Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Tangerine Dream - Rubycon

Zespół Tangerine Dream, doskonale znany wszystkim miłośnikom el-muzyki, swój Rubikon przekroczył wraz z wydaniem wcześniejszego albumu pt. Phaedra. Ta pierwsza płyta wydana dla wytwórni Virgin, która w Europie zyskała dużą popularność a w Australii status złotej płyty, otworzyła tercetowi Froese-Franke-Baumann  drzwi do 'wielkiego świata' muzyki i showbiznesu.  Zespół Tangerine Dream przeszedł przez owe drzwi i raz na zawsze zyskał sobie miano jednego z największych twórców muzyki elektronicznej. I nawet owczy pęd do wydawania muzyki wątpliwej wartości w latach 90-tych nie mógł i nie zachwiał tym tytułem. Każdemu wtajemniczonemu cieplej robi się na sercu, gdy usłyszy te dwa magiczne słowa: Mandarynkowy Sen.

Tangerine Dream - Rubycon

A dla wielu sen właśnie rozpoczął się w 1975 roku. Niezwykły był to rok dla muzyki elektronicznej. Olśniewająca płyta K. Schulze pt. Timewind poszerzyła horyzonty muzyki wyobraźni. Dwa wspaniałe albumy TD i solowy projekt E. Froese pt. Epsilon In Malaysian Pale, a także niezwykła płyta B. Eno Another Green World, którą nagrał wraz z przyjaciółmi. Wystarczy dodać do tego niezapomniane Niebo i Piekło w interpretacji Vangelisa oraz Ommadawn M. Oldfielda, a także wspomnieć o perle Pink Floyd pt. Wish You Were Here, na której zespół wykorzystał instrumenty elektroniczne w większym stopniu niż dotychczas, co oczywiście było zasługą również Wielkich Elektroników, którzy poprzez swoją muzykę niejako wypromowali swoje instrumenty na światowym rynku muzycznym. Rubikon był pierwszą płytą TD, na której przyjęto koncept jednej, tytułowej kompozycji, przedzielonej stroną czarnego krążka. Tak więc mamy na płycie dwa utwory, które jednak należy traktować osobno. Każdy trwa niewiele ponad 17 min. Całość więc, gdyby była wydana pod koniec lat dziewięćdziesiątych stanowiła by prawdopodobnie jedynie połowę materiału. Swoją drogą ten ślepy trend do zapełniania całej (prawie) dostępnej pojemności krążka CD wpływa moim zdaniem niekorzystnie na wartość muzyczną płyty w dzisiejszych czasach. Być może jest to właśnie jeden z czynników, dla których wielbiciele muzyki, m.in. elektronicznej, szanują i wciąż kochają te stare wydawnictwa z lat 70-tych i 80-tych. Na wielu z nich po prostu nie ma słabszych kompozycji. Muzycznie Rubikon nie był tak przełomową płytą jak wspomniana przeze mnie wcześniejsza Phaedra. Korzystał i rozwijał pomysły swojej poprzedniczki. Niemniej osobiście stawiam ją wyżej od Phaedry. To za sprawą niesłabnącej magii, jaka dobywa się ze sprzętu grającego, ilekroć wybrzmiewają te, archaiczne już sekwencery, mellotrony i syntezatory. Oba utwory rozpoczynają się syntezatorowymi prologami, dość długimi relatywnie do czasu całości kompozycji. Z tym, że o ile pierwszy jest bardzo tajemniczy, rozmyty, momentami oddaje wrażenie leniwie falującego morza, nad którym budzi się dzień i rozbrzmiewają pierwsze krzyki mew, to drugi rozpoczynając się równie tajemniczo, przechodzi w potężniejący z każdą sekundą, chóralny 'śpiew', bardzo bliski utworowi Lux Aeterna, który pochodzi ze ścieżki dźwiękowej do filmu "2001 - Odyseja Kosmiczna". 
   Po tym początku w obu utworach wyłania się motyw sekwencera - stonowany, ale głęboki. Miarowo nabija tętno muzyki Edgara i spółki. To swoisty nurt tej elektronicznej muzycznej rzeki, która przynosi nam mellotronowe, gitarowe i organowe ozdobniki, w trakcie kiedy nieuchronnie zmierza do swego ujścia. A wtedy wybrzmiewa epilog - w części pierwszej dość krótki, ale to przecież druga część kończy całą podróż. Wtedy właśnie można usłyszeć szum fal (rzeki? morza?) wygenerowany elektronicznie i powolne wyciszenie.
Cóż jednak sprawia, że ta płyta po latach wciąż urzeka? Według mnie to unikatowa umiejętność gradacji napięcia, rozmieszczenia punktów kulminacji w utworach i przede wszystkim odpowiednie stonowanie muzyki po to, by za chwile mogła nastąpić erupcja emocji, nie przesadna - po prostu w sam raz. O tym dzisiejsi el-muzycy zdają się zapominać. Pomimo, że tak wielu stara się podążać tym samym traktem, który kiedyś obrali muzycy Tangerine Dream, tylko niewielu udaje się odtworzyć atmosferę tamtej muzyki. Jednym z nielicznych takich zespołów jest Redshift. I jeszcze jedno. Muzyka na tej płycie ma mroczny, wręcz gotycki, ale wyważony posmak. To zupełnie inna atmosfera, niż ta, którą znamy z późniejszych płyt TD. I to się chyba ne wrati. Gdybym miał wybrać najpiękniejszy utwór muzyki elektronicznej jednym z kandydatów byłby Rubycon part I. 
ocena: 8/10
Autor - Psychonauta