Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Camel - Historia 2.

Dobiegał końca długi i pełen zdarzeń rok 1971. Wszyscy muzycy postanowili, że początek nowego rozdziału należy ogłosić poprzez zmianę nazwy. Teraz, kiedy ustabilizował się skład, mogli skoncentrować się na pracy i poszukać drogi wiodącej do sukcesu. Każdy z nich zajął się więc wymyślaniem terminu, którym mogliby się ochrzcić. Tymczasem nasz kwartet przekroczył Morze Irlandzkie jako ON, by wypełnić zaległe zobowiązania koncertowe Petera Bardensa. Gdy powrócili do domu w listopadzie, zgodnie postanowili, że powinni być znani jako Camel. Uczczeniem tego wydarzenia był koncert, jaki odbył się w Walthanstow Polytechnic w Londynie. Wystąpił tam jako support rockowej grupy Wishbone Ash. Wszyscy muzycy byli w doskonałej formie. Wieczorne koncerty pozwoliły im podreperować finanse, poznali też pracę w studio, dzięki uprzejmości jednego z producentów EMI, który ich często ich używał jako muzyków sesyjnych. Właściwie to tylko trzech z nich, Peter był z tego wyłączony, ponieważ ten człowiek nie był zainteresowany współpracą z klawiszowcami i nikt nie wie dlaczego. Znajomość z nim wyszła jednak Camel na dobre, bo dzięki niemu poznali Micka i Dave’a Most – impresariów muzycznych. Ci z kolei skierowali Camel do Bufallo Agency, której managerem był Geoff Jukes, aktualnie przygotowywujący swoje własne przedsięwzięcie- założenie Gemini Company. To z nią podpisali pierwszy kontrakt, na mocy którego Jukes został managerem zespołu.  Dzień za dniem rosła rzesza miłośników zespołu, zdobył on tez przychylność Artistes And Repertoire – zrzeszenia kliku kompanii  płytowych. Jedna z nich MCA, podpisała z grupą umowę i tak w 1972 roku Camel wkroczył do studia, by zarejestrować swój debiutancki album. Na nieszczęście realizacja zabrała dużo więcej czasu niż ktokolwiek chciał lub spodziewałby się. Zespołowi brakowało bowiem doświadczenia w pracy z mikrofonami i całą ta plątaniną kabli i połączeń.  Pomógł im w tym zrekrutowany producent – Dave Williams. Ich pierwszy album zatytułowany (jakżeby inaczej) „Camel”, okazał się w lutym 1973. Grupa znajdowała  się w tym czasie (luty i marzec) na tournee. Był to bardzo udany debiut. Płyta zachwyca kunsztowna aranżacją, subtelnością i delikatnością. W zasadzie mamy już do czynienia z pełni ukształtowanym stylem Camel, choć te bardzo rozbudowane utwory pojawia się na dopiero na następnej płycie. „Camel” stanowi bardzo spójną całość, począwszy od dynamicznego Slow Yourself Down, poprzez baśniowy Mystic Queen, obfitujący w zmiany rytmu, o przebogatej melodyce.
„ Czy widziałeś Tajemnicza Królową
Podróżującą w swej limuzynie
Ponad wzgórzami dolinami aż po ranek
Jeśli chcesz zabiorę Cię tam
Odkryjesz kolory, które możesz nosić
Kolory, które widziałeś we śnie…”
I zaraz potem jesteśmy w krainie kolorów lub dźwięków- czyż to nie to samo? – następuje instrumentalny Six Ate. Doskonałe porozumienie muzyków, wspaniały utwór. I tak jest już do samego końca. Never let go, Curiosity, Arubaluba, każdy z tych utworów sprawia, że świat wydaje się piękniejszy. Tchną one optymizmem, niesamowita siłą. Arubaluba zwiastuje późniejsze dążenia zespołu do rozbudowywania formy. Album sprzedawał się całkiem dobrze, wynikły pewne problemy z dystrybucją. Kiedy Jukes zorganizował już Gamma Records wespół z R. Thomasem i M. Holem, Camel podpisał umowę bezpośrednio z tą firmą wydawniczą i rozpoczęła się rejestracja drugiego albumu. Rolę producenta przejął David Hitchcock, który pracował także z grupą Genesis oraz pewną grupą z Cantebury – Caravan, której członkowie póżniej zasilili Camel, ale to już inna historia… Gamma poszukiwała rynków zbytu dla swych produktów, toteż szybko podpisała długotrwałą umowę z Decca London’s Deram, jej przedstawicielstwem na cały świat z wyjątkiem Ameryki Płn.  Gdzie władzę trzymała Janus Records. Pierwszym owocem tej współpracy był Mirage, wydany 1 marca 1974 bez promocji singlowej, bez list przebojów, jednak jego oceny były entuzjastyczne. Sounds z 30 marca rozpoczął recenzje słowami ; Nie słuchasz zespołów takich jak Camel dla kilku dreszczyków. Naprawdę musisz ich posłuchać kilka razy, zanim muzyka da się zapamiętać. Całe te długie i delikatne, aranżowane, instrumentalne pasaże rozpalają powoli, ale kiedy już melodie znajdą się w twej głowie, nie wydostaną się z niej łatwo. Większość utworów pozbawiona jest tekstu, zespół chwalono za pomysłowość i wyczucie. Ward I Fergusson byli określani jako „dobrze naoliwiona maszyna”. Zaiste, porozumienia sekcji rytmicznej jest znakomite. Camel przygotowywał się do wędrówki do Niemiec i Francji. Grupa spędziła tam dwa miesiące. Po powrocie czekała ich miła niespodzianka. Beat Instrumental nadał płycie album miesiąca. Entuzjastyczna  recenzje zamykały słowa; „Porozumienie między muzykami jest fantastyczne i Camel wydaje się być jednym z nielicznych zespołów, które wydobywają  z muzyków ich największe możliwości i zamienia je w silną i zwięzłą muzykę. Naprawdę Camel miał być z czego dumny. Nie wiem co mógłbym dodać od siebie. Po prostu, jeśli jeszcze nie macie tej płyty, kupcie ją natychmiast. Mirage pojawił się na Uncle sam’s billboard top 200, gdzie pozostawał przez 13 tygodni, osiągając 149 pozycję. Przypominam jednak, że płyty nie poparto żadną reklamą w radio, żadnego utworu nie wydano na singlu, po prostu dobra muzyka zawsze znajdzie swoich odbiorców.  Płyta sprzedawała się najlepiej na Zachodnim Wybrzeżu i nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego akurat tam. Postanawiając wykorzystać tę szansę, grupa wyruszyła na tournee do Stanów. Zaplanowana na  7 tygodni wyprawa, znów ze starymi przyjaciółmi z Wishbone Ash, była wielkim sukcesem grupy. Potrafili rozgrzać publiczność. Która w zasadzie przyszła by posłuchać  przez 45 minut  hardrockowego boogie. Po trzech miesiącach, kiedy już zdążyli zagrać w prawie wszystkich stanach, powrócili do kraju na zasłużony odpoczynek. Pozostawili za sobą rzesze wielbicieli. Po powrocie do domu rozpoczęły się przygotowania do nagrania trzeciego albumu. Mieli już pewien specyficzny pomysł, który dojrzewał w ich umysłach. Andy Latimer i Peter Bardens zamknęli się więc małym domku w Devon, by nadać realny kształt swym wyobrażeniom. Wydany w 1975 roku album The snow goose przyniósł grupie międzynarodową sławę, nagradzając lata  walki o uznanie. Jest to wyjątkowy album. Wypełniają go utwory ilustrujące baśń Pala Gallico, historię o przyjaźni samotnego artysty, ubogiej dziewczynki z wioski rybackiej oraz dzikiej gęsi wabiącej się  La Princesse Perdue, umiejscowiona w realiach drugiej wojny światowej. Muzyka jest tak barwna i sugestywna, że grupa rezygnuje całkowicie z partii wokalnych. Jest to album przełomowy w historii zespołu. Błyskotliwość pomysłów, jak i wykonawstwa sprawia, ze bledną przy nim nawet niektóre dokonania Genesis. Muzycy po raz kolejny potwierdzają swoją klasę, a Latimer udowadnia, że potrafi się nie tylko mistrzowsko obchodzić z  gitarą, ale i fletem. Całość jest wręcz nienaturalnie piękna. Wydaje się, że grupa osiągnęła tu już szczyt możliwości, bo czyż może powstać inna, równie piękna płyta? Owszem. Odpowiedzią jest kolejny longplay, wydany na początku 1976 roku, zatytułowany Moonmadness. Album pełny niebanalnej liryki, baśniowego klimatu, w który wprowadza otwierający Aristllus. A. Latimer zamiast strun wydaje się używać sześciu barw tęczy, zaś siódma pozostała dla Bardensa, oni też są głównymi kompozytorami utworów. Ferguson i Ward swoje pomysły dorzucili do Another Night(pomysłem perkusisty  był również wstęp do Lunar Sea, tj. wydmuchiwanie przez rurę powietrza do beczki pełnej wody!). Wyróżniają się prześliczne Song within a song, w którym wspaniałą partię wokalną wykonuje Fergusson, Chord Change oraz Air Born i wspomniany Lunar Sea. Niestety w 1976 roku po wydaniu tej uroczej płyty, grupę opuszcza Fergusson. Rozstali się w przyjaźni, która – jak mówi Latimer – pozostała silna do dnia dzisiejszego. Rola Douga w grupie była ogromna, choć nie zawsze doceniana. Po jego odejściu, mimo, że grupa utrzymywała wysoki poziom, to jednak istota Camel uległa zmianie. Doug był wspaniałą  osobą – mówi Latimer – szkoda, że wszystkie cudowne wspomnienia z nim związane są raczej nie do publikacji…
Autor - Rodżer
Niezależny magazyn OFF styczeń luty 1994 numer3