Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Klaus Schulze - Body Love

Tytuł tej płyty kojarzy się jednoznacznie. Jednakże w pierwszym odruchu odsuwałem od siebie myśl, że kolejny album Klausa Schulze może mieć jakiś związek z pięknym skądinąd aspektem miłości fizycznej i to związek bezpośredni. Jakież zatem zdziwienie wzbudza fakt, iż nie dość, że Body Love to materiał muzyczny wykorzystany w filmie o tematyce erotycznej, to jeszcze owo stwierdzenie jest dość eufemistyczne, bowiem film tak właśnie zatytułowany należy, krótko mówiąc, do gatunku pornograficznych. Czy jest to zwykły film tego pokroju? Cóż...na to pytanie niestety nie mogę w sposób jednoznaczny udzielić odpowiedzi. Jest bowiem rzeczą niezwykle trudną dotarcie do filmu pornograficznego z lat 70-tych, gdyż ten gatunek z natury cieszy się raczej efemerycznym żywotem na rynku. Niemniej pytanie to intrygowało mnie na tyle, że odpowiedzi postanowiłem poszukać u samego źródła. Niemalże, gdyż Klaus D. Mueller, bliski przyjaciel, wydawca i fan Klausa Schulze, zdaje się być 'drugim po Bogu' w KS-świecie. 


Klaus Schulze - Body Love




Tak więc powodowany niedosytem po przeczytaniu lakonicznego "the soundtrack for an excellent porno" na oficjalnej stronie KS'a posłużyłem się niewielkim podstępem (choć raczej potraktowałbym go w kategoriach żartu) w celu wywołania większego zainteresowania u adresata i wysłałem zapytanie do Klausa M. o okoliczności powstania tego albumu. W szczególności interesowała mnie motywacja KS'a. Pierwsza odpowiedź brzmiała równie lakonicznie co powyższe stwierdzenie. Nie dałem więc za wygraną i na nic nie wnoszące "becouse producing music is the proffesion of Klaus Schulze" postanowiłem odpowiedzieć bardziej zaczepnie. Poniekąd się opłaciło, bowiem KDM zdołał wyrzucić z siebie coś więcej, niż tylko informację, którą każdy mógł sobie sam wydumać. I tak na moje stwierdzenie, że dziwi mnie udział nieprzeciętnego artysty w tak pospolitym przedsięwzięciu (oczywiście jego celem było wywołanie choć cienia emocji i większego zaangażowania u korespondenta; jednakowoż intuicja podpowiadała mi, że to nie do końca prawda) otrzymałem odpowiedź, cyt. "In fact you are the first who called this movie (that you probably never saw?) "doubtly artistical". It isn't. Lasse Braun was a sensational quality director in this genre; he was revolutionary in the seventies". Tym samym potwierdziły się moje przypuszczenia o walorach artystycznych tego filmu a także (musze przyznać z lekkim rumieńcem) wzrosła ochota na jego obejrzenie. Ciekawe czy kiedyś uda mi się dotrzeć do tego rarytasa..Co do samej muzyki to bynajmniej nie odbiega ona specjalnie od stylu, jaki KS prezentował w owym czasie. Ba, niektórzy nawet uznają tą płytę za jedną z lepszych w dorobku artysty w latach 70-tych. I trudno się z tym nie zgodzić, choć był to okres w którym Klaus po prostu nie miał słabych wydawnictw. Po fantastycznym, nagrodzonym zresztą, Timewind pojawił się rewelacyjny Moondawn. Smakowity romans z 'el-muzyką o zabarwieniu erotycznym' przygotował słuchaczy na zupełnie niesamowity album, zatytułowany Mirage. A zaraz później przyszedł czas na wiekopomne dzieło X, z którego w latach 90-tych prawdopodobnie narodziło się archiwum. Są to tytuły, które po dziś dzień elektryzują wszystkich fanów el-muzyki i stawiają Klausa Schulze wysoko ponad resztą wykonawców tego gatunku.
  Na Body Love mamy raptem trzy utwory (to i tak o jeden więcej niż na poprzednich trzech płytach artysty) - dwa krótsze oraz jeden zajmujący połowę czarnego krążka. Podróż w krainę cielesnych rozkoszy rozpoczyna utwór zatytułowany Stardancer. Już sam tytuł 'kosmicznie' odbiega od tematyki filmu, choć jeśli jest to faktycznie dzieło artystyczne, to wiele metaforycznych skojarzeń nasuwa się tutaj od razu. Rozpoczyna się delikatnie, syntezatorowym 'migotaniem' i odległymi 'grzmotami' spotęgowanymi wielokrotnym echem, które narastając tworzą wraz z chóralnym podkładem niesamowity nastrój. Z niego rychło wyłania się 'berlińska' sekwencja. Na jej tle, w piątej minucie utworu, rozpoczyna się solówka Klausa, która trwa do jego samiutkiego końca, czyli mniej więcej do 13 minuty i 30 sekundy. Wciąż, niezmiennie KS czaruje na swoim syntezatorze, choć porusza się w obrębie podobnych fraz. Ma to jednakże dodatkowy walor hipnotyczny - ciągnący się w nieskończoność ten sam motyw, grany na różne sposoby, spontanicznie. Zresztą, jak to bywa zwykle w przypadku muzyki Klausa, element transowości jest nieodzowny i momentami wręcz decyduje o wartości jego muzyki. Im głębiej słuchacz jest w stanie się zrelaksować i 'odpłynąć' przy niej, tym większe wrażenie może ona na nim wywrzeć. I oprócz bogatego i zmiennego tła, 'ewoluującej' sekwencji, dynamicznej solówki, bardzo ważną rolę odgrywa rytmika i tempo. W Gwiezdnym Tancerzu perkusja do złudzenia przypomina żywą, i być może właśnie gra na niej Harald Grosskopf, który (już na pewno) pojawia się w ostatnim utworze. Kolejna kompozycja, nieco krótsza od poprzedniczki, zatytułowana jest Blanche i stanowi swego rodzaju oddech pomiędzy utrzymanymi w szybkim tempie towarzyszkami. Na początku słychać piękne brzmienie fortepianu, subtelnie uzupełnionego odgłosami syntezatorowego wiatru i migotania. Następnie struktura utworu przybiera bardziej konkretny kształt, pojawia się bowiem delikatna sekwencja, choć dość rozmyta i 'przykryta' resztą dźwięków. Na pierwszy plan ponownie wyłania się solo, które znów prowadzi słuchacza przez tę mistyczną krainę wyczarowaną przez KS'a aż do samego końca. Utwór nieco przypomina atmosferę płyty Moondawn. Konia z rzędem temu, kto potrafi, słuchając tej muzyki, wyobrazić sobie coś, co będzie miało jakiś związek z produkcjami pornograficznymi. Dla ułatwienia dodam, że słówko blanche to prawdopodobnie pochodna angielskiego blanch, co znaczy tyle, co wyblakły czy tracący kolor. Jeśli już mowa o tytułach to zapewne sporą zagadką dla niewtajemniczonych jest skrót P.T.O., który skrywa znaczenie tytułu ostatniego utworu na płycie Body Love. Niestety rozwiązanie tego sekretu okazuje się dość pospolite, bowiem oznacza on po prostu 'Please Turn Over' co stanowi dla użytkownika czarnej płyty (jedynie) sugestię, by rozpoczął ponowne jej przesłuchanie od początku. Niestety w odtwarzaczach CD nie ma co przewracać na drugą stronę (na upartego można by odwrócić cały odtwarzacz, ale zapewniam, że nie będzie miało to wpływu na polepszenie efektu ze słuchania muzyki). Sam utwór jest najbardziej transowy (jeden z bardziej hipnotycznych w całym dorobku KS'a z lat 70-ych) na płycie, a to głównie za sprawą tym razem mocno wyeksponowanej sekwencji. Rozpoczynają go eteryczne dźwięki syntezatorów o chóralno-smyczkowym brzmieniu z towarzyszeniem znanego już 'migotania' bądź 'świergotu'. Po chwili słychać powolne solo, przywołujące na myśl utwory Tangerine Dream z nieco późniejszego okresu i dość szybko wyłania się wspomniana sekwencja, mocno akcentując każdy dźwięk basowym brzmieniem. Zaraz dołącza do niej identyczna, zagrana w wyższej tonacji i wspólnie będą niemalże do końca towarzyszyć nam w tej mentalnej podróży, raz to wznosząc się na wyższe partie skali, raz to opadając. Ten charakterystyczny efekt 'falowania' sekwencji jest również wyróżniającym elementem muzyki Klausa Schulze. Trzeba jednak przyznać, że momenty wznoszenia i opadania wybiera on z fachowością znawcy i badacza fal mózgowych człowieka. Dzięki temu P.T.O. od razu porywa i wprowadza umysł w stan błogiego dryfowania po bezmiarach dźwięków. Wydatnie pomaga w tym niezwykle intuicyjna gra Haralda Grosskopf'a na perkusji. I tu nie mam wątpliwości, że odwzorowanie takiej muzycznej wyobraźni na syntezatorach, zabrałoby Klausowi zdecydowanie więcej czasu i wysiłku (o ile wogóle byłoby możliwe) niż nagranie tego utworu wspólnie z drugim muzykiem. Nie brakuje w nim oczywiście również licznych solówek Klausa, tym razem poprzeplatanych ze sobą, wyłaniających się z hipnotycznego odmętu i ginących w nim bez śladu. Dodatkowo ich tonacja ulega zmianie a brzmienie poddawane jest nieustającej modulacji. Całość tworzy wrażenie misternie utkanej mozaiki na wzór skomplikowanego wzoru połączeń neuronowych w mózgu. Szybkie tempo nie daje odsapnąć, efekt rozdźwięku przewodniej sekwencji, solówek i pozostałych elementów, użyty celowo, powoduje dodatkowe wrażenie procesu przenikania mentalności do świata muzyki i odwrotnie. Jednakże w żadnym momencie tej intensywnej podróży nie czuję się znużony bądź zmęczony. Wręcz przeciwnie - nie mam nic na przeciwko takim właśnie psychonautycznym przygodom. 
Pod koniec autor pozostawia słuchaczowi sporo czasu na powolne wyjście ze stanu głębokiego transu, w który kompozycja P.T.O. może wprowadzić co bardziej podatne umysły. I w tym akurat przypadku ostatnie minuty ukojenia są bardzo potrzebne, gdyż efekt raptownego zakończenia intensywnie prowadzonej sekwencji przez cały utwór, może wywołać uczucie gwałtownego 'wystrzelenia' naszego mózgu w próżnię. I tak, do ostatnich sekund trwania płyty Body Love, dryfujemy wolno, łagodnie opadając na łono świata rzeczywistego...
PS. Istnieją przynajmniej dwie wersje okładki do tej płyty. Pierwsza z nich jest mocno tendencyjna i przedstawia porno-grupę w zbiorowym zdjęciu, prawdopodobnie na planie filmu (oczywiście z dodatkiem niezbyt pikantnej nagości). Druga jest bardziej artystyczna (obecnie chyba jedyna dostępna) i przedstawia ledwie wyraźny kontur nagiej kobiety na kredowo białym tle. 
ocena: 
całość: 8,5 - 9/10
P.T.O.: 10/10
Autor - Psychonauta
Gomah


Stardancer P.1


Esflores speaking; Strasznie bolesne są te nagłe zerwania, przy powyższych fragmentach, a więc dzisiaj wieczór a może i noc, przecież jest vol.2 - Klaus Schulze Body Love ;)