Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

This Mortal Coil - Filigree and shadow

This Mortal Coil był projektem Ivo Watts-Russella, który był założycielem i szefem niezależnej wytwórni 4AD. Na poszczególnych płytach tej nietypowej formacji występowali artyści ze stajni 4AD oraz inne zaprzyjaźnione osoby. Zazwyczaj najwyżej cenionym albumem w dorobku This Mortal Coil jest debiutancki „It'll end in tears” (1984). W moim przypadku jest inaczej. Największy sentyment mam do „Filigree and shadow”. Na przestrzeni lat to on najczęściej lądował w moim odtwarzaczu, biorąc pod uwagę płyty wydane przez 4AD.
Ivo Watts-Russell wyczarował kolejny intrygujący album, który na przestrzeni lat niewiele się zestarzał. Tylko te bardziej dynamiczne i zrytmizowane fragmenty przypominają o tym, że jest to materiał nagrany w latach 80. Mamy tu do czynienia z wielobarwną gamą różnych stylów – folk rock, gospel, ambient, pop rock, a to bynajmniej nie wszystko. Wysublimowane fortepianowe impresje sąsiadują z dynamicznymi fragmentami na modłę ejtisową, elektroniczne pejzaże przechodzą w quasi etniczny rytuał dźwiękowy. A jednak wszystko układa się ostatecznie w jedną, harmonijną całość. Ivo Watts-Russell zadbał o odpowiedni klimat całości. „Filigree and shadow” ma swoją niepowtarzalną atmosferę, urzeka subtelnością. Stanowi miłą odskocznię od ówczesnego mainstreamu, często zachłyśniętego zdobyczami najnowszych technologii, co nie zawsze dobrze wpływało na brzmienie. Podobnie, jak w przypadku debiutu, świetnie wypadły covery. Warto wspomnieć przynajmniej o kilku z nich.„Jeweller” i „Morning glory” to z pewnością wyróżniające się utwory, a jest przecież jeszcze przepiękny „Ma father” z dorobku Judy Collins. Podoba mi się podejście do starych kompozycji. Ivo Watts-Russell niejednokrotnie miał pomysł na to, aby pokazać je niejako w innym wymiarze. W niektórych przypadkach wypadają nawet lepiej niż oryginały, a to niełatwa sztuka. Na winylu było to wydawnictwo dwupłytowe. Druga płyta w tym zestawie jest ewidentnie słabsza. Znalazło się na niej kilka typowych wypełniaczy. Przy odpowiedniej selekcji mógł powstać jeden, równy album o jeszcze większej sile rażenia. O ile w przypadku „Filigree and shadow” jest to niewielkie uchybienie to już na kolejnym „Blood” będzie to poważny problem. Tam słabszego materiału będzie już niestety zbyt dużo.
Autor - Mahavishnuu
Fun Page


Psyche - Unveiling The Secret

Unveiling the Secret - drugi album kanadyjskiej formacji Psyche, założonej w 1982 roku przez braci Darrina (wokal) i Stephena (klawisze) Hussów, na którym muzycy zainspirowani twórczością wykonawców pokroju Soft Cell, Suicide czy Experimental Products, prezentują o wiele dojrzalsze brzmienie i szeroki wachlarz syntezatorowych brzmień względem własnego albumu debiutanckiego, Insomnia Theatre (1985).
Już na sam początek otrzymujemy klasyczny synthpopowy numer z ciepłym acz agresywnym postpunkowym wokalem Darrina - Thundershowers - będący wizytówką stylu Psyche i klasyką brzmień lat 80. Kontynuacją nowofalowo-synthpopowej linii z agresywnymi i jednocześnie ciepłymi wokalami jest następna kompozycja - Lord Unleashed,
Synthpopowy acz nieco cięższy i chłodniejszy wymiar, charakterystyczny dla stylu Psyche, mają Black Panther i The Saint Became A Lush, zaś łagodniejsze oblicze zespół prezentuje w future-popowym Prisoner To Desire oraz nieco powolniejszym, przypominającym dokonania Thompson Twins lub Heaven 17 Taking Chances.
Poza różnymi barwami synthpopu, Psyche sprawdza się i w cięższej odmianie elektroniki, czego dowodzi Caught In The Act z silnymi wpływami nurtu Neue Deutsche Welle, w tym takich niemieckich kapel jak Der Plan, D.A.F. i wczesny Die Krupps. Utwór niewątpliwie odcisnął swe piętno na twórczości Front Line Assembly, Nitzer EBB oraz rodzimych wykonawców industrialno-synthpopowych: Düsseldorf, Kafel, Nowy Horyzont, C.H. District i Alles.
Jednym z najlepszych momentów płyty jest instrumentalny Intermezzo - to dwie minuty czysto industrialnych brzmień zaczerpniętych wprost z twórczości Throbbing Gristle.
Tytułowy Unveiling The Secret z kolei stanowi fundament pod współczesny EBM; w utworze słychać również mieszankę wpływów future-popu i stylu Giorgio Morodera.
W The Crawler słychać (także wokalnie) inspirację muzyków twórczością Front 242; kompozycja stylem silnie przypomina klimaty z debiutanckiego albumu Front 242 - Geography (1982).
Niesamowicie szybki Screamin' Machine jest hybrydą elektroniki w stylu Kraftwerk i punkowych riffów gitarowych z ostrym punkowym wokalem, w którym dostrzec można wpływ Alana Vegi. W kompozycji można się doszukać również stylu Sigue Sigue Sputnik.
Najbardziej niesamowitym momentem płyty jest jej finałowy numer - Waiting For The Stranger - noise'owy, pełen kontrolowanego chaosu, w klimacie wczesnego Suicide, ze schizofrenicznym wokalem, a w zasadzie schizofrenicznym wrzaskiem, utwór ten wpłynął na twórczość Skinny Puppy.
Podstawową wersję uzupełniają bonus tracki, pochodzące z wczesnego okresu twórczości Psyche: mechaniczny i future popowy Anguish, w którym wokal Darrina Hussa przypomina po trochu wokal Alana Vegi, po trochu Marca Almonda; future-popowy instrumental Venom przypominający wczesne The Human League i Depeche Mode oraz wersja demo Thundershowers.
Unveiling the Secret jest uznawany za najlepszy album w dorobku Psyche. Na pewno jest kwintesencją undergroundowego synthpopu, krążek miał bezpośredni wpływ na twórczość zespołów nurtu ebm lat 90, w tym m.in. Suicide Commando i Covenant.
Autor - Depeche Gristle


Axon-Neuron - Brainsongs

Axon-Neuron to projekt stworzony dość przypadkowo, z potrzeby chwili. Jeremey Poparad, genialny multinstrumentalista, grający wszędzie gdzie się da, i wszystko co się da, żegna się z kumplami od muzyki, którzy postanawiają opuścić Ohio. Powstaje Brain Songs, cztery miesiące pracy, ćwiczeń, kilka koncertów. Rezultat tak frapujący, że Jeremey nagrywa jeszcze dwa zbiory, w tym jeden podwójny. Wszystkie albumy są rewelacyjne. Nowoczesny progres, jazz, dotyk metalu, świetnie wykorzystana orkiestra i niesamowity kobiecy wokal. To zderzenie wynika z chęci stworzenia czegoś nowego, eklektyczny wir muzycznych wydarzeń wciąga natychmiast, choć materiał nie jest łatwy w odbiorze. I rzeczywiście powstaje coś zgoła odmiennego, muzyka zamknięta w koncepcie czysto muzycznym. Lider gra swoje zawijasy, łamańce, na dziwacznych 9 albo 19-strunowych gitarach, jest czasami agresywny, czasami delikatny, ale dziewczyny śpiewają rewelacyjne quasi jazzowe partie i to one nadają ten swoisty oryginalny charakter Axon Neuron. Amerykanie są niesamowicie zgrani, wysoki poziom umiejętności sprawia, że nie ma tu chaosu, pomimo nagromadzenia środków. Poparad wydaje ponownie debiut pod nazwą Axon Neuron 2.0, sześć lat od pierwszego wydania. Muzyka brzmi świeżo i ma znamiona nieprzemijalności. To dzisiaj rzadkie.


Roy Harper - Stormcock

I kolejna zmiana, przenosimy się w nieco inne rejony muzyczne. Znam Roy'a Harpera od dawna, generalnie jest to muzyk folk, lecz ma wyjątkowe podejście do tkanki muzycznej. Po pierwsze specyficzne teksty, niesamowita biegłość i oryginalność gry na gitarze akustycznej, skłonność do psychodelicznych odjazdów. Widziałem jego późny koncert w duecie z innym gitarzystą, godzinna uczta dla uszu, artysta z najwyższej półki, w dodatku przesympatyczny - Es.

Przeciętnemu słuchaczowi muzyki rockowej Roy Harper kojarzy się z hołdem, który złożyli mu panowie z Led Zeppelin na swoim trzecim albumie oraz z kompozycją Pink Floyd „Have a cigar” z „Wish you were here”, w której gościnnie zaśpiewał. I to raczej wszystko. W naszym kraju artysta nie miał specjalnego szczęścia do dziennikarzy muzycznych. W prasie muzycznej pojawiał się niezwykle rzadko, zazwyczaj w kontekście dwóch wspomnianych przykładów. W radiu nie było inaczej. Jego nagrania były prezentowane od wielkiego dzwonu (Piotr Kaczkowski, Jerzy Janiszewski).
W obrębie folk rocka Harper jest absolutnie jedną z najwybitniejszych postaci. Jego debiut - kameralny i dość ascetyczny „The sophisticated beggar” (1966) oraz wydany rok później „Come out fighting Ghengis Smith” były wstępem do tego, czym artysta uraczył nas w następnych latach, kiedy to udało mu się stworzyć własną, oryginalną formę muzykowania w obrębie estetyki folk rocka. Moim zdaniem jego złoty okres twórczości obejmuje lata 1969-1973, choć niektórzy cenią sobie bardzo „HQ (1975). Na swoim pierwszym klasycznym albumie „Folkjokeopus” (1969) Harper w ciekawy sposób eksperymentuje z większą formą muzyczną (,,McGoohan's blues''). Można na nim znaleźć utwór poświęcony Alberowi Aylerowi (,,One for all”), ponadto uwagę przykuwa melodyjny „She's the one''. Po udanym „Flat Baroque and Berserk” (1970) przyszła kolej na magnum opus „Stormcock” - jeden z najlepszych albumów progresywnego folk rocka. Osobiście bardzo cenię sobie jego kolejne wydawnictwo „Lifemask” (1973). Jego okrasą jest 23-minutowa suita „The Lord's Prayer”, która wedle muzyka miała być jego artystycznym testamentem (w tym czasie Harper był ciężko chory i liczył się poważnie z tym, że może to być jego ostatnia płyta).
Autor- Mahavishnuu
Fun Page




Gongzilla - Thrive

Tak się często zdarza lub nawet jest to nagminne, że uwielbiam albumy, które niemal wszyscy mieszają z błotem. Tak już mam, stałem się tak perfidny, że wyszukuję płyty na które ludzie plują. Tak też jest z pobocznymi projektami Gong. Z Gongiem łączy je zazwyczaj bodaj jedno nazwisko muzyka, który był tam kiedyś w składzie owej supergrupy. Mnie to wystarcza i nie spodziewam się, aby takie składy próbowały grać jak Gong. Takie tęsknoty są kompletnie niedorzeczne i raczej błędne już w założeniu. Benoit Moelren zaprasza doskonałych muzyków jazzowych i zastrzega; panowie nie gramy jazzu, żadnych tam tematów i niekończących się solówek. Zresztą często dobrego muzyka poznaje się po tym, że grając minimalistycznie uzyskuje takie same a nawet lepsze efekty od wirtuozerów grających z szybkością niemieckiego karabinu maszynowego. Gary Husband, Bon Lozaga, David Torn, wspomniany Moerlen, Hansword Rowe tworzą nieco rozmyty rock jazz abstract z epizodami mocno rockowymi. Muzyka niezbyt wymagająca, mogąca być świetnym wprowadzeniem dla słuchaczy ciekawych jazz rocka, fusion. Należy jednak pamiętać, że nie jest to smooth jazz, który jest gatunkiem ukierunkowanym i "relaksacyjnym" a priori. Nie jest to też fusion w stylu lat 70-tych. Ten projekt z połowy lat 90-tych, ukoronowany świetną trasą, jest bardziej ambitny, wspomniani muzycy, wytrawnie i ze smakiem serwują nam danie lekkie, niezobowiązujące, obiecujące odpoczynek i relaks. Jednak otoczenie jest mocno wyrafinowane, dużo wolności, piękna, zastanawiająca muzyczna mozaika. Nie słucham raczej łatwego jazzu, ale ten gatunek, który próbuję określić satysfakcjonuje mnie w 100%. Jeśli macie dobry smak, lubicie czytać przy muzyce, słuchać muzyki w samotności w swoim tajemnym kącie, z dala od hałasu, to jest to. Ktoś powiedział, że takie podejście jest nihilistyczne, puste i szkoda na to czasu. Mam przeciwne zdanie. To sztuka poruszania się na swoistych granicach gatunków muzycznych. Koncert wydany w dwa lata później w nieco innym składzie potwierdza powyższe. Fajna muza bez uprzedzeń i zobowiązań.




Brian Eno - Another Green World

Pierwsze dwa albumy solowe Eno - „Here Come the Warm Jets” i „Taking Tiger Mountain (By Strategy), wydane w 1974 roku to inna bajka niż bohater dzisiejszego tekstu. W gruncie rzeczy to taki nieco udziwniony glam-rock, w którym pojawiają się czasami nieśmiało echa muzyki bardziej eksperymentalnej. „Another Green World” można uznać w niemałym stopniu za przełomowy w jego twórczości. Bardziej otwarty na eksperymenty na różnych polach muzycznego przekazu, odchodzący z wolna od formy piosenkowej (tylko w pięciu z czternastu kompozycji pojawia się wokal).
Już opener „Sky Saw” wyznacza nowe obszary poszukiwań – intrygujące, karmazynowe intro, hipnotyczna, mocno poszarpana partia perkusji Collinsa, frippowska partia gitary, na której gra sam Eno. „Sky Saw” ujawnia tendencję do stopniowego odchodzenia od formy piosenkowej. Jest także przykładem tego, jak Eno z pasją stara się odkrywać nowe brzmienia, dzięki wielogodzinnym eksperymentom w studiu nagranowym. Podobnie będzie w przypadku wielu innych utworów na tej płycie. W sensie stylistycznym „Another Green World” jest ciekawą mozaiką. Możemy odnaleźć na nim elementy pop rocka, rocka progresywnego, wczesnego ambientu, rocka elektronicznego, czasami pobrzmiewają także echa jazz-rocka. Całość jest spójna, dobrze przemyślana, intryguje szczególnie w warstwie brzmieniowej, ma charakterystyczny, zniewalający klimat. Skład personalny jest niesamowicie mocny (John Cale, Robert Fripp, Phil Collins, Percy Jones). Każdy prezentuje się z jak najlepszej strony. Gra zaproszonych muzyków jest podporządkowana odgórnej wizji artystycznej lidera tego projektu. Trzeba przyznać, że Eno znakomicie potrafił spożytkować ich umiejętności.
Bez dwóch zdań, to mój ulubiony album tego pana. Ujmuje znakomicie wyważonymi proporcjami, choćby w warstwie stylistycznej. Dobrze zrobiło artyście odejście od glamu. Muzyka zyskała na szlachetności, stała się bardziej wysublimowana. Na „Another Green World” pojawiają się już fragmenty zwiastujące estetykę ambientu, jednak na tej płycie występuje jeszcze duże nasycenie treści muzycznej. W żadnym razie nie jest to muzyka tła, oparta na statycznych strukturach. Wielka szkoda, że Eno nie kontynuował eksperymentów w tym duchu na następnych płytach. Trochę podobnych rzeczy było jeszcze na drugiej stronie „Before and After Science” (1977). Potem nastały już czasy ambientu, który zdominował jego twórczość.
Autor - Mahavishnuu
Fun Page




New Order - Music Complete

Music Complete - 10 album studyjny New Order, wydany 25 września 2015 roku, poprzedzony kryzysem, który rozpoczął się w 2007 roku od odejścia głównego twórcy brzmienia zespołu, basisty Petera Hooka, który wdawał się odtąd w liczne przepychanki prawne z byłymi kolegami z zespołu o prawa do nazwy.
W międzyczasie, w styczniu 2013 New Order wydali album Lost Sirens w całości wypełniony odrzutami z sesji nagraniowej do Waiting for the Sirens' Call (2005), przyjęty bardzo chłodno. Przyszłość New Order wydawała się niepewna, choć Hooky'ego na basie zastąpił Tom Chapman (o którym Hook w mediach wypowiadał się wyłącznie pogardliwie, zaś sam zespół nazywał "cover-bandem New Order), a do składu po kilkunastu latach powróciła keyboardzistka Gillian Gilbert, zaś zespół podpisał w 2014 roku kontrakt płytowy z wytwórnią Mute Records.
New Order zapowiedzieli, że nowy album będzie połączeniem ich dotychczasowych tanecznych klimatów i rockowej zadziorności w jedną całość, co można było odbierać zarówno pozytywnie, jak i negatywnie.
Do współpracy zaproszono masę gości, w tym Toma Rowlandsa (The Chemical Brothers), Stuarta Price'a, Richarda X, Iggy Popa, Elly Jackson z La Roux czy wokalistę The Killers Brandona Flowersa.
Album otwiera singlowy Restless, gitarowa kompozycja w stylu starego New Order, przypominająca stylem The Cure, sugerowała, iż zespół usilnie bez Petera Hooka będzie dążył do uzyskania tego charakterystycznego brzmienia New Order z lat 80; i faktycznie gitara basowa Chapmana brzmi zupełnie, jakby grał na niej sam Hook (co trzeba oddać Chapmanowi), utwór ten jest jednak istną zmyłką, bowiem kolejny kawałek (i również singiel) Singularity jest tym, czym zapowiadali muzycy; hybrydą ich gitarowo-rockowego oblicza z tanecznym, ale bez przesadnego oglądania się na brzmienie generowane kiedyś, kawałek brzmi współcześnie i nowocześnie, New Order wkracza zatem w nowy wymiar.
Plastic jest czysto syntezatorowym synthpopowym numerem, jakiego New Order nie nagrali od czasu albumu Technique (1989) i stylem od jakiego uciekali przez całą dekadę lat 90 i 2000. Pobrzmiewa tu czasem "Hookowa" basówka, ale kawałek prezentuje transowy puls w stylu twórczości Giorgio Morodera.
Kolejny singiel, Tutti Frutti, jest powrotem do stylistyki house, którą po raz ostatni w twórczości New Order można było usłyszeć na Technique, a od której zespół przez kolejne dwie dekady całkowicie się odcinał.
People on the High Line (kolejny singiel), jest penetracją stylistyki disco lat 70, nie słyszanej dotąd w twórczości New Order w ogóle. Klimat disco lat 70 podkręca bas Toma Chapmana, który udowadnia Hooky'emu swoją wszechstronność.
Stray Dog jest jednym z najmocniejszych kompozycji w dorobku New Order; mroczny i electro-bluesowy z mocną deklamacją w wykonaniu Iggy Popa.
Academic i Nothing but a Fool stanowią charakterystyczne dla albumów New Order brit-popowe oblicze płyty, jednak bez usilnego oglądania się na dawną twórczość zespołu w tym stylu.
Unlearn This Hatred łączy stare brzmienie analogowych syntezatorów z lat 80 ze współczesną electropopową aranżacją, natomiast The Game, podobnie jak Singularity, łączy taneczne oblicze New Order (choć w bardziej uwspółcześnionej formie electro) z rockowym pazurem żywej perkusji i riffów gitarowych.
Zupełnie odmienny od wszystkiego, co dotychczas można było usłyszeć na płycie, jak i w ogóle w twórczości New Order, jest zamykający album Superheated zaśpiewany przez Brandona Flowersa, wprowadzający pogodny nastrój i jednocześnie trochę melancholii electropop, mógłby być jedną z piosenek Pet Shop Boys.
I chociaż Peter Hook zarzekał się, że bez niego New Order nie jest w stanie nagrać pełnowartościowego albumu, to na przekór wszystkiemu Music Complete jest chyba... najlepszym albumem w dyskografii zespołu, a przynajmniej śmiało można umieścić go obok takich klasyków, jak Low-Life, Brotherhood czy Technique.
Autor -  Depeche Gristle


Sdang! - La Malinconia delle Fate

Nicola Panteghini & Alessandro Pedretti's acrobatic musical project: math, post rock, prog digressions, stoner, grunge and metal. Sweat & passion...


You - Electric Day

Pierwszy album zachodnioniemieckiej formacji, w której udzielał się Harald Grosskopf, znany ze współpracy z wieloma wybitnymi artystami rodzimej sceny muzycznej (Klaus Schulze, The Cosmic Jokers, Ash Ra Tempel). Muzyka kwartetu kojarzy się w oczywisty sposób ze „szkołą berlińską”. Przede wszystkim z Tangerine Dream z okresu „Cyclone”. Już otwierający płytę utwór tytułowy przywodzi na myśl „Madrigal meridian”, dokładnie te bardziej dynamiczne i zrytmizowane fragmenty kompozycji Mandarynek. Niektóre partie gitarowe Ulricha Webera nawiązują ewidentnie do stylu i brzmienia, które wypracował sobie Edgar Froese. Na „Electric day” usłyszeć można wiele sekwencji, tak typowych dla „szkoły berlińskiej”. Utwory zazwyczaj nie są zbyt długie, czasy długich, rozbudowanych eposów odchodziły już wtedy do przeszłości, choć jest jeden wyjątek - blisko dwunastominutowy „Slow Go”, ładnie wpisujący się w standardy klasycznego, elektronicznego grania. Trudno wyróżnić jakikolwiek utwór, gdyż cały materiał prezentuje dość wyrównany poziom. You prezentuje względnie prostą odmianę rocka elektronicznego, nie uświadczymy tu żadnych radykalizmów. Muzyka jest melodyjna, dość prosta w warstwie rytmicznej, uporządkowana formalnie. Jest przykładem schyłkowej analogowej elektroniki, która już wkrótce będzie wypierana na masową skalę przez cyfrowe technologie. Niestety późniejsze dokonania zespołu nie były już tak interesujące.
Autor - Mahavishnuu
Fun Page


Brainstorm - Heat Waves

Muzyczny Esflores blog raczej niszowy, poszukujący nowych doznań. Odkrywamy rzeczy oryginalne, zaskakujące, na odpowiednim poziomie, nie boimy się wyzwań i eksperymentów. Amerykanie z Portland korzystają z całkowitej wolności wyboru, choć trio to gra poprock, raczej czytelny i przystępny. Usłyszymy tu inspiracje z całego świata, głównie współczesnej muzyki afrykańskiej. Nie jest to jednak etno, może to już własnie nowe idzie ?, ponieważ materiał jest swoiście unikatowy. Sporo energii, fantastyczne harmonie wokalne, przedziwne podziały polirytmiczne. Tą płytą zrobili podobno sporo zamieszania, a to dopiero ich drugi pełny album, Zaręczam, że ten pierwszy jest również ciekawy, aczkolwiek bardziej surowy. Nie ma solówek, choć gitarowe "licki" są smakowite i przyciągają uwagę. Dziewczyna, basistka, wprowadza klimaty brytyjskiego rocka z czasów british invasion rock z pełnym bukietem Talking Heads. Doprawdy dobrze się tego słucha, formuła dobrze przemyślana i zrealizowana, bez nadmiaru udziwnień. Chwilami garażowo, psychodelicznie, lecz nie wprost, raczej między wierszami. Polecam, bo jeśli kapela będzie mieć szczęście w marketingu, to jeszcze nie raz o nich usłyszymy. Przyjemna odmiana od mrocznych eksperymentów formalnych, świetny rockpop z maleńkim haczykiem.
Pozytywne wibracje.


NON - Back To Mono

Back To Mono - Album legendarnego amerykańskiego mistrza hałasu, eksperymentatora i performera Boyda Rice'a działającego pod pseudonimem NON. Krążek ukazał się 22 października 2012 roku i, jak zapowiadał sam artysta, miał być powrotem do jego korzeni, czyli sztuki prezentowania hałasu.
Album oprócz materiału premierowego zawiera również zapisy archiwalne z lat 70. Przy nagraniu albumu artystę wspomogły zaprzyjaźnione z nim ikony Industrialu i noise, takie jak Wes Eisold czy współpracujący blisko z Throbbing Gristle, Psychic TV i Coil - Z'ev i Bryin Dall.
Album otwiera premierowa kompozycja Turn Me On, Dead Man oparta na przesterach i industrialnym hałasie, ale zawierająca jednocześnie sekcję rytmiczną i poukładaną linię melodii, których w następnych utworach już nie ma, o czym przekonuje Watusi, będący prostą linią fabrycznych zgrzytów i hałasów, bez konkretnej melodii, bez rytmu. Utwór jest archiwalnym zapisem niepublikowanej ścieżki z 1978, zremasterowanej na nowo przez Bryina Dalla w 2009 roku.
Podobna "ściana hałasu" pozbawiona melodii i rytmu prezentuje się w nagranym w słynnym filadelfijskim studio Cold Cave w 2009 roku tytułowym Back To Mono, co sanowi faktyczny powrót NON to swoich korzeni.
Psychodeliczny Seven Sermons To The Dead jest nagraniem live, pochodzącym z występu NON w Nawym Jorku w 2009 roku. I tu pojawiają się słowa - słabo słyszalna deklamacja, która jest mocno zagłuszana przez eksperymentalną elektro-akustyczną muzykę konkretną przypominającą dokonania elektronicznych eksperymentatorów lat 50 i 60 - Stockhousena czy Pierre'a Schaeffera. Do muzyki konkretnej i elektronicznych pionierów lat 50 i 60 nawiązują dwie kolejne premierowe kompozycje - Obey Your Signal Only i Man Cannot Flatter Fate; pierwsza opiera się na kolażu przeciągłych dźwięków zdehumanizowanego wycia i syntezatorowych przesterów, z których wyłania się krótka i powtarzająca się sekwencja melodii, druga zaś oparta jest na przetworzonych dźwiękach wibrującego białego szumu i trzasków.
Scream jest zapisem występu w legendarnym klubie Whiskey A Go-Go w Los Angeles w 1979, gdzie dekadę wcześniej grali The Doors, i takiej serii fabrycznych zgrzytów i hałasów, z których wyłania się pełen szaleństwa krzyk artysty ten słynny klub chyba nigdy dotąd jeszcze nie doświadczył.
Back To Mono (Live) pochodzący z występu w Nowym Jorku w 2009 roku jest łagodniejszy od wersji studyjnej, bez rozwalającej uszy kanonady zgrzytów, które występują i w wersji live, jednak są one bardziej stonowane, głośniej słychać przeciągły syk, zaś utwór bardziej utrzymany jest w klimacie muzyki konkretnej lat 50 i 60.
Turn Me On, Dead Man (Reprise) różni się za to znacznie od otwierającego album utworu o tym samum tytule; kompozycję otwiera mroczne, niemal piekielne dark-ambientowe brzmienie voice humana syntezatora, na które z czasem nachodzi brzękliwy dźwięk generatora prądu i industrialnego hałasu; brak tu jest przede wszystkim sekcji rytmicznej i namiastki popowej melodii cechującej Turn Me On, Dead Man otwierającej album. Po ustąpieniu hałasów, utwór kończy psychodeliczne pulsujące syntezatorowe interlude. Turn Me On, Dead Man (Reprise) jest najlepszym momentem płyty.
Fire Shall Come - po takiej ilości instrumentalnego eksperymentalizmu, pojawia się w końcu utwór w pełni wokalny. Kompozycja wyraźnie inspirowana twórczością Throbbing Gristle, opiera się na ciężkim, jednostajnym i posępnym rytmie automatu perkusyjnego połączonego z industrialnym zgrzytem i zniekształconymi dźwiękami syren alarmowych, a wszystko opatrzone chrypliwą deklamacją Boyda Rice'a. Utwór przypomina kawałek Throbbing Gristle - Discipline - choć jest znacznie powolniejszy i posępniejszy.
Album kończy utwór, który całkowicie wyłamuje się od całej reszty - Warm Leatherette z repertuaru The Normal, jeden z pierwszych synthpopowych brytyjskich hitów z lat 70. W interpretacji NON, oryginalny synthpop z silnym wpływem future popu i wczesnego house został zespolony z industrialem. Jak wyjaśnił Boyd Rice, Warm Leatherette była dla niego najlepszą elektroniczną popową piosenką. Oryginalnego singla kupił 15 minut przed spotkaniem z Danielem Millerem - frontmanem The Normal i założycielem wytwórni Mute Records, a to spotkanie na zawsze zmieniło jego muzyczne życie.
Album Back To Mono jest nie tylko sentymentalnym powrotem NON do własnej twórczości z lat 70, ukazaniem hałasu jako sztuki, jest także hołdem dla pionierów muzyki elektronicznej lat 50, 60 i 70.
Autor - Depeche Gristle


David Bowie - Earthling

W 1995 roku Bowie nagrał jedną ze swoich najlepszych płyt „1. Outside”. Artysta planował jej kontynuację, ale niestety nie powrócił już do tego projektu. Kameleon rocka postanowił zapuścić się w nieco inne rejony muzyczne i poflirtować z różnymi najnowszymi trendami w muzyce rozrywkowej (drum and bass, techno, jungle). Żaden z wymienionych nurtów muzycznych nigdy specjalnie mnie nie interesował, jednak to, co wysmażył David na „Earthling” jest naprawdę intrygujące. W 1997 roku wałkowałem ten album bardzo często. Dzisiaj, po blisko 20 latach od czasu wydania nadal wciąga. W sumie jest to ciekawy dokument swojej epoki. W obszernej dyskografii artysty „Earthling” znajduje się w cieniu wielu znacznie bardziej znanych i poważanych albumów, jednak muszę przyznać, że powracam, do niego częściej niż do niejednego klasyka z lat 70. Bowie świetnie łączy na nim przebojowość z eksperymentatorskim zacięciem. Muzyka jest świeża, brzmi nowocześnie, pomimo odniesień do różnych, często dość odległych od siebie nurtów i konwencji, nie razi eklektyzmem. Dobrym przykładem niech będzie tu „Dead Man Walking” - ostre partie gitary Gabrielsa, mające w sobie coś z rocka industrialnego, fortepianowe kaskady dźwięków Mike'a Garsona o wyraźnie jazzowej proweniencji, nowoczesne rytmy i brzmienia, typowe dla lat 90. Świetny transowy kawałek, którego mocną stroną jest zaraźliwa melodyka, intrygujące brzmienie oraz różne smaczki aranżacyjne. Cichym bohaterem jest Mike Garson, który w finale raczy nas brawurową partią fortepianową, swoją drogą, szkoda, że tak krótką.
Autor - Mahavishnuu
Fun Page


Squadra Omega - Materia Oscura

No i polecieliśmy za wspomniany niegdyś horyzont zdarzeń, to było chyba nieuniknione. Projekt Squadra Omega to duet niezwykłych włoskich twórców. W zależności od kaprysu dobierają sobie oni muzyków, tworząc przeróżne konstelacje.  Otwartość, odwaga, chęć przeżywania i tworzenia muzycznych przygód.
Efektem są zderzenia przeróżnych wpływów, niejednokrotnie te nowe konglomeraty, krainy, fascynują, ekscytują. Spokojnie jednak omijają rafy dysonansów, muzyka płynie bez oporów. Wielostronne punkty widzenia, tworzą czytelne przestrzenie. Muzyka improwizowana stawia wysokie wymagania raczej bardziej twórcom niż odbiorcom.
Płaszczyzny wielowymiarowe, wydawałoby się stworzone przypadkowo, są zwierciadłami w których słuchacz przegląda się nieoczekiwanie.. To ciekawe zjawisko, ludzie żyjący w łagodnych i ciepłych klimatach tworzą wolne formy, nieco mroczne, ale jakżesz przystępne. Ten horyzont zdarzeń nie jest tak chłodny i niedostępny, jak to bywa u muzykujących ludzi północy. Muzycy kierują się w zasadzie bardziej intuicją, niż planowanym konstruktywizmem. I to się czuje, nie myśl, że zwariowałem, ja się po prostu nie boję otwierać drzwi percepcji. Jestem w tej sferze tak samo wolny jak Squadra Omega. Podróże o tyle są fascynujące, o ile nie wiesz, co Cię czeka na miejscu przeznaczenia. Wyrzuć więc wszelkie przewodniki, odkryjesz nowe wartości, radość i satysfakcję, jesteś nieśmiertelnie nieograniczony. To dowód, że istnieją zmysły subtelniejsze i liczniejsze od przyjętych. Wielu ludzi potrafi je uruchomić w przeróżny sposób. Dla nas tym czynnikiem wyzwalającym jest Muzyka.

 

Maserati - Rehumanizer

Maserati are a band obsessed with process. Specifically, they're obsessed with the process of marrying the past to the future — retro futurists hellbent on forging Krautrock and classic rock into one motorik, monolithic vehicle. Rehumanizer is the most accomplished product of that process to date, a marriage of man and machine that plays like a supergroup comprised of Gary Numan, Cluster, and Pink Floyd. Building songs up bit by bit — and breaking them back down to their barest elements — Maserati fully embraced technology as a songwriting tool. The band takes greater risks than ever, sonically experimenting on the fly and incorporating unprocessed vocals for the first time ever. For the past decade Maserati has built a career out of relentless forward momentum – a tight, sleek, chugging beast that drove towards the sun and rarely veered off course. Rehumanizer maintains that same ambition and sense of abandon, but is distinctly as much man as it is machine – a true alliance of the past and the future.

Sarah Boisvert; Inventions for a New Season has been one of my favorite albums for a while, but none of Maserati's later albums have resonated with me quite as much - I was beginning to fear I could only ever call myself a fan of the one album, and not of the band itself. From the first play, though, Rehumanizer has sunk its glittery, sharp, 80s-infused claws under my skin and I doubt it will let go for a long time. Favorite track: Montes Jura.

Suicide - American Supreme

American Supreme - dopiero piąty (i jak dotąd ostatni) album studyjny w ponad trzydziestoletniej działalności formacji Suicide, który ukazał się 28 października 2002 roku.
W odróżnieniu pod poprzedniego, wydanego dziesięć lat wcześniej bardzo popowego albumu Why Be Blue? tym razem formacja powraca do awangardowego i eksperymentalnego stylu muzyki, przypominającego bardziej dokonania z dwóch pierwszych albumów Suicide.
Już sam początek krążka jest dość zaskakujący, bowiem otwierający album kawałek Televised Executions jest z pogranicza hip-hopu, funka i dokonań grającego muzykę klubową zespołu Stereo MC's. Następujący po nim drugi song płyty - Misery Train - jest synthpopowy, stonowany, senny i pogodny z futurystycznym brzmieniem klawiszy Martina Reva, utwór przypomina dokonania z Why Be Blue? z niesamowicie Elvisowym wokalem Alana Vegi. Swearin' to the Flag również utrzymany jest klimacie synthpopu, jednak w odróżnieniu do leniwej Misery Train, utwór ten zdecydowanie podkręca tempo, nie brakuje tu też eksperymentów dźwiękowych rodem z pierwszej płyty Suicide (1977).
Beggin' for Miracles rozkręcany jest przez trip-hopowy rytm współgrający z electro-popową melodią z odrobiną psychodelii i drapieżnymi bluesująco-jazzującymi melodeklamacjami Alana Vegi. Podobnie rzecz ma się we Wrong Decisions, choć kawałek jest ciut szybszy, bez wpływów psychodelii - za to z wpływami hip-hopu, i bez wpływów jazzu i bluesa w wokalu Vegi, za to bardziej schizofrenicznym.
Jeszcze innym kawałkiem o trip-hopowym rytmie z nutą psychodelii i schizofreniczną (niekiedy przechodzącą od delikatnej perswazji po wściekłość) melodeklamacją jest Power au Go-Go.
Wrong Decisions jest jedynym house'owym utworem, przypominającym nieco dokonania Yello z płyt Zebra lub Motion Picture.
Death Machine - zaskakujący utwór, pozornie jakby nie pasujący do całości płyty ze względu na transujące i sterylne brzmienie, brak eksperymentów dźwiękowych i morderczy beat, jest klasycznym przykładem EBM-u, oddającym fakt, iż wiekowi muzycy świetnie się czują w nowoczesnej elektronice, mając do tego świetne w niej rozeznanie.
Dachau, Disney, Disco - zdecydowanie najlepszy na krążku kawałek bezpardonowo powracający w klimaty wczesnego Suicide, to połączenie noise, rocka psychodelicznego, industrialnego i eksperymentalnego.
Dla odmiany Child, It's a New World jest najbardziej popowym numerem płyty, ze średnim tanecznym tempem, brzmieniem, w którym słychać elementy funka, soulu i electro popu (coś w klimatach Pet Shop Boys) oraz wokalem Alana Vegi w stylu rockabilly, doskonale wpasowałby się do Why Be Blue?
Całość kończy niesamowity synthpopowy, transujący song I Don't Know z wpływami new wave i punkowym ni to śpiewem, ni to deklamacją Alana Vegi, trochę w stylu Marca Almonda z Soft Cell, chociaż bardziej mrocznym.
Album American Supreme okazuje się zaskakująco spójny i bogaty brzmieniowo, z pewnością jest jednym z najlepszych w dorobku Suicide, śmiało dorównuje kultowym dwóm pierwszym albumom zespołu.
Autor - Depeche Gristle



Genesis - The Lamb lies down on Broadway

To jeden z tych albumów, o którym napisano już niemal wszystko. Warto jednak skupić się na jednym wątku – eksperymentalnym obliczu zespołu. Biorąc pod uwagę język muzyczny to Genesis, obok Jethro Tull, był najbardziej tradycjonalistycznym zespołem z grona Wielkiej Progresywnej Szóstki, (tworzyli ją także ELP, King Crimson, Pink Floyd i Yes). Muzycy z Genesis dystansowali się od świata awangardy. Często podkreślali, że przede wszystkim są twórcami piosenek. Tymczasem ich dwupłytowe wydawnictwo z 1974 roku jest dość nietypowe. ,,The lamb lies down on Broadway’’ jest najbardziej nowoczesną płytą zespołu, biorąc pod uwagę takie elementy, jak harmonia, podejście do kompozycji i teksty. Elementy muzyki klasycznej były w pierwszej połowie lat 70-tych bardzo mocno obecne w twórczości kwintetu. Ich specyfiką było to, że odwoływały się zawsze do zamierzchłych epok, przede wszystkim neoromantyzmu, który szczególnie upodobał sobie Tony Banks. Jeśli chodzi o Gabriela i Hacketta, którzy także byli rozmiłowani w muzyce klasycznej, było w zasadzie podobnie. Zespół unikał zapuszczania się w rejony związane z dwudziestowieczną awangardą. To nie były ich klimaty.
,,Baranek’’ stanowi w tej mierze wyłom. Najbardziej dobitnym przykładem jest oczywiście „The waiting room”, będący śmiałym przykładem eksperymentalnych eksploracji brzmieniowych. Szczególnie zgiełkliwy, wręcz atonalny wstęp może być sporym zaskoczeniem dla niemałej części fanów zespołu. Dzisiaj wiemy już, że był to jedyny taki wypad zespołu w krainę spiętrzonych, radykalnych dysonansów. W czasie, gdy muzycy nagrywali ten utwór trwała bardzo intensywna burza - coś z tego zjawiska atmosferycznego musiało do niego przeniknąć. Oprócz „The waiting room” mamy także kilka instrumentalnych interludiów okraszonych bardziej nowoczesnymi rozwiązaniami w sferze harmonicznej. Ich dysonansowa faktura może być dla co bardziej tradycyjnych słuchaczy dość odstręczająca. Nie mniejszym problemem było libretto. Wprawdzie już na „Selling England by the pound” Gabriel inspirował się wyrafinowaną literaturą współczesną (T.S. Elliot), jednak na ,,Baranku’’ zrobił znaczący krok naprzód. Odnajdziemy na nim ślady wpływów awangardową literaturą XX wieku (surrealizm, nawiązanie do postmodernistycznego strumienia świadomości). Percepcję utrudnia świadoma intertekstualność tekstów. Pojawia się sporo odwołań do różnych tradycji kulturowych, aby zrozumieć niektóre teksty wymagana jest wiedza z zakresu mitologii greckiej czy też różnych zjawisk kulturowych. Jeśli połączymy treść przekazu z zagmatwaną narracją otrzymamy w rezultacie jeden z bardziej hermetycznych concept albumów w historii rocka. Libretto tego albumu to niezły labirynt.
Zważywszy na wszystkie przytoczone powyżej przykłady nie dziwi fakt, że „The lamb lies down on Broadway” nie odniósł sukcesu komercyjnego, choć i tak sprzedawał się nie najgorzej. Jest jednym z reprezentatywnych przykładów intelektualnych ambicji twórców rocka, którzy w latach 70-tych daleko odeszli już od schematycznej formy piosenkowej i miałkich tekstów o rozterkach uczuciowych nastolatków. W tym wypadku na szczęście nie mieliśmy do czynienia z przerostem formy nad treścią. Wszystkie muzyczne ingrediencje są bardzo umiejętnie poukładane. Nie jest to płyta, która odkrywa całe swoje piękno po pierwszym przesłuchaniu. Warto się jednak w nią zagłębić.
Autor - Mahavishnuu
Fun Club