Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Aquavoice - Virus

Aquavoice (Tadeusz Łuczejko) - plastyk, realizator dźwięku i kompozytor z Gorlic, inicjator i wieloletni dyrektor festiwalu "Międzynarodowe Prezentacje Muzyczne 'Ambient' " odbywającego się w wymienionym mieście.
W swoim recenzerskiej działalności wielokrotnie byłem pozytywnie zaskakiwany tym, co potrafią stworzyć polscy artyści z kręgu szeroko (ale nie nazbyt szeroko) pojętej muzyki elektronicznej. Choć jestem raczej miłośnikiem brzmień w "berlińskich" klimatach, to nie stronię od innych odmian. Ambient ani mnie specjalnie przyciąga, ani odrzuca, więc kiedy jest tylko okazja (a moje podejrzenia co do dobrej jakości artystycznej materiału mocne), to sięgam (w miarę możliwości) po krążki z taką muzyką. Twórczość Aquavoice od samego początku w pewien sposób mnie intrygowała. Miałem pewne obawy czy kolejna płyta artysty - "Virus" mi się dostanie, bo krążek został wydany własnym sumptem przez kompozytora w liczbie... 20 egzemplarzy.

Aquavoice - Virus

Już na samym początku jesteśmy mile zaskakiwani prawie 30-minutową (najdłuższą na płycie) kompozycją "Riget" - minimalistyczną i rozbudowaną strukturą dźwiękową, oscylującą wokół klimatów a’la Eno, Rich. Przeplatany różnymi efektami i niewyraźnymi głosami utwór wydaje się przedstawiać jakąś bliżej nieokreśloną tajemnicę. Tajemnicę, którą z jednej strony mamy "podaną na tacy", z drugiej w żaden sposób nie można jej ostatecznie poznać. Po takiej uczcie następuje pora lekkiego wytchnienia w postaci dwóch o wiele krótszych kompozycji ("Vecordia" i "Flora") utrzymanych w zbliżonej stylistyce. Jest to swego rodzaju przygotowanie do tego, co następuje później w postaci "Legatusa". Utwór ten to sam "miód dla uszu" (przynajmniej dla mnie). Nadal stosunkowo niewiele dźwięków, pojawia się jednak hipnotyczny, powolny, wręcz "suchy" rytm, wzbogacony momentami jakimiś nieokreślonymi głosami. Powoduje to niesamowite wrażenie, szczególnie podczas słuchania w całkowitych ciemnościach. Może wydać się to dziwne, ale ta mechanistyczno-minimalistyczna rytmika udziela się całemu ciału, mimo że nie jest to w żaden sposób muzyka taneczna. Po takim przeżyciu utwór zamykający wydaje się nieco "płaski" i gdyby artysta go pominął, to płytka nic na tym by nie straciła.
Przy takich niecodziennych doznaniach martwi fakt mikroskopijnej wręcz ilości wypalonych przez kompozytora CD-Rów. Opakowanie może odstraszać (tektura, którą trudno nazwać nawet pudełkiem), ale w tym wypadku nie ma to większego znaczenia. Muzyka dla koneserów i niestety wybrańców, a szkoda.
Autor - CezAry