Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Tangerine Dream - The Seven Letters from Tibet

Powszechnie wiadomo, że zespół Tangerine Dream od pewnego czasu stanowi formację rodzinną i pod tym samym szyldem wydaje produkcje dalekie od oczekiwań fanów, dla których takie tytuły, jak Ricochet, Stratosfear czy choćby White Eagle wciąż stanowią el-muzyczny kanon. I do tego wydaje ich całkiem sporo.
Jedną z ostatnich płyt duetu Edgar i Jeromy Froese jest  właśnie płyta, która nosi enigmatyczny tytuł Siedem Listów z Tybetu. I od razu trzeba przyznać, że nie ma ona nic wspólnego z rytmiczną muzyką, jaką można usłyszeć na wcześniejszych płytach TD, ot chociażby na Mars Polaris. Płytę bowiem w całości wypełnia muzyka ambient. I to z pewnością powinna być dobra wiadomość dla wszystkich zmęczonych techno-brzmieniem, którym Jeromy zaraził swojego ojca. Jednakże zła wiadomość jest taka, że muzyczne listy po prostu nużą.

Tangerine Dream  - The Seven Letters from Tibet



Nie pomaga również bardzo górnolotne motto zamieszczone na okładce płyty, w którym między innymi możemy przeczytać, że "pierwotna materia zarówno tego świata, jak i tego ponad nim, składa się z siedmiu warstw, stąd każde zjawisko i każda reguła podzielona jest na siedem stopni złożoności". Kiedyś koncerty zespołu odbywały się w katedrach i kościołach i poprzedzane były cytatami z Bibli, dzięki czemu muzyka nabierała metafizycznego znaczenia. Podejrzewam, że również teraz zamiarem muzyków było dobudowanie tej warstwy do nowego wydawnictwa. Nie zmienia to faktu, że muzyka zawarta na nim jest według mnie mało ciekawa. Niewiele się tu bowiem dzieje, a samo brzmienie jest płaskie i trąci syntetyką. Za wyjątkiem pierwszego utworu, w którym niskie, syntezatorowe smyczki tworzą mroczną atmosferę - niezły prolog do niestety nudnej płyty. Dalej głównie słyszymy leniwe plamy syntezatorowe na tle których brzdąkają sobie różne instrumenty, bardziej lub mniej związne ze Wschodem. Śladową rytmikę można jedynie usłyszeć w końcówce trzeciego listu. Płyta sparwia wrażenie pozbawionej muzycznego konceptu. Za wyjątkiem fragmentu 4-go utworu nie usłyszymy też na niej ciekawszych melodii. Na domiar złego najsłabszy utwór na tej płycie jest jednocześnie najdłuższym.
Może za mało jest tu elementów melodyjnych, orientalnych, które bardziej powiązałyby ją z tytułowym Tybetem i cytowanym we fragmencie mottem. Tak czy owak nie polecam jej szczególnie tym, którzy na wszystkich płytach podpisanych marką Tangerine Dream szukają dawnej magii el-muzyki. 
ocena: 2/10
Autor - Psychonauta