Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Ian Boddy - Wywiad Cz.1

-Ian, dzięki, że znalazłeś czas aby porozmawiać, dla czytelników Synth&Sequences. Jak się urodził ARC i skąd się wzięła ta nazwa?
-Tak, znałem Marka Schreeve’a od czasów gdy graliśmy wspólnie po raz pierwszy na evencie UK Electronica w Milton Keynes w 1983. Jednak nasze muzyczne ścieżki rozeszły się na jakiś czas. Gdzieś około 1997 zdecydowaliśmy się, że to dobry czas aby coś zrobić razem. Nie było specjalnych powodów – Mark eksperymentował ze swoim wielkim moogiem modułowym i rozpoczynał realizację materiału na pierwszy album Redshift. A ja zawsze uwielbiałem pracować z „modularami”, w tym czasie miałem większego Roland System 100M, na którym urodziła się płyta Octane, wypuszczona w mojej starej wytwórni Something Else Rec. w 1998. Doprawdy nie pamiętam dokładnie dlaczego wybraliśmy tę nazwę, ale chcieliśmy czegoś prostego i krótkiego, aby dobrze pasowało do każdego plakatu.
-Jak tak, dwie zdecydowanie wyraziste muzyczne osobowości(Mark raczej bliżej retro BS, a ty raczej współczesny, eksperymentujący), zdołały zharmonizować swoje artystyczne wizje? ARC brzmi bardziej jak Redshift czy Boddy, czy też jest to perfekcyjne połączenie?
-Myślę, że jest to bardzo zrównoważone, między naszymi stylami. W każdym razie każdy album ARC był podobny, nasza muzyka obejmowała pełny zasięg od BS Sequencing do bardziej progrockowych kawałków z perkusją. Aż do ciemniejszej odmiany ambient soundscapes. Raczej bliżej do Redshiftu, w porównaniu z moją solową twórczością. I gdy myślę o tej odmienności, to lubię taki stan rzeczy.
-Church to siódmy album ARC i 4 koncertowy. Czy czujecie się lepiej w studio czy live?
-To są dwa różne środowiska i trudno je porównywać. W studio masz czas aby nadać utworom porządany kształt, co na żywo nigdy się nie zdarzy. Obydwa sposoby dają nam sporo radości i skłaniamy się aby nagrywać w studio, jak live.

-Czy ARC skłania się bardziej ku improwizacji, czy też trzymacie się bardziej sztywnych konstrukcji w każdym utworze?
-I znowu dwie sprawy. Z technicznego punktu widzenia jest dość trudno odtworzyć live rzeczy nagrane w studio. Modulary to instrumenty pozbawione właściwe presetów i jeśli próbujesz się do czegoś zbliżyć, zawsze jakieś brzmienia się „przyklejają”. Skłaniam się więc do tego aby brać ze sobą co ważniejsze studyjne brzmienia, sample, loopy. Ableton Live w  moim laptopie dobrze się sprawdza. Mogę więc nad tym panować na koncercie i wysyłać Sync Signal do sekwencerów Marka, który może improwizować na żywo ponad tym wszystkim. To daje nam sporo swobody w kreowaniu szerokiego brzmienia koncertowego, ta elastyczność pozwala na przemyślane rozwijanie lub skracanie różnych zdarzeń w zależności od tego co chcemy uzyskać. To jest live situation.
-Dla Iana Boddy to już czwarta wizyta na kontynencie, jak przebiegały te solowe występy, jak Ci się grało samemu w stacji radiowej. Skąd czerpiesz energię i inspiracje do zagrania koncertu w pustym pokoju? Jaka była reakcja mediów i ludzi przy każdej z tych wizyt?
-Aktualnie to moja piąta wizyta – trzecia jako solista i jedna z Robertem Richem. Obserwuję przy każdej wizycie większe zainteresowanie, co mnie cieszy. Oczywiście grając solo, gram inaczej w sensie dynamiki a inaczej z partnerem. Pod wieloma względami gra solo jest bardziej stresująca, jest więcej do zrobienia w krótszym czasie. Trudno znaleźć czas aby usiąść spokojnie i rozkoszować się tym co robisz. Rzeczywiście ta gra w studio radiowym była trudna, bo to było naprawdę małe pomieszczenie. Ciężko wznieść się na poziom artyzmu, ale jeśli już dużo grasz i to w różnych warunkach, z czasem nabierasz tych umiejętności i to się dzieje samo. Potem przenieśliśmy się do trochę lepszego pomieszczenia, już z jakąś przestrzenią. I można było dać radiowy koncert z udziałem zaproszonych gości, którzy się bardzo angażowali w to wydarzenie.
-Grałeś też sam w kościele ST. Mary? Czy to nie było peszące, grać w sanktuarium, gdzie ludzie modlą się samotnie?
-Nie, wcale. To spore podniecenie i dawka adrenaliny, kiedy grasz naprzeciw ludzi, którzy pomagają ci w skupieniu się. Szczególnie pamiętam granie podczas trzeciego solowego koncertu, gdy wykonywałem utwory z Elemental – mojego solowego albumu. Gdy kończyłem pierwszy set tytułowym utworem z tymi bardzo obszernymi akordami, ten numer wiele dla mnie znaczy. I gdy grałem te akordy, spojrzałem w dół, między rzędami witraże rzucały wielobarwny cień, gdzieś daleko. Przez kilka chwil grałem i rozkoszowałem się tym witrażem. To było coś bardzo specjalnego, czego nigdy nie zapomnę.

-Dla ARC, Marka to pierwsza wizyta. Czy występy w duecie są bardziej uspokajające i stymulujące?
-Jak już wspomniałem, to inna dynamika, zarówno solo jak i w duecie można mieć różne wyzwania ale myśl o graniu na scenie z innym muzykiem jest doprawdy krzepiąca. Innym muzykiem, któremu ufasz i masz szacunek. Nie musisz robić czegoś cały czas. To miłe, gdy wszystko przebiega odpowiednio w czasie, a ty możesz sycić się atmosferą.
-Mam wrażenie, że EM to domena europejczyków, którzy są bardziej otwarci na różne muzyczne kultury. Co myślisz o rynku dla tej muzyki w USA i Kanadzie?
-Oczywiście istnieje tutaj rynek, główny problem w USA, to to, że wszystko jest daleko. W UK mamy małe odległości do przebycia, na koncert łatwo się zjechać, nawet z różnych części europy. W stanach to nie działa. To jest jakby kilka krajów połączonych i poszczególne sceny nie są jednolite. Ale jeśli grasz koncerty i w radio, to się lepiej sprzedajesz.
- Church został nagrany w kościele, Rise nagrany w studiach radia WXPN Filadelfia, każdy z tych koncertów jest zupełnie inny. Church jest ostry, pełen siły i zadziorności a Rise bardziej atmosferyczny, bardziej przestrzenny. Jak to oceniasz?
-W skrócie Church był bardziej strukturalny z tematami, chcieliśmy to przemieszać z sekcjami improwizowanymi i chcieliśmy aby to było śmiałe i wielkie, odpowiednie do otoczenia. Rise to całkowita improwizacja, zagrana w bardzo kameralnych warunkach, późno w nocy, więc chcieliśmy więcej eksperymentu i ciemniejszych brzmień. Myślę, że oba występy oddają te zamierzenia bardzo dobrze.
-Moim zdaniem Church jest zadziwiający, ponieważ przedstawia wspaniale, at once, tajemnicę i impulsywny charakter. To może być pokazanie paradoksów każdej z religii. Czy koncert w kościele ma jakieś znaczenie dla poziomu kompozycji i inspiracji?
- Nie musisz być religijny aby grać w kościele ;) Oczywiście piękny kościół, architektura, dziedzictwo kultury, wnoszą pewną atmosferę i sposób zachowania. Szczególnie publiczność odbiera w specyficzny sposób. Ale nie ma nic specjalnie religijnego w naszej muzyce, chociaż chcieliśmy zagrać w harmonii z atmosferą budowli. Na pewno zagrać kilka wspaniałych tematów, stąd skomponowaliśmy kilka wcześniej. One mogły być wykorzystane jako markery podczas występu, wokół których budowaliśmy muzyczną podróż. Jesteśmy też przekonani, że oglądający nasz koncert powinni mieć dobrą zabawę, światła i robienie wszystkiego aby przyczynić się do uczucia niezapomnianego wydarzenia.
-O ile tytułowy Church inspirowany „kosmicznymi” śpiewami gregoriańskimi, jest zgodny z tym co ARC robiło dotychczas, to Veil jest symptomatyczny, dość gwałtowny jak na miejsce modlitw. Czy możemy wnioskować,  że każdy tytuł odnosi się do innego aspektu sanktuarium?
-To jest twoja interpretacja, ale niekoniecznie są takie nasze intencje. Graliśmy ostro i dynamicznie, przy tego typu sprzęcie, łatwo przeciągnąć strunę i pójść za daleko. A to nie byłoby satysfakcjonujące dla nas, ani dla publiczności. Często gramy w kontrastach, więc w Veil chcieliśmy to delikatne intro i outro, przedzielone tym ostrym krótkim wybuchem przemocy. W pewnym sensie poruszamy się trochę w strukturach obecnych w formach muzyki klasycznej, które mają swoje tematy, dynamikę i dramaturgię. Kiedy wprowadzasz te elementy jest szansa osiągnięcia tego najważniejszego czynnika i tych emocji. Naprawdę chcemy przelewać te emocje dokładnie wtedy, kiedy gramy – to dla nas najważniejsza rzecz.

Koniec części pierwszej.
Interview by Sylvain Lupari