) ze standardowych wokali i formy piosenkowej swojej muzyki.
Również solowo, albumem Virtual State Kirk potwierdza, że jest zdecydowanym zwolennikiem house, trance i minimalu - w zasadzie artysta, podobnie jak wcześniej uczynił to w Cabaret Voltaire, odchodzi od swoich rockowo-industrialnych korzeni, których na Virtual State jest względnie niewiele.
Album otwiera mocno minimalistyczny November X Ray Mexico, w którym tli się jeszcze duch starego Cabaret Voltaire z początku lat 80, kompozycja przechodzi w kolejny utwór: Frequency Band, który rozpoczyna długie hipnotyczno-psychodeliczne intro, jednak utwór przechodzi w delikatny ambientalno-minimalistyczny stan z house'owym beatem. Również następny kawałek - Come - rozpoczyna psychodeliczne, choć znacznie krótsze intro; tym razem w utworze nie ma wpływów house; kompozycja jest połączeniem ludowych śpiewów, ambientu, new age i minimalu, trochę w stylu Deep Forrest, Moby'ego czy Aya RL.
Orientalne ludowe śpiewy są słyszalne w następnej kompozycji: Freezone, która jest jednak znacznie szybsza, transowa z house'owym beatem, w podobnym tonie utrzymany jest także Soul Catcher. Minimalistyczny Clandestine Transmission, w którym słychać wpływy dawnej twórczości Cabaret Voltaire, zaskakuje delikatnymi i melodyjnymi zagrywkami klawiszy, słychać jest też wsamplowane dialogi - coś z czym Cabaret Voltaire eksperymentował już na The Covenant, The Sword and the Arm of the Lord.
Utwór The Feeling (Of Warmth and Beauty) jest częściowym powrotem do industrialu; kompozycja klimatem przypomina dokonania Cluster. Velodrome rozpoczynają industrialne dźwięki, które powtarzają się systematycznie przez cały utwór będący mieszanką electtro, minimalu, house i ambientu.
Na Worldwar Three wyraźnie dominuje styl Ska wkomponowany jednak w ambient i minimal; słychać tu też echa przyszłej twórczości The Chemical Brothers.
Kończący całość 12-minutowy minimalistyczno-ambientowy Lagoon West w dużym stopniu nawiązuje do wczesnego Cabaret Voltaire; ciekawostką jest utrzymujący się przez znaczną część kompozycji klawiszowy motyw przypominający utwór Depeche Mode - Waiting For The Night (album Violator), delikatnie rozbrzmiewa też gitara basowa oraz zsyntetyzowane szumy powietrza, zaś klimat jest zupełnie ten sam, jak w twórczości Cabaret Voltaire w latach 1974-82.
Album Virtual State dobitnie uświadamia fakt, jak silny wpływ na muzykę i brzmienie Cabaret Voltaire miał już wtedy Richard Kirk; muzycznie Virtual State w zasadzie niczym nie różni się od wydanych w tamtym czasie płyt Cabaret Voltaire - International Language (1993) i The Conversation (1994).
Autor - Depeche Gristle



Mike Oldfield - Return to Ommadawn

Zbyt częste wspominanie jest oznaką starości. Ale wspominanie może być fascynujące, zarówno dla młodych jak i starych. I chyba o to chodziło a to ze względu na tytuł krążka i w końcu muzykę. Muzyka jest bardzo ładna, świetnie zagrana i zrealizowana. Przypomina nieco world music. Bardzo polecam młodzieży, lecz tej otwartej i chłonnej, odkryjcie Mike'a dla siebie. Koneserzy wzruszą tylko ramionami, znamy i lubimy, bo cóż tu można powiedzieć. Dostaliśmy swoje ulubione danie i nie wnosimy żadnych pretensji do kucharza. Dla mnie Mike może nagrywać kolejne returny, jego dorobek jest tak bogaty i w sumie urozmaicony. I tak już przechodzi do historii, jako bardzo oryginalny, mający swój styl muzyk. Osobiście poczekam jeszcze na Return to Amarok, a tymczasem coś miłego, ciepłego, poprawiającego humor. To z sympatii. A tak naprawdę, czy tak uzdolniony muzyk nie potrafi już niczego z siebie wykrzesać, nie chce się?, istnieje milion sposobów inspiracji, świat nie stoi w miejscu. Uroki życia przynoszą zmiany i jest to normalne, wszystko co dobre zawsze się kiedyś kończy. Trochę to przypomina kręcenie się w kółko, mam to sens, o ile ten ruch jest spiralny a skok jest duży. Spirala Mike'a Oldfielda jest bardzo ciasna i mamy kolejny anachronizm muzyczny. Ciepłe bułeczki i kawa na śniadanie, e idę zrobić sobie śledzia po japońsku a co ? ;). No to smacznego.



Actual Music Quartet RSM - AMQ RSM


Kwartet wykorzystuje wszelkie dostępne środki wyrazu. Wibrafon, mandolina, flet, sample subtelnie wplątują się w główny nurt kompozycji. Bogate w barwy, proste, aczkolwiek głębokie utwory, mogą pogodzić koneserów i żółtodziobów. Tego da się słuchać w róznych warunkach.
Minimalizm, kreatywność, wpływy trip-hopu, tonalno-modalne struktury, polimetria, politonalność. Obietnica przeżywania subtelnych uczuć i emocji. Wysoka sztuka, nieco wymgająca, ale ile satysfakcji odkrywania coraz to nowych rzeczy w kolejnych przesłuchaniach. Trzeba mieć nastrój i pozytywne podejście.
Europa środkowa i wschodnia nie jest kulturalnym zadupiem, jak to głoszą przeróżni prorocy. Wschód to królestwo empatii i to słychać, widać i czuć. To już nowe, młode osłuchane pokolenie, wyedukowane dzięki sieci. Olbrzymi obszar do eksploracji. (partly net)

Faust - Faust

Faust - debiutancki album niemieckiej formacji awangardowej Faust, której początki sięgają roku 1970, kiedy przedstawiciele wytwórni muzycznej Polydor, dostrzegłszy ogromny potencjał rodzącej się niemieckiej sceny rockandrollowej, a jako że grupy Amon Duul II i Can nie były zainteresowane rolą gwiazd rocka, skontaktowali się z niemieckim producentem muzycznym Uwe Nettelbeckiem z prośbą o skompletowanie w Niemczech zespołu, który nie tylko zaistniałby na brytyjskich i amerykańskich listach przebojów, ale wprost konkurowałby z The Beach Boys, The Rolling Stones, The Kinks czy powoli rozpadającym choć będącym u szczytu popularności The Beatles. Uwe Nettelbeck będący fanem wspomnianych formacji z entuzjazmem podjął wyzwanie; skompletował wśród niemieckich hippisów sześcioosobowy band, który przyjął nazwę Faust na cześć słynnego dramatu Johanna Wolfganga von Goethego pod tym samym tytułem, którego nośność powinna zapewnić zespołowi sukces komercyjny. Los bywa jednak przewrotny; młodzi muzycy tworzący Faust - Werner "Zappi" Diermaier, Hans Joachim Irmler, Arnulf Meifert, Jean-Hervé Péron, Rudolf Sosna i Gunter Wüsthoff - byli hippisami w dosłownym tego słowa znaczeniu, narkotyki w tym LSD były na porządku dziennym, w dodatku chłopaki podzielali sympatię dla marksistowskiej grupy terrorystycznej Baader-Meinhof, toteż niejednokrotnie studio nagraniowe - ku rozbawieniu samych muzyków - nachodziła policja i jednostki antyterrorystyczne poszukując środków pirotechnicznych. Ku rozpaczy menadżerów z Polydoru, muzycy postanowili iż nie będą łatwym popowym zespołem na wzór The Beatles, co pogrzebało wszelkie mocarstwowe plany Polydoru, chociaż muzycy Faust w pewnym sensie przychylili się do warunków Polydoru, bycia nowymi Beatlesami, oczywiście na swój niemiecki przewrotny sposób, wręcz ironicznie umieszczając na początku otwierającego album utworu Why Don't You Eat Carrots? sample ze słynnego szlagieru The Beatles - All You Need Is Love. Sam utwór Why Don't You Eat Carrots? nie ma nic wspólnego z przebojowymi hitami brytyjskiego i amerykańskiego big-bitu. To klasyczna awangarda w niemieckim stylu, jakiej na początku lat 70 w RFN było pełno; 10-minutowa kompozycja zaczyna się od psychodelicznych białych szumów i brzęku generatora, w które wsamplowano fragmenty światowych przebojów, w tym wspomniany All You Need Is Love. Utwór przechodzi przez wiele etapów od brzmień niemal barokowych z jazzującą trąbką w tle, które momentalnie przerywa upiorna eksperymentalna melodia przetworzona techniką reverse, by znów powrócić do stanu poprzedniego (niemal barokowego). Mniej więcej w połowie trwania utwór przechodzi w stan free-jazzu z elektronicznymi eksperymentami dźwiękowymi i nieco nieskładnymi chóralnymi wokalami (po angielsku) imitując tym samym popowy hit.



W końcu eksperymenty dźwiękowe i elektronika zaczynają dominować całkowicie, przenosząc utwór w kolejny, końcowy wątek, w którym pojawia się dialog damsko-męski (po niemiecku). Od czasu do czasu przebija się wesoła free-jazzowa melodia mieszając się z pychodeliczno-eksperymentalnymi dźwiękami generatora i syntezatorów. Meadow Meal jest kontynuacją eksperymentalnych założeń; 8-minutową kompozycję rozpoczynają serie eksperymentalnych szumów, przetworzonych elektronicznie perkusjonaliów i dzwonków, w tle zaś słychać dźwięk fortepianu. Owa introdukcja przenosi utwór w fazę wokalną, niemal popową przypominającą nieco dokonania Pink Floyd, z przebojowo brzmiącym refrenem i narracjami z efektem zwielokrotnionego echa, w tle słychać delikatną pinkfloydowską solówkę gitary, utwór na moment przechodzi w klimat art rockowy z ożywionymi przetworzonymi riffami gitary, nieco w stylu Jimmy'ego Hendrixa, i progresywnym rytmem perkusji, z oszalałym wyciem w finale, by znów powrócić do formy niemal popowej. Trzecią część utworu stanowią przetworzone dźwięki deszczu i burzy połączone z psychodeliczną organową melodią w stylu lat 60. Drugą stronę płyty wypełnia 17-minutowa wielowątkowa suita Miss Fortune, zaczynająca się klimatami art.-rockowymi z charakterystycznymi riffami przetworzonych dźwięków gitarowych; w momencie kulminacyjnym utwór niemal całkiem cichnie, ożywiany jest przez przeciągły brzęk syntezatora, którego dźwięk przenosi się z niskich na wysokie tony, by znów zamilknąć. Po krótkiej pauzie, wśród szumów perkusyjnych, delikatnego pianina i elektronicznych eksperymentów dźwiękowych, pojawia się zawodzący wokal. Utwór, powoli nabierając rozpędu, przyjmuje art.-rockową formę z domieszką jazzu, by znów niemal ucichnąć przy akompaniamencie pianina i przetworzonych zawodzących wokali, te zaś przechodzą w taśmowe eksperymenty i samplowanie taśm "od tyłu" (technika reverse). I kiedy wydaje się, że utwór definitywnie się kończy, pojawia się dodatkowe interlude z delikatną grą gitary akustycznej w tle, zaś na pierwszy plan wychodzi dialog-wyliczanka, gra słów po angielsku, w której pojawia się tytuł utworu "Miss Fortune". Niemiecką scenę rockową dość mocno charakteryzowała odmienność od sceny anglo-amerykańskiej; przede wszystkim Niemcy stawiali na romantyzm i awangardę. O ile zespoły z ograniczoną liczbą muzyków do dwóch-trzech, takich jak Kraftwerk, Tangerine Dream czy Cluster cechowała większa skłonność do eksperymentalizmu, o tyle zespoły z bardziej rozbudowanymi składami - Can, Amon Duul II czy Wallenstein cechowały się nieco większym podobieństwem do zespołów brytyjskich. Faust, mimo rozbudowanego składu prezentował jednak schemat zespołu zdecydowanie eksperymentalnego. Debiutancki album Faust, który ukazał się w 1971 roku, nie spełnił oczekiwań wytwórni Polydor - nie osiągnął sukcesu komercyjnego, co było do przewidzenia, za to dziś jest uważany za kultowy w historii rocka; album zebrał pozytywne opnie krytyków rockowych, miał też bezpośredni wpływ na twórczość takich grup jak Throbbing Gristle czy Sonic Youth.
Autor - Depeche Gristle

Kalutaliksuak - Death of the Alpinist


Free rock, avant prog. Jednym z najważniejszych elementów doboru nowej dla odbiorcy muzyki do przesłuchania jest otwartość, odrobina zaufania dla muzyków, trzeba odrzucić wszelkie uprzedzenia. W sztuce liczy się dzieło a nie artysta (jako człowiek). Po odrzuceniu poręcznego rasizmu, homofobii, chłoniemy muzę. Ja zazwyczaj te pierwsze kontakty nawiązuję tak od niechcenia, przy okazji. Słucha moje trzecie ucho. Ono zwykle ciągnie za sznurek mojej uwagi. 
Tak to jest, gdy słuchało się za dużo i zbyt często. Oczywiście wracam do ogranej muzy, bardzo rzadko jednak. Granie tych tysięcy płyt, już tak nie cieszy, nie ekscytuje. Ta muzyka już nie jest w stanie pomagać mi w stworzeniu tej nowej przestrzeni metapsychicznej, jaka wytwarza się między słuchaczem a dziełem. Gdybym prowadził audycję muzyczną, każda byłaby moją osobistą przygodą, słuchacz wsiada, wysiada, przesiada się w dowolnym momencie, brak konkretnych imperatywów jawnych, hehe.
Piszę o tym dlatego, ponieważ wiem, jak ciężko wyskoczyć z własnych torów, a potem wracać do nich. Bez tej umiejętności wariatkowopodobne sprawy wlezą w Twoje życie i stracisz ładnych parę lat na utarczkach ze sobą. Grają Rosjanie, mocno szkoleni, doświadczeni artyści, ukrywający się pod sztandarem eskimoskiego złośliwego ducha.

Osiągnąłeś już wszystkie ważniejsze cele, cieszysz się powszechnym mirem. A tu nagle jakaś łajza przychodzi z informacją, zakłócając Ci spokój; jest już nowy najwyższy szczyt, właśnie się wypiętrzył dla Ciebie, Kalutaliksuak  - do roboty!! Normalny by to olał, ale nie ten rosjano-eskimos lub inny laponiec za kołem polarnym. Ten lezie i dostaje nagrodę ostateczną - wizję tego, o czym marzą wszyscy śmiertelnicy, krainy zbawienia. Można zejść powoli tracąc sporo czasu i dotychczasowych doświadczeń, albo skoczyć bez zastanowienia, rozpływając się w Shambhala. Twój wybór. 
Ta narzucona programowość muzyki łagodzi nieco skomplikowaną formę wyrazu. A jest to doprawdy fascynująca mieszanka, przypominająca klimaty konkretne; siedzisz samotnie w bardzo mroźną noc, gdzieś na skraju gęstej tundry, oczywiście poza kołem polarnym. Nasłuchujesz wszelkich dźwięków, drzewa pękają od mrozu, spojrzenie na las - niepokój, powietrze tak zmrożone, że dosłownie go widać, spojrzenie na księżyc - ukojenie. I tak nieustannie do rana. Rano Cię wyzwoli dopiero wtedy, gdy wytrzymasz te umierania i zmartwychwstawania. Swobodna forma free, pozwala muzykom na budowanie fantastycznych napięć i melancholijnych krajobrazów. Bardzo treściwa w wydarzenia płytka, wyważona, przemyślana koncepcyjnie, swobodna opowieść. Już świta, zbieraj swoje klamoty i podejmuj marsz w stronę góry. Tam dowiesz się co Cię dalej czeka, Twoja pycha wyschnie równie niespodziewanie, jak znikający w oddali, pogrzebany horyzont.

Old Major - ​.​.​.​With Love



Andrew Pearson: These guys sound like hipsters. The snotty singer, sneering bass, bearded tambourine and incorporation of experimental elements (bass drum intro to "Lint Giver," banjo-driven "Wagoneers," Primus-funk mother "Spel Check") all clearly designate this band as guys who want you to notice how h3p they are to the j1v3. The problem is, it works so well that you barely notice! 8/10 Favorite track: Lint Giver.

Harry Harrison: Thanks to Bucky & Andi for pointing this one out. And a big shout out to Old Major. What a diverse album; always changing and never boring. The influences are hard to nail down and the resultant sound even more difficult to pigeon hole…………….maybe ‘All Them Vultures’ or the Grohl era of QOTSA? Not that that matters as it’s aaalllll goood!!! Favorite track: Lint Giver.

Bucky Such: an eclectic mix of familiar styles of music ranging from grunge to metal and stoner rock to alternative noise. If I had to compare I'd say a hybrid of QOTSA and the Red Hot Chili Peppers. Fantastic treat to break up the monotony of day to day discoveries. Favorite track: Snake Charmer.

Sedno nowoczesnej muzyki rockowej

Trzeba by stworzyć wykładnik, co to znaczy to sedno. Ha, ale nie jest to bynajmniej łatwe, bo guściki Panie różne. Old Major niemal naukowo wstrzelili się tym albumem w środek tarczy gatunku rock. Album rockowy powinien być bezpretensjonalny i ma nieść czystą energię, radość i odprężenie, ciekawe rozwiązania formalne, riffy, dobre refreny, fajne brzmienie, wpasowanie w każdy niemal nastrój. This is it. A tu jeszcze młodzieńcze, zdrowe i czyste intencje. Słuchać - nie gadać ;)

Suicide - Ghost riders

new wave, synthpop, rockabilly, cold wave, postpunk, experimental, rock psychodeliczny, dark wave, minimal


Ghost Riders - koncertowy album formacji Suicide wydany pierwotnie w USA w formie kasety w 1986 roku z okazji 15-lecia Suicide; jest to zapis występu zespołu z dnia 19 września 1981 roku w Walker Art Center w Minneapolis. Koncert był uświetnieniem 10-lecia istnienia formacji, która zaprezentowała swój klasyczny repertuar poczynając od otwierającego występ psychodelicznie transującego Rocket USA z wokalem Alana Vegi, w którym dominuje senny styl rockabilly przechodzący czasem w nerwowe wrzaski, a niekiedy w charczenie i szept.
Niealbumowy Rock N' Roll (Is Killing My Life) z charakterystycznym dla Suicide szybkim pulsem automatu perkusyjnego (dominującym we wszystkich piosenkach), analogowym brzmieniem syntezatorów nawiązującym do klasyki rock'n'rolla lat 50 i 60 oraz ciepłym acz depresyjnym wokalem Alana Vegi w stylu Elvisa Presleya, snuje historię z życia codziennego amerykańskiego muzyka rockowego.
Ghost Rider - najbardziej znany numer Suicide i największy ich przebój przedstawiony tu został w nieco bardziej awangardowej i eksperymentalnej formie.
Dream Baby Dream jest jednym z tych słodko-gorzkich klasycznych kawałków Suicide w stylu jakim prezentowali w utworach Cheree, Johnny czy Girl, choć zwraca tu uwagę dosyć rozstrojone brzmienie organów.
Niealbumowa Sweet White Lady jest kompozycją, w której klawisz Martina Reva stanowi hybrydę synthpopu, psychodelii lat 60, postpunka i rockabilly, zaś przejmujący wokal Alana Vegi przechodzi od nieco schizofrenicznego rockabilly po pełne emocji deklamacje w stylu Jima Morrisona.
Harlem jest kolejnym utworem Suicide znanym wyłącznie z koncertów; to bardziej eksperymentalna kompozycja w formie mrocznego synthpopu połączonego ze zniekształconymi psychodelicznymi brzmieniami syntezatora przypominającymi dźwięki trautonium lub thereminu, w którym wokale Alana Vegi zmieniają się - od względnie spokojnych Elvisowych rockabilly przez depresyjne charczenie po wściekłe wrzaski.
Do wznowienia CD dodano nieopublikowany na kasecie numer 96 Tears pochodzący z repertuaru zespołu ? and the Mysterians, którego twórczość była bezpośrednią inspiracją dla Suicide. Kompozycja pozbawiona jest tym razem sekcji rytmicznej, a przedstawiona została w formie luźnej archaicznej syntezatorowej melodii nie pozbawionej eksperymentalnych zakrętów z wokalem Alana Vegi w stylu rockabilly.
Autor - Depeche Gristle

Stargate SG1 Sezon 1-10 Revisited


Spokojnie dalej daje radę, świetna lekka rozrywka, czasami nierówne odcinki, wykorzystuję do pracy.

Svvamp - Svvamp

Rock classic rock hard rock rock'n'roll stoner rock Sweden


Svvamp was created by three friends — Adam Johansson, Henrik Bjorklund and Erik Stahlgren — drawn together for the sake of jamming and a love of rock, folk and blues. Their resulting heavy psych sound is immediately gripping in its homespun feel and hints of Cream, Eric Bell-era Thin Lizzy, CCR and Crazy Horse.

Camel Driver - Camel Driver

Na Szczodre Gody ogarnął mnie germańsko-metalowy wkurw. Kiedyś jak się ogarnę, zdradzę w jaki sposób słucham muzyki i nie jest to bynajmniej wyrachowane działanie. Camel Driver są wyrachowani i bardzo lubią grać głośno, sprawnie i z polotem. Trzydzieści siedem minut muzyki - bez wokalu. Gitarzysta gra jakoweś dziwaczne wschodnie skale, metal płynie wolno, szybciej, raz matematycznie skrojony, innym razem dochodzą do głosu emocje. Chcesz się ujarać, to puszczaj głośno, ja jadę na średniej i słucham w spokoju, w zamyśleniu. Nosz k mają naprawdę talent nie z tej ziemi, gdyby tak zagrali, powiedzmy 30 lat temu, czołówka metalowa pewna.
Zespół uprawia czystą formę metalu z głębokimi soczystymi riffami, prawie bez solówek, popisów zwarty i gotowy sunie ten niemiecki walec. Delikatne wtręty, intermezza powodują, że da się tego posłuchać w jednej sesji.
Według Witkiewicza podstawową rolą sztuki, religii i filozofii było wywoływanie u odbiorcy uczucia metafizycznego - poczucia odrębności wobec reszty świata, wyjątkowości własnego istnienia i kontaktu z tajemnicą. Uczucie metafizyczne jego zdaniem nadaje sens ludzkiemu życiu i stanowi jedno z najważniejszych przeżyć. (wiki - czysta forma - wyjątek).
Może co jeszcze maźnę a teraz ognia !!!




Kate Bush - Before the dawn

Nie znam nikogo, kto nie lubi Kate. Oj nosiło się, nosiło w walizeczce, prawie wszystkie winyle, możliwa wymiana na giełdzie płyt w zasadzie ograniczała się tylko do kasy. Wymienić ? a niby za co ? I mamy prezencik rozświetlający nam ciemność i chłód okrutnego klimatu. Album jest kompilacją z 22 koncertów, które Kate dała w 2014. Pomimo zapewnień, że nic tam nie majstrowano, jakość nagrania, jaka uderza przy słuchaniu zwala z nóg. Bush dobrała najlepszą ekipę jaką mogła, ale niepisanymi bohaterami tegoż albumu są realizatorzy. Rzadko się zdarza, aby album live brzmiał tak perfekcyjnie. Krótki przegląd przeszłości na płycie pierwszej, ha, z całkowicie nowym numerem i dwie suity z Hounds of love i Aerial. Te suity szczególnie do słuchania w nocy. Szczęśliwcy będący na koncertach donoszą o wspaniałym widowisku multimedialnym, a tu info; DVD nie planujemy, hehehe. Ach ten marketing, zobaczymy, zobaczymy w odpowiednim czasie. Tymczasem cieszmy się tą muzyką. Dla młodzieży informacja; taka muzyka gościła na wszelkich topach w nieodległej przeszłości - nie ma dzisiaj kompletnie żadnego porównania. Wiem, bo mam kontakt pośredni dzięki moim dzieciom. No to słuchajmy, czekając na widowisko.


Kansas - Two for the show

Powrót do lat siedemdziesiątych. Klasyk amerykańskiego rocka progresywnego. Jako nastolatek jeszcze, siedziałem w ciemnościach pewnego krakowskiego klubu studenckiego, gdzie co tydzień prezentowano płyty. Razem z ok.pięćdziesiątką zapaleńców słuchaliśmy albumu w doskonałych warunkach odsłuchowych. Wtedy niezbyt dobrze odebrałem tę muzę, grali za "gęsto", zbyt intensywnie, wyszedłem zmęczony. Płyta pojawiła się ponownie dla mnie w latach 90-tych, za sprawą bardzo pięknej przyjaciółki, która posiadała wszystkie albumy i była ich wielkim fanem. I tym razem nie doceniłem tej muzy. Dopiero niedawno zakupiłem specjalne wydanie 2CD z rozszerzonym materiałem, który nie mieścił się na LP. I teraz dotarło. Kansas można śmiało zaliczyć do protoplastów tzw. progmetalu, którego nie darzę zbytnią estymą. Mamy tu świetną dawkę progresu z najwyższej półki, dość liczny skład; dwie gitary prowadzące, dwoje klawiszowców i te rewelacyjne skrzypce elektryczne, rzadko wtedy spotykane w tych czasach. Album wytrzymuje próbę czasu, a to ze względu na fantastyczne umiejętności instrumentalne muzyków i żywioł. Świetne kompozycje, połamane ale i bardzo melodyjne. Warto wrócić do studyjnych albumów. Niestety grupa nie przetrwała, po prostu nie zdołała przeskoczyć poziomu, który osiągnął apogeum na Two for the show. Znacie to posłuchajcie, nie znacie też posłuchajcie.


Jean Michel Jarre - Oxygen 3

Jak bardzo zmienił się świat w ciągu tych 30-40 - stu lat, słychać w muzyce JMJ Oxygen. Muzyka jest odbiciem rzeczywistości, przekleństwem wieku jest zdolność do widzenia rzeczy, których młodsze pokolenia nie zobaczą, nie pojmą. JMJ daje tego najlepszy przykład. Oxygen 3 to wielki niepokój, gorzka refleksja nad kondycją dzisiejszego społeczeństwa. Jeszcze nigdy w historii nowoczesnej nie było ono tak bardzo podzielone, skonfliktowane. Nienawiść zżera cały głob, syndrom braku a z drugiej strony tak wielka fascynacja dobrami doczesnymi, prowadzi do nieszczęścia, braku empatii, do zagłady. Smutna to płyta, czego się jednak spodziewać. Artysta dojrzał na tyle, by mówić prawdę. Nie jest to może wizjonerstwo, lecz tak jak powiedziałem , komentarz do rzeczywistości. Cóż nam pozostało, chyba już tylko bierna ucieczka, izolacja, emigracja wewnętrzna ? Inny artysta z tej sceny, wybiera symbolicznie pojazd, który oddala się od Ziemi, nie ogląda się, leci w nieznane, bo tu już nic nie ma. Mowa oczywiście o Vangelisie i jego muzyce na płycie Rosetta. Obydwa dzieła tak znamienitych muzyków, nie dają nadziei i być może dlatego rozczarowują brakiem progresji. Ta wspakkultura, anachroniczność wzbudza niepokojącą refleksję - Co dalej ? Nie poddawajmy się, szukajmy nowych wartości. Ci którzy mają siłę niech walczą. Czy słabsi są skazani ? To bardzo trudny okres, trzeba przetrwać, uzbroić się w pragmatyzm. Mam nadzieję, że jeszcze zdążymy a potem..........................................


Wight - Love Is Not Only What You Know

Fuzzy groove and stonerized riffing, psychedelic undertones with a natura, jammy vibe. Doom funk fusion, psychedelic rock - Darmstadt. Muza znana, ale bardzo świeżo podana. Uwielbiam takie kotelety, nice stuff, tylko dla dziadków hehe.


Uwaga po kilkunastu przsłuchaniach - wciąga jak diabli, świetny klimat, dorównuje swobodnie oryginałom, dla znudzonych klasyką gatunku.