Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Klaus Schulze - ...Live...

W latach 70-tych Klaus Schulze zdecydowanie sprzeciwiał się wydawnictwom typu 'live'. Jego zdaniem ówczesna technika nie była w stanie zapewnić odpowiedniego poziomu nagraniom zarejestrowanym na  koncertach. A Klaus doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak ważna jest jakość jego nagrań dla pełnego  odbioru muzyki tego rodzaju. Niewątpliwie miał w tym względzie rację i choć, ku rozpaczy jego zagorzałych wielbicieli, dysponował całą masą fantastycznego materiału zarejestrowanego na żywo, długo wstrzymywał się z decyzją wydania tej płyty. Aż w końcu Klaus się przełamał. Decyzja zapadła i w ten sposób ujrzała światło dzienne płyta zatytułowana, bez większych dywagacji, po prostu ...Live... - miało to być pierwsze i zarazem ostatnie wydawnictwo z nagraniami koncertowymi (tak zapewniał Klaus na okładce czarnego krążka). Jak bardzo zabawnie brzmi z perspektywy czasu to oświadczenie wiedzą już nie tylko najbardziej zagorzali wielbiciele twórczości KS. W latach dziewięćdziesiątych bowiem nastąpiła 'powodź'. W związku z nowymi możliwościami, jakie niosła z sobą technologia cyfrowa, zalani zostaliśmy taką ilością przeróżnych materiałów z koncertów Klausa od lat 70-tych przez 80-te aż po 90-te, że powoli rola wielbiciela muzyki KS stawała się wybitnie nie do pozazdroszczenia, pod względem finansowym. Kolejne edycje, a także ostanie wydawnictwa "Contemporary Works" i koncert w Osnabruck'u mogą 'wysuszyć' najpełniejsze nawet kieszenie.

Klaus Schulze  - ...Live...

My jednak cofamy się na razie do tego przełomowego momentu, jakim było wydanie tej niezwykłej, pod każdym względem, płyty ...Live... . Dlaczego? Powodów jest kilka. Jednym z nich, ale bynajmniej nie najważniejszym, jest na pewno fakt, że była pierwsza. Choć jest to album podwójny, zawiera jedynie cztery nagrania, co akurat w przypadku Klausa wcale nie dziwi. Jednakże każdy z utworów jest w pewnym sensie wyjątkowy i niepodobny do pozostałych. Całość rozpoczyna się długimi, gromkimi owacjami a następnie swoistym wybuchem entuzjazmu widowni, jaki zwykle towarzyszy pojawieniu się artysty na długo oczekiwany bis. Utworem, który Klaus zagrał prawdopodobnie na bis koncertu paryskiego z 13 listopada 1979 roku, był Bellistique. Bez zbędnych 'wstępów' rozpoczyna się sekwencyjna 'pogoń', której 'ucieka' jedna z najefektowniejszych solówek minimoogowych (chyba) Klausa. Trwa ona prawie przez cały utwór, który liczy sobie niewiele ponad 21 minut. Ekspresyjna improwizacja, godna gitarowych wirtuozów, porywające tempo i niezwykle wciągająca atmosfera utworu to cechy, które tworzą mieszankę dość oryginalną, jak na zwykle pełne subtelności, nastrojowe i powoli rozwijające się kompozycje mistrza. Utwór kończy się psychodeliczną kawalkadą syntezatorowych dźwięków, przerywaną świergotem minimooga i w końcu potężną ścianą chóralnego brzmienia, które dopiero po wygaśnięciu dopuszcza do głosu rozentuzjazmowaną publiczność.
Następnie czeka nas zupełnie odmienny Sense. Słowo to zawiera w sobie całą istotę zjawiska, zwanego muzyką elektroniczną. To bez wątpienia jedno z największych osiągnięć Klausa Schulze i tym samym jeden z najwspanialszych utworów w historii tej muzyki, aż po dzień dzisiejszy. Pochodzi on z tzw. okresu Moondawn, czyli z koncertów z roku 1976, dokładnie z Meta Music Festival, który miał miejsce 5-go października w Berlinie. Znajduje przynajmniej dwa elementy, które stanowią o wspaniałości tej długiej, bo aż 51 minutowej kompozycji (choć oryginalne wydawnictwo skracało ten utwór do raptem półgodziny). Pierwszym z nich jest nieprawdopodobnie misternie budowany nastrój. Utwór rozwija się dość długo, ale za to z wrodzoną subtelnością i całym geniuszem autora pozwala od pierwszych minut popaść w stan, który R. Waters z Pink Floyd nazwałby "comfortably numb". Jednocześnie znajduję tutaj wyjątkową, przestrzenną aurę kosmicznej podróży, choć bez wątpienia ktoś inny może mieć zgoła odmienne wyobrażenia. Drugim elementem, kto wie czy nie równie ważnym dla tego nagrania, jest (wszech)obecność utalentowanego perkusisty i jednocześnie muzycznego partnera Klausa w trochę późniejszym okresie - Haralda Grosskopfa. To właśnie dzięki niemu Sense 'żyje' od nowa za każdym razem, kiedy go słucham. Jego gra, intuicyjna, pełna wdzięku i polotu, a jednocześnie niezwykle hipnotyczna, sprawia, że martwe, elektroniczne struktury ożywają pod dotnięciem ludzkiej ręki. W duecie z Klausem Schulze tworzą tutaj niezapomnianą muzykę.
Drugi krążek z zestawu otwiera utwór Heart. To trwająca półgodziny kompozycja, pochodząca z tego samego koncertu, co Bellistique, która rozpoczyna się równie subtelnie, lecz potem nabiera rozmachu i transowego tempa. Utwór można podzielić na kilka 'sekcji', z których każda następna jest szybsza, głośniejsza i bardziej 'odjechana'. Zmiany tempa są wyraźnie akcentowane, co również nie jest typowe dla KS. Utwór kończy uspokajający epilog. Na zakończenie Klaus Schulze przygotował nam chyba największą niespodziankę. Choć może dla tych, którzy znali płytę Dune nie było to całkowite zaskoczenie. Utwór Dymagic, to, o ile można wogóle użyć tutaj takiego sformułowania, piosenka. No, może raczej pieśń. Nagrana została na koncercie w Amsterdamie, 27 października 1979 roku. Tym razem Klausowi na scenie towarzyszy znany, między innymi z zespołu The Crazy World Of Arthur Brown a także ze współpracy z innymi wykonawcami, tj. Alan Parsons, wokalista rockowy - czyli Arthur Brown we własnej osobie. Jego niezwykle charyzmatyczny wokal i specyficzny sposób śpiewania a momentami wręcz skandowania tekstu nadaje utworowi Dymagic charakter jakieś pierwotnego, kultowego rytuału. Tempo nagrania, podobnie jak to miało miejsce w przypadku poprzedniego utworu, narasta i sprawia wrażenie bardziej opętanego. Jakby w sukurs idzie mu śpiew Brown'a. Niewątpliwie jest to rodzaj eksperymentu, który może akurat w tym przypadku nie wypadł tak przekonująco, jak na wspomnianej Diunie, niemniej stanowi niezłe zakończenie tego niezwykłego wydawnictwa, jakim jest pierwsza oficjalna płyta z nagraniami na żywo weterana elektronicznych brzmień - Klausa Schulze. Warto jeszcze zwrócić uwagę na 'odlotowe' zdjęcie z okładki płyty ...Live... . Widzimy na nim głównego bohatera, odwróconego do nas tyłem i majstrującego coś przy 'podręcznej szafie elektryka' - czyli tzw. niezbędniku każdego szanującego się twórcy muzyki elektronicznej w owym czasie. A jest to dość pokaźnych rozmiarów panel ustawiony pionowo, a zawierający całe mnóstwo przełączników, gniazdek, wejść etc, etc. Dodatkowo poniżej przy nim ustawiony jest szereg klawiatur syntezatorów, a także po lewej i prawiej stronie stoi całkiem sporo sprzętu elektronicznego przeróżnej maści, który zwykłemu laikowi (takiemu jak ja) nic a nic nie mówi. Nad całością zamontowane zostało lustro o rozmiarach odpowiadających 'panelowi sterowania', mające chyba ułatwić orientację osobie postronnej. I nie byłoby może w tym nic 'odlotowego', gdyby nie fakt, że zdjęcie zostało tak spreparowane iż mamy wrażenie, że niepokojąco nieziemskie światło przebija się przez cały ten elektroniczny zestaw, rozmazując kontur sojącego człowieka i zalewając wszystko czerwoną poświatą. W tym kontekście KS wygląda niczym... elektroniczny mesjasz?
ocena: 9/10
Autor- Psychonauta
gomah
Fragmenty na CDuniverse

I niezapomniany - For Barry Graves

Klaus Schulze - For Barry Graves (Live 1977) przez Alpheratz13