Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Klaus Schulze - Timewind

Wiatr Czasu. Tą płytą Klaus Schulze rozpoczął serię fenomenalnych wydawnictw drugiej połowy lat siedemdziesiątych. Choć poniekąd już materiał z płyty Picture Music zapowiadał kierunek rozwoju muzyki Klausa, to właśnie na Timewind poraz pierwszy osiągnął on pułap, który w następnych latach tylko marzył się kolejnym twórcom.

Klaus Schulze - Timewind




Jego muzyka nareszcie uwolniła się od swoistego 'brzemienia', jakim było ciągłe poszukiwanie, eksperymentowanie z dźwiękiem, brzmieniem (właściwie każda poprzednia płyta Schulze'go penetrowała inne rejony muzyczne i każda z nich była w konsekwencji trudnym 'orzechem do zgryzienia' dla słuchacza). Ewolucja w kierunku dojrzałych kompozycji o niebywale subtelnej strukturze uwieńczona została tutaj pełnym sukcesem. I co istotniejsze, jej efekty procentowały w dalszej pracy twórczej artysty.
Mamy na Timewind (jak i zresztą było już wcześniej na Picture Music) dwie kompozycje, które w sumie składają się na ponad godzinę duchowej uczty. Bayruth Return i Wahnfried 1883 różnią się jednak od siebie zasadniczo. Jednym z kluczowych wyróżników obu utworów, który od pierwszego przesłuchania 'rzuca się' w uszy, jest sekwencja: otóż Bayruth Return ją jak najbardziej posiada, podczas gdy Wahnfried 1883 jest jej zupełnie pozbawiony. Moim zdaniem ta koncepcja jest ze wszech miar słuszna. Przede wszystkim różnorodność to bardzo porządana cecha w muzyce - szczególnie istotna na przestrzeni całej płyty. Poza tym utwory z Timewind świetnie się uzupełniają. A dokładniej to Wahnfried 1883 jest niezwykłym uzupełnieniem swojego transowego poprzednika. Myślę, że tkwi w tym głębszy zamysł, bowiem słuchacz, który poddał się bez reszty magicznej aurze pierwszego utworu niechybnie został zahipnotyzowany przez czarodziejskie dźwięki Klausa Schulze i jego wciągającą sekwencję, która potrafi spenetrować najgłębsze pokłady mózgu 'ofiary'. Pozostając w takim stanie przez pół godziny musi doznać nie lada szoku, jaki wywołuje gwałtowne zakończenie utworu (coś jakby pędzący express, którym jedziemy, z całym impetem wbił się nagle w żelbetonową ścianę, grubości kilkunastu metrów). I wtedy właśnie swoją nieocenioną, kojące rolę odgrywa druga kompozycja. Pod wieloma względami jest ona przeciwieństwem poprzedniczki - nie tylko bowiem nie ma w niej ani ułamka sekwencyjnej sekundy, ale też pozbawiona jest rytmu w jakielkowiek formie. To ambient w czystej postaci - niezwykle przestrzenny i prawdziwie 'kosmiczny'.
Tę atmosferę podkreślają ciągłe szumy syntetycznych wiatrów (od kiedy to już wiemy, że w tzw. kosmosie nie można usłyszeć ani półnutki, ani ćwierćdźwięku? Nie zmienia to jednak faktu, że pewne klimaty muzyczne będą się już stale kojarzyć z danym 'środowiskiem'), narastające świsty i inne efekty rodem z universum. Główną jednak rolę odgrywają ciągnące się bez końca plamy organowych dźwięków, na których tle przewodni syntezator 'tka' swoją niekończącą się melodię, i tym samym wprowadza słuchacza w błogostan iluzji obcowania z wiecznością.
Oba utwory niezmiennie robią na mnie olbrzymie wrażenie. Uwielbiam się 'pławić' w sekwencyjno-onirycznych meandrach Bayruth Return i z równą duchową satysfakcją oddaje się medytacji nad ogromem wszechświata przy dźwiękach Wahnfried 1883. Niewątpliwie Timewind udowadnia, że Klaus Schulze to wyjątkowo uwrażliwiona i nieprzeciętna postać w muzyce. To tym trudniejsze, iż żeby oddać wrażliwość za pośrednictwem syntezatora, trzeba naprawdę doskonale znać i 'rozumieć' jego możliwości. Są tacy, którzy a priori odrzucają wszelką muzykę elektroniczną, zarzucając jej 'nieautentyczność', sztuczność i brak emocji. Może mają rację. Niewątpliwie jednak wiele zależy od samego słuchacza - jeśli bowiem jego umysł jest w stanie odrzucić tą powierzchowną 'syntetykę', to odkryje, że tuż za nią znajdują się pokłady ludzkich umiejętności i wrażliwości dźwiękowej pana Schulze, który właśnie dzięki nim wypracował sobie tak ważne miejsce na panteonie twórców muzyki 'sztucznej'.
ocena: 8,5-9/10
Autor - Psychonauta