Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Biosphere - Substrata

Zdaje się, że ten tytuł zyskał już spore uznanie wśród miłośników muzyki ambient i nie tylko. Byłem mocno zaskoczony, kiedy błąkając się po internecie natrafiłem na jakieś zestawienie najlepszych płyt z tą muzyką, w którym Substrata zajmowała bardzo wysokie, drugie miejsce. Tuż po płycie samego mistrza - Briana Eno. Nie przypuszczałem, że Biosphere jest już tak dobrze znany słuchaczom. Ale w końcu pod tą nazwą Geir Jensen tworzy nie od wczoraj. Ma już na swoim koncie ponad 10 płyt, można więc uznać, że artysta mocno ugruntował swoją pozycję na polu muzyki ambient. A dokładniej jest on jednym z prekursorów tzw. techno-ambient, choć z biegiem czasu bardziej zbliżał się do tego drugiego bieguna. A właśnie - nomen omen sam Jensen pochodzi i mieszka w Norwegii, ponoć już za kołem podbiegunowym. Jeśli więc zastanawialiście się, dlaczego z muzyki Biosphere wieje chłodem - to może być wskazówka.

Biosphere  - Substrata

Dość ciekawą drogę, w sensie muzycznym, przebył Geir Jensen. W latach 80-tych bowiem był członkiem zespołu Bel Canto. Pod tą nazwą powstawały płyty piękne, choć zupełnie odmienne od klimatu muzyki Biosfery (np. Whiteout Conditions, Birds Of Passage, Shimmering Warm And Bright - choć ta powstała już bez udziału Geira). Jednak w Bel Canto (jak mogłoby być inaczej?) najważniejszą osobą była wokalistka, obdarzona przepięknym głosem - Anelli Drecker. Na początku lat dziewięćdziesiątych Jensen postanowił założyć swój własny projekt, który nazwał Biosphere. Jego pierwsza płyta zachwyciła niejakiego Petera Namlooka, który w owym czasie wyszukiwał do swojej wtwórni FAX zespoły grające oryginalną elektronikę. To dzięki niemu Biosphere tak szybko miał szanse zaistnieć dla szerszej publiczności. Choć pierwsze dwie płyty (Microgravity i Patashnik) nigdy nie wzbudziły mojego uznania, to właśnie one są klasycznym przykładem stylu nazwanego techno-ambient. Lecz, jak pisałem wcześniej, Geir Jensen powoli acz systematycznie przesuwał się od techno w kierunku niezwykle zimnego i mrocznego ambientu...
Substrata była swego rodzaju punktem zwrotnym na tej drodze. Kolejne płyty powstałe po niej, tj. Nordheim Transformed, Birmingham Sequences czy Cirque, nie proponowały już tak głębokiej, ambientowej muzyki. To płyta niezwykła pod kilkoma względami. Ma niesamowity klimat, który ciężko opisać. Utwory są łączone i płynnie przechodzą jeden w drugi, dzięki czemu przy słuchaniu ma się wrażenie, jakby tę fantastyczną opowieść snuła nasza podświadomość. Właśnie 'podświadomość' - to słowo najlepiej służy przy próbie opisania tej muzyki. Zresztą tytuł płyty jakby nawiązuje do tej 'funkcji' naszego mózgu - substrata jako druga, spodnia warstwa. Wiele się dzieje w tej muzyce, choć jest to jedna ze spokojniejszych płyt jakie znam. I, co ciekawe, niezwykle relaksująco działa na mój umysł. Odprężam się przy niej szybciej i skuteczniej niż przy innych płytach, których muzyka teoretycznie bardziej się do tego nadaje. Teoretycznie, bowiem, wbrew powyższemu, Substrata nie niesie ze sobą li tylko spokoju i ukojenia. Momentami może nawet wzbudzać niepokój. Wszystko to związane jest właśnie z podświadomością słuchacza, i z tym, jak na nią działają różne sample zastosowane przez Geira Jensena. A jest w czym wybierać. Możemy tu usłyszeć różne odgłosy, m.in. wiatru, kapiącej wody, stukotów, szumu deszczu, odległych grzmotów czy wreszcie trudne do opisania dźwięki niskich wibracji, buczenia bądź innych, niepokojących efektów (m.in. w As the sun kissed the horizon, Chukhung, The things I tell you czy Uva-Ursi). Słychać również sporo sekwencji mówionych (cytaty z filmów?) w tym zupełnie niesamowitą opowieść w Hyperborei, która sprawia na mnie wrażenie, jakbym właśnie doznawał reminiscencji po oglądanym odcinku "Archiwum X". Przy czym nie ma mowy o kiczowatym efekciarstwie - oprawa muzyczna stwarza klimat tajemnicy, która sięga głębokich sfer naszej pod/nadświadomości. Z kolei teksty w utworze zatytułowanym Kobresia mówione są po rosyjsku, przez co przywodzą mi na myśl dawne kino radzieckie (nieodwołalnie w takich przypadkach nasuwają mi się skojarzenia z filmami A. Tarkowskiego, w szczególności ze Stalkerem). Jest również na Substracie piosenka, można powiedzieć. W utworze Times when I know you be sad słychać bowiem tytuł wyśpiewywany w kółko przez jakiś męski głos. Brzmi to dość dziwnie, przyznam, szczegónie w kontekście innych utworów na tej płycie. Zresztą całość nie jest zwyczajną piosenką - to bardziej coś w rodzaju mantry. Wszystkie te smaczki zostały przez Geira Jensena wymieszane i podane z wprawą wytrawnego kucharza. To bardzo dopracowana płyta, choć mam wrażenie, że mogłaby być jeszcze lepsza. Po wprost rewelacyjnym początku jej 'tempo' troszeczkę jakby opada. Kolejne muzyczne obrazy przewijają się przez umysł bardzo leniwie, co wprawia mnie w stan jakby letargu zimowego. To uczucie może być bardzo odprężające, brakuje mi jednak więcej utworów w stylu Chukhung bądź The things I tell you, które podkreśliłyby głębię tajemnicy tej muzyki. Ale nie ma na co narzekać. Jeśli tylko 'złapie się' odpowiedni nastrój na podobny stan letargu, jego efekt może być bardzo pożyteczny dla organizmu. Wszystkie zszargane nerwy mają wtedy sporą szansę na uspokojenie i regeneracje. Poza tym Substrata jest za każdym razem niezgłębiona, nie do końca poznana. I myślę, że taka pozostanie, póki wycieczki w naszą podświadomość będą dla nas przeżyciem pełnym nieziemskiej tajemnicy...
ocena: 7-8/10
Autor - Psychonauta