Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Tangerine Dream - White Eagle

Po dość eksperymentalnym albumie Exit i kolejnym hollywood'skim soundtrack'u Thief Edgar Froese, Chris Franke i Johannes Schmoeling wrócili do bardziej tradycyjnej koncepcji muzyki elektronicznej. Płyta White Eagle bowiem zbudowana jest na sprawdzonej regule: dłuższa suita + krótsze fragmenty muzyczne. Niestety nie zdołali powrócić do poziomu prezentowanej przez siebie wcześniej muzyki. I choć Biały Orzeł szybuje miejscami wyżej niż płyta Exit, nie zbliża się nawet na odległość wzroku do ostatniego wielkiego lotu tria w Pałacu Republik.

Tangerine Dream - White Eagle


Podobnie jak na płycie Force Majeure program White Eagle rozpoczyna się długim, tutaj ponad dwudziestominutowym utworem, zatytułowanym Mojave Plan. Po zwielokrotnionych echem stukach i piskach z miarowego tła wybucha szybki rytm z melodią, która od razu sprawia, że ciśnienie w żyłach rośnie. I po jakiś czterech minutach utwór nabiera prawdziwego rozmachu. Szybkie i zmienne sekwencje oraz całkiem urocza melodia pozwolają snuć bardzo optymistyczne plany, co do dalszego ciągu tak ciekawie zapowiadającej się muzyki. Całość niemniej bardzo przypomina dokonania Jean Michel'a. Na pierwszy plan wchodzi ostre solo syntezatorowe, które ustępuje jeszcze piękniejszej solówce o łagodniejszym, bardziej jarre'owatym brzmieniu, po czym znów powraca. Tempo, choć wcale nie takie obłędne, systematycznie 'nabijają' niezmordowane sekwencje. W połowie utworu następuje 'załamanie pogody' i z charakterystycznego rytmu pędzącego pociągu wyłania się pogodna i nijaka melodyjka. Na szczęście w tle wciąż słychać progresywną sekwencję, która zdecydowanie umila słuchanie dalszej części Mojave Plan. Dzięki temu znajomemu stukotowi można poczuć się jak w mknącym pociągu, ale po kolejnych czterech minutach narastąjące szepty głosów (trochę przypominające te z płyty Cyclone) obwieszczają wstęp do ostatniej części suity. Przy czym śmiało można skonstatować, że im bliżej jej końca, tym robi się ona mniej ciekawa a bardziej nijaka i pozbawiona 'bożej iskry'. Niestety apetyt, który mógł się zrodzić po pierwszych minutach słuchania Białego Orła, nie zaspokajają ani dynamiczny, trochę 'rąbany' i zdecydowanie najsłabszy Midnight In Tula, ani dłuższy i o wiele ciakawszy od poprzednika Convention Of The 24 ani wreszcie sam tytułowy White Eagle, który zamyka płytę. Convention Of The 24 swoim niepokojącym klimatem i znajomym brzmieniem gitary na początku nawiązuje do wcześniejszych dokonań Tangerine Dream (m.in. Tangram). Utwór tytułowy to całkiem sympatyczna kompozycja, która ma ednak zbyt niewielką siłę przebicia, żeby przemóc to dość przeciętne wrażenie, które mam po przesłuchaniu całości.
  Słychać to było już na poprzedniej płycie zespołu - White Eagle, mimo iż strukturalnie bardziej zbliżony do wcześniejszych koncepcji tria, zdaje się potwierdzać fakt, że era wspaniałej muzyki Tangerine Dream właśnie przemija. Brzmienie tej muzyki staje się z płyty na płytę bardziej suche, syntetyczne. Melodie w niczym nie przypominają tych, sprzed kilku lat. Powszechnie uważa się, że okres lat 80-tych to był trudny czas dla wielkich zespołów, które swoje sukcesy muzyczne świętowały dekadę wcześniej. Niewiele z nich sprostało wyzwaniu i przedstawiło oryginalny koncept, który nie był wynikiem szeregu kompromisów. Jednym z tych nielicznych był wciąż zaskakujący Robert Fripp ze swoim King Crimson. Edgar Froese w owym czasie nie dysponował już takimi atutami.
ocena: 4 -5/10
Autor - Psychonauta