Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Oliver Shanti - Well Balanced

Tę płytę przywiozłem jako 'trofeum' z krótkiej wyprawy do Wiednia. Przyznam, że samym artystą zainteresowałem się pod wpływem opinii mojego redakcyjnego kolegi, niewątpliwego eksperta w dziedzinie muzyki szeroko rozumianej jako New Age i oczywiście człowieka o daleko większej znajomości tematu ode mnie. Tak więc zainspirowany bardzo entuzjastycznymi, acz dość ogólnikowymi rekomendacjami, sięgnąłem do bliższego kręgu swoich znajomości i owocem tych krótkich poszukiwań była płyta Olivera Shantiego, nagrana na nieopisanej taśmie magnetofonowej, której tytuł zidentyfikował dopiero mój inspirator. Tą płytą okazała się być Tai Chi Too. Zanim jednak wszedłem w posiadanie jej kompaktowej wersji zdążyłem wybrać się do Wiednia.

Oliver Shanti - Well Balanced




Nazwisko Olivera Shantiego chyba nie zyskało zbyt dużej popularności nawet w kręgach new age, tym większe było moje zdziwienie widząc w jednym z większych muzycznych sklepów Wiednia dość wyeksponowaną promocję jego nowego (wówczas) albumu, pt. Medicine Power (n.b. tematycznie bardzo zbliżoną do Well Balanced). Moją uwagę jednak przede wszystkim przyciągnął tytuł Well Balanced i to zarówno z powodu wcześniejszych rekomendacji jak i za sprawą bardzo kolorowej, bajecznej okładki. Takie było pierwsze wrażenie, bowiem po bliższych oględzinach stwierdziłem, że okładka jest tyleż kolorowa, co kiczowata. Teraz jednak ze zdziwieniem zauważam, że ten typ kiczowatości nie wzbudza we wmnie jakiś negatywnych odczuć. Z lewego górnego rogu okładki uśmiecha się do mnie czarnobiałe zdjęcie młodziutkiego indianina, który swoją niewieścią aparycją i bardzo rozmażonym wzrokiem sprawia dość infantylne wrażenie. Niebezpiecznie nasuwa się podejrzenie, że muzyka kryjąca się za tą okładką będzie równie infantylna i tym samym zaadresowana głównie do młodszej części wielbicieli Shantiego. Dopiero po przeczytaniu tekstów wewnątrz okładki można się domyśleć, że na owym zdjęciu widnieje niebylejaki czerwonoskóry, lecz prawdopodobnie sam wódz Biały Niedźwiedź (oczywiście z czasów swojej wczesnej młodości) - bliski przyjaciel Olivera i jednocześnie współtwórca tego albumu. Poza zdjęciem górną połowę okładki wypełnia zachód słońca nad amerykańską prerią z jej fantastycznymi kształtami gór, a na dole widać wigwamy rozbite w otoczeniu peknej, zielonej równiny, nad brzegiem jeziorka, w którego tafli odbijają się aż nazbyt kiczowate gwiazdeczki. Przed namiotami, jak to bywa w indiańskim zwyczaju, czterech indian zasiadło po turecku i pali fajkę (jedną). I może nie byłoby w tym nic godnego komentarza, gdyby nie fakt, że na płótnie wigwamu, przed którym siedzą, wymalowany jest wyraźny, zielony liść konopii indyjskiej. Ciekawe czym zatem nabita została fajka? W prawym dolnym rogu okładki leży zwierz, przypominający białego bizona a nad wszystkim unosi się biały cień przelatującego orła. Oczywiście sama okładka jeszcze nie wpłynęła ostatecznie na moja decyzję kupna, tym bardziej, że cena płyty skutecznie kazała zachować zimną krew w tym temacie. Dopiero po pobieżnym odsłuchaniu muzyki zdecydowałem się na ten spory wydatek (który tak na marginesie poczyniłem dopiero nazajutrz). Niemniej podjąłem tą decyzję ze świadomością, że taka płyta zdecydowanie nadałaby kolorytu mojej płytotece. Nie ma bowiem w niej zbyt dużo muzyki, która moim zdaniem bardzo bliska jest temu, co tak naprawdę charateryzuje nurt New Age (bliższa przynajmniej od wszelkiego rodzaju muzyki stricte elektronicznej). Tak więc poczynając od całego arsenału instrumentów indiańskich i inno-kulturowych (tradycyjna indiańska perkusja, grzechotki, dzwoneczki przyczepiane do nóg, mongolskie skrzypce), poprzez sztab ludzi zaangażowanych w procesie nagrywania muzyki (w tym wspomniany wódz Biały Niedźwiedź, Dziki Biały Orzeł, Kobieta z Lotu Smoka) aż do charakterystycznych indiańskich rytmów i zaśpiewów oraz melorecytacji - to wszystko stanowi o bogactwie płyty Well Balanced. Trudno oceniać mi samą muzykę, gdyż, jak się rzekło, nie należę do znawców tego gatunku. Lecz jedno od razu rzuca się w uszy - jakość tej muzyki w niczym nie przypomina kiczowatej okładki. Słychać, że jest to produkcja wysokiej próby - dopracowana i dopieszczona pod każdym względem. Dużo na niej różnych smaczków, elementów wzbogacających i nadających bardzo indywidualny charakter. Świetnie słucha się tej muzyki i radzę przysłuchiwać się jej uważnie (najlepiej na słuchawkach), gdyż dopiero wtedy można odkryć całe jej piękno. Bez tej koncentracji na dźwiękach sama muzyka może zdać się dość jednorodna. To zresztą chyba najistotniejsza jej wada. Płyta jest bowiem bardzo równa - trudno znaleźć na niej jakiś zdecydowanie słabszy moment. Niestety nie ma tu również większych wzlotów. Na mnie od początku największe wrażenie robił utwór, lakonicznie zatytułowany Heya Heya. Szybki rytm wybijany przez bęben i grzechotki wprowadzają w trans. Melorecytacja i prosty zaśpiew indiański oraz akompaniament żeńskich głosów sprawia wrażenie, jakby utwór rozkręcał się w nieskończoność. Do tego dochodzi piękna, melodyjna wokaliza kobieca w ramach 'refrenu'. Szkoda tylko, że utwór jedynie sprawia wrażenie jakby miał się rozwinąć, a tak naprawdę nic już wielkiego się w nim nie dzieje. Taki zresztą urok większości utworów na tej płycie, tzn. mają przewidywalne struktury, czasem w oparciu o schemat zwrotka-refren-zwrotka (Fight Without Fear, Shaman, Four Circles Of Life) przy czym oczywiście jest to bardzo luźna interpretacja, zważywszy chociażby na fakt, że utworów ze śpiewanym tekstem jest niewiele (Four Circles Of Life, Shaman, Amitabha). Niemniej bardzo żałuję, że nie ma tutaj muzyki spod znaku mroczniejszej odmiany szamańskiego transu. Na pewno bardziej zrównoważyło by to płytę Well Balanced (moze do stanu The Most Balanced?), dodałoby jej jeszcze więcej kolorytu a przede wszystkim odmiany, która jest jej potrzebna. Wprawdzie utwory Heya Heya czy Medicine's Man's Other Room przydają odrobiny pikanterii do tej raczej pogodnej muzyki, ale moim zdaniem to za mało. Przydałaby się tutaj dłuższa kompozycja, która jednocześnie wprowadzając w szamański trans uspokoiła by nieco tempo całej płyty i wprowadziła element niesamowitości czy też nawet grozy. Choć dziwnie brzmiący w tym towarzystwie Wilderness zdaje się nawiązywać do tego klimatu, to akurat jest to utwór najmniej pasujący do reszty - najbardziej elektroniczny. Ostre brzmienia (jak na tą płytę) szybkiej perkusji i efekty burzy w tle oraz wycia wilków bądź psów nadają mu 'nawiedzony' charakter. Tak się składa, że w czasie drogi powrotnej z Wiednia, kiedy to mknęliśmy ciemnymi, krętymi drogami Słowacji, wśród zalesionych wzgórz - to właśnie on robił na nas największe wrażenie. Świetnie zresztą pasował do atmosfery tego odcinka podróży. Rozumiem jednak, że muzyka, której mi brakuje na płycie Well Balanced nie pasowałaby do niej ideologicznie. Bowiem trzeba wiedzieć, że zarówno Oliver Shanti jak i wódz Biały Niedźwiedź to orędownicy pokoju na świecie, a ich wizja związana jest z utrzymaniem wewnętrznej równowagi, która ma zdolności lecznicze. Nie można jej więc zakłócać mroczniejszymi wpływami...
 Szczególną uwagę zwracają jeszcze trzy utwory na płycie Well Balanced: tytułowy, Axtu Leman Sumix Sacred Mountain oraz Amitabha. Pierwszy, bowiem jest to jeden z lepszych utworów na płycie. Utrzymany raczej w spokojnym i miarowym tempie, o ładnej melodii i ciekawych partiach gitar oraz skrzypiec. To najdłuższy fragment na płycie, ale słuchając go wogóle nie ma się takiego wrażenia. Wręcz przeciwnie - mógłby tak sobie grać i grać... Drugi z wymienionych to również bardzo sympatyczna pieśń, z tymże partie skrzypiec nadają mu bardziej patetyczny nastrój a grana przez nie melodia jako żywo przypomina temat z płyty Tai Chi Too. Jeśli dodać do tego jeszcze tytuł trzeciego - Amitabha - pojawiający się również na wspomnianej płycie, oraz fakt, że Tai Chi Too jest kontynuacją płyty Tai Chi Too, to można odnieść wrażenie, że Oliver Shanti upodobał sobie pewne motywy w swojej twórczości i „przemyca” je na swoich kolejnych płytach. Oczywiście tak długo, jak długo robi to gustownie, ze smakiem, jedynie interpretując a nie nachalnie przegrywając, w żaden sposób mi to nie przeszkadza. Ciekawe jest to, że w utworze Amitabha wyraźnie słychać wpływy Vangelisa z okresu 1492 - Conquest Of Paradise - krótkie, sylabizowane, chóralne zaśpiewy momentami do złudzenia przypominają pierwszą część Raju. Ale dalej jest jeszcze ciekawiej, bowiem pojawia się ni stąd, ni z owąd solówka zagrana na...saksofonie. Zdawałoby się, że instrument ten nijak nie wkomponuje się w indiański klimat - a jednak...
 Oliver Shanti, wzorem gospodarza (płyta podpisana jest: Oliver Shanti & friends) wymieniony został jako ostatni, wśród 'udziałowców'. Jak można się było domyślić, gra na instrumentach klawiszowych (pianino, syntezatory) oraz (niespodzianka!) śpiewa. Sam Biały Niedźwiedź poza tym, że śpiewa i gra na perkusji w większości utworów, ma też swój szczególny 'kącik' na płycie Well Balanced. Jest nim kompozycja zatytułowana Chief White Bears Trance Dance.W istocie bardzo pogodny i 'zrównoważony' to trans, czego życzyć chyba należałoby wszystkim wodzom indiańskim (i nie tylko). Mamy też polski udział we współtworzeniu tego dzieła. A dokładniej ma go Wojciech Czemplik, grając na skrzypcach tradycyjnych i tych nowej generacji.W całym tym dość infantylnym (bo chyba nierealnym) choć pięknym podejściu do rzeczywistości, prezentowanym przez Olivera i jego indiańskich przyjaciół, jedna rzecz naprawdę ujmuje za serce. Wewnątrz okładki można bowiem przeczytać indiańskie powiedzenie, które brzmi mniej więcej tak:


"Pokój to nie tylko przeciwieństwo wojny. To nie tylko krótka chwila pomiędzy jedną wojną a drugą. Pokój to coś więcej. Pokój trwa wtedy, kiedy postępujemy słusznie, i kiedy istnieje sprawiedliwość wśród wszystkich ludzi i narodów."
Jakże to proste i jakże...niewyobrażalne.
ocena: 6,5-7/10
Autor - Psychonauta
Gomah