Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Roadside

Wszyscy pamiętamy wspaniały dokument o flower power, Woodstock ’69. Niesamowity nastrój wydarzenia, pomalowane fantazyjnie garbusy i minivany. I choppery, głównie stuningowane harleje (Harley Davidson). Oryginały to tylko baza, odrzucano co cięższe i zbędne elementy, wysuwano przód dodając charakterystyczną kierownicę, prowadzący prowadził maszynę w pozycji na wpółleżącej. Takie przepiękne maszyny widzimy w kultowym „Easy Rider” . Jest pewnym fenomenem, znani z zamiłowania do motoryzacji (pamiętam te wszystkie WSK, Junaki, DHL, Gazele, pamiętam tych ludzi, rozkładających te maszyny, pieszczących każdą część) Polacy kultywują tę tradycję do dzisiaj. Pomijam tu te supernowoczesne potwory, które wożą „dawców organów” szalejących współcześnie po polskich drogach. Choppersi to pewien styl życia, kto nigdy nie doświadczył delikatnego powiewu wiatru we  włosach i ciepła mruczącego silnika, ten nigdy nie doznał uczucia wolności. Zazwyczaj jeżdżą grupowo, wywołując konsternację i zawistne spojrzenia „zapuszkowanych” kierowców.

Roadside



„Husar Cycles" w Koszalinie stał się bazą i salą prób dla grupy muzykujących ludzi. Po wielu przetasowaniach, włóczędze po klubach, jam’ach wykrystalizował się skład, którzy przyjął  nazwę Roadside a jakżeby inaczej. Początkowo kapela przyjmuje koncepcję brzmienia garażowego, grając standardy z przed lat. Lecz ci ludzie to silne osobowości i wkrótce okazuje się, że droga to nie tylko czysty i równiutki asfalt. Roadside zjeżdżają na pobocza i to słychać na demo albumie nagranym w przeciągu dwóch gorących dni stycznia tego roku. Let it  roll,  wyjeżdżamy na trasę, powolutku mijamy przydrożne bary i kapliczki, zespół zwalnia, dając chwilę na podziwianie widoków. Szczęsny na klawiszach, gitarzyści przypalają jointa, ale jest ich sześciu więc na długo nie starcza, jedziemy dalej. Mijamy rzekę leniwie płynącą, wystarczy większy deszcz a pokaże czym naprawdę jest. Tymczasem kołyszemy się, przejeżdżając „jazzujący” drewniany most, gitara łka pozostawiając za sobą obłok pyłu. Gazu!, wyjeżdżamy na pustkowie, „Strychu” wspomina Jima Morrisona, ale zespół gra swoje. Jest cholernie gorąco i ekipa wjeżdża na rozgrzane połacie, wszystko się rozpływa, czas zwalnia. Gitara zwolna przedziera się wolnym riffem, jedziemy na luzie z górki, szkoda paliwa. Jesteśmy już daleko od domu ale co tam i tak stał pusty. Nie było sensu tkwić tam samotnie. Ona zrobiła to wcześniej. Zapomnij. Zmierzcha już, jakaś grupa lekko zawianych ludzi pali ognisko, z chęcią przyjmują motocyklistów. Jest późno, niektórzy kładą się a niebo im wiruje po kilku wypitych piwach, grając swoją muzykę. Rano jadąc na pełnym gazie zastanawiają się nad celem swej podróży, którego nie ma. „Strychu” ma problemy ze swoją ”125”, zjeżdżają do przygodnego warsztatu. Wdają się w rozmowę z mechanikiem. Sebastian opowiada  o swojej maszynie. Mechanik to starszy facet, niespodziewanie zrywa plandekę i pokazuje swoją miłość , toż to „125”, na baku misternie namalowane „Hey Jude”. On też jeździ samotnie po okolicy, zakładając stary poniemiecki hełm. Oj nie lubią go sąsiedzi.. Roadside proponują -  jedź z nami i jadą, stary wspomina młodość, zapominają o wszystkim, płyną ponad czasem, zajmując całą szerokość drogi………….. Zza drzew zastępuje im drogę niebieski gazik z białym pasem po bokach.
Nie wiadomo jak to się wszystko kończy, ale wiemy, że zespół wyruszy w dalszą drogę na jesieni -  nowe numery, odpicowane motocykle i nowy power w silnikach
Roadside  - Oni żyją.