Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Ośmiu dwudziestowiecznych kompozytorów dla normalnych ludzi.


Dwudziestowieczna muzyka poważna jest fajna, bo jest dwudziestowieczna. To znaczy, jest nam bliska kulturowo – nie komponowali jej goście w srebrnych perukach, tylko ludzie, którzy znali takie nowoczesne pojęcia, jak radio, samochód, samolot albo czołg. W każdym razie, jest to muzyka, w której łatwo się odnaleźć, a nie jakieś pitu-pitu napisane dla któregoś tam króla.
Niestety, co niektórzy kompozytorzy zeszłego wieku uznali, że muzyka powinna być oderwana od takich przyziemnych spraw jak melodia i ogólna „nadawalność do słuchania”. Eksperymentatorom nie udało się wprawdzie zrobić zbyt wiele dobrych dzieł, ale zepsucie reputacji dwudziestowiecznej muzyki poważnej poszło im całkiem nieźle. W powszechnym mniemaniu, muzyka klasyczna dwudziestego wieku (oraz 
współczesna) to więc „hałas”, „kakofonia” (por. dodekafonia),  „syf”.



Tytułowa lista ma na celu z dnia na dzień zmienić to przekonanie. Tych ośmiu panów zdecydowanie nadaje się słuchania. Żeby nie było wątpliwości co do dwudziestowieczności kompozytorów, ograniczyłem się do twórców urodzonych po roku 1880. Aby zaś była bardziej przydatna społecznie, kompozytorzy są wymienieni w kolejności od najbardziej przystępnego, do najbardziej wymagającego. Linki prowadzą do wyników (czasem odpowiednio podrasowanego) wyszukiwania na YouTube.
1. Sergiusz Prokofiew (Rosja/Francja/ZSRR, 1891 – 1953) To właśnie ten „najbardziej przystępny”. Powszechnie znany jest jako autor bajki muzycznej Piotruś i wilk, ale to tylko czubek góry lodowej. Na początek polecam II suitę z baletu Romeo i Julia (albo cały balet), krótką i przebojową Symfonię klasyczną oraz, jeśli ktoś lubi, jak Rosjanie śpiewają chórem, soundtrack do filmu Aleksander Newski. Aha, jeszcze suita Porucznik Kiże – Sting to samplował.
2. Aaron Copland (USA, 1900 – 1990) Chciał tworzyć  muzykę dla zwykłego człowieka, stąd jego Fanfare for the Common Man. Najlepiej wyszedł mu prawdziwie amerykański balet Appalachian Spring i jeszcze bardziej amerykańskie Rodeo. Zainteresowanym amerykańską muzyką polecam jeszcze Samuela Barbera (tego odAdagio for Strings) i Leonarda Bernsteina (tego od West Side Story).
3. Arvo Pärt (ZSRR/Austria/Niemcy, ur. 1935) Ten brodaty Estończyk jest zadziwiająco popularny wśród osób, które klasyki raczej nie słuchają. Za ładnymi tytułami (FratresTabula rasa,Spiegel im Spiegel) kryją się ładne utwory. Okej, więcej niż ładne. We współczesnej muzyce raczej bezkonkurencyjny (choć taka III symfonia Góreckiego i niektóre rzeczy Johna Adamsa też dobre).
4. Dymitr Szostakowicz (ZSRR, 1906-1975) Ponurak, ale za to jaki ponurak! Posłuchajcie jego V symfonii (ewentualnie jeszcze kilku następnych, tak do nr 10). I jeszcze III kwartetu smyczkowego (w ogóle pierwszych trzech kwartetów, i jeszcze ósmego, albo właściwie wszystkich 15). Albo I koncertu wiolonczelowego. Albo Suit jazzowych i obu koncertów fortepianowych, jak już się znudzi ta ponurość.
5. Karol Szymanowski (Polska, 1882-1937) Cudze chwalicie, swoje u płotu, czy jakoś tak. Jego polskojęzyczne Stabat Materpodoba się nawet zagranicznym, co jak wiadomo, ceni się u nas najbardziej. Dobra jest też III symfonia „Pieśń o nocy”I koncert skrzypcowy oraz koncert fortepianowy, dla niepoznaki nazwany IV symfonią. Ludowe motywy w tajemniczej oprawie, czyli Młoda Polska na całego.
6. Benjamin Britten (Wielka Brytania, 1913-1976) Warto znać angielski, bo Britten pisał głównie ze śpiewem. Powszechnie chwalona jest Serenade for Tenor, Horn and Strings, a moim faworytem jest sielankowa Spring Symphony. Podobno świetne są opery, których jeszcze  nie znam, ale mogę polecić Sea Interludes, czyli orkiestrowe miniatury z najbardziej znanej, p.t. Peter Grimes. Jeszcze jedno – wszyscy fani Jeffa Buckleya mimowolnie słuchają Brittena  (Corpus Christi Carol).
7. Igor Strawiński (Rosja/Francja/USA, 1882-1971) Najbardziej znany jest z baletu Święto wiosny i rozróby, która wybuchła na jego premierze. Teraz utwór nie brzmi tak wstrząsająco, choć i tak lepiej posłuchać wcześniej suity z Ptaka ognistego na rozgrzewkę. Ze Strawińskim należy uważać, nie przypadkiem jest tak nisko na liście układanej według przystępności. Warto popróbować jego neoklasycznych, kameralnych dzieł, zaczynając od Symfonii na instrumenty dęte drewniane.
8. Béla Bartók (Austro-Węgry/Węgry/USA, 1881-1945) Pionier profesjonalnego podejścia do badania folkloru oraz profesjonalnego podejścia do straszenia słuchaczy (patrz: Muzyka na smyczki, czelestę i perkusję). Na początek doradziłbym coś nieco mniej strasznego, np. jego arcydzieło Koncert na orkiestrę, albo w ogóle niestrasznego, np. Tańce rumuńskie. Podobno kwartety smyczkowe Bartóka są niezłe, ale nie ręczę, bo sam jeszcze nawet nie wiem, od którego (z sześciu) zacząć.
plecotus_auritus_ras
No, to tyle ode mnie. Jeśli macie jakieś przemyślenia mniej więcej na temat, albo chcecie pomóc w rozszerzeniu listy, to zapraszam do komentowania.


Autor - Przemysław Jaślan
Placówka postępu

PROKOFIEV - Romeo & Juliet - Ballet

Arron Copland - Hoedown

Arvo Pärt - Spiegel im Spiegel (Steadicam)

The Gadfly by Shostakovich (best version)

Król Roger - Karol Szymanowski - A...! Roksana! Jej śpiew!

Jeff Buckley - Corpus Christi Carol (B. Britten)

Igor Stravinsky - Symphony in C with Erte illustrations

Bela Bartok: Romanian Folk Dances

http://www.classical.net/