Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Jim O’Rourke - The Visitor

Jim O’Rourke: Rady jak słuchać muzyki (od człowieka, który nie słucha muzyki)
Trzy lata zajęło mu nagranie tej płyty. Sześć miesięcy uczył się grać na puzonie, żeby zagrać jedną tylko, konkretną partię, którą napisał na ten album. Bo oczywiście wszystko nagrał tu sam. W dodatku we własnym domowym studiu w Tokio, dokąd wyniósł się na dobre, odcinając od wizerunku lidera alternatywnej Ameryki. Uwierzycie, że ma w Tokio sprzęt do nagrywania, ale nie ma nawet sprzętu do słuchania muzyki? Że tak bardzo oddalił się od słuchania jakiejkolwiek muzyki poza własną?
Owszem, z łatwością w to uwierzycie, ale już po przesłuchaniu „The Visitor” – pierwszej pełnoprawnej solowej płyty, którą Jim O’Rourke wydał od ośmiu lat. Dlatego, że to muzyka zupełnie nieoglądająca się na mody, tendencje w muzyce, muzyka subtelna, nienarzucająca się, wręcz świadomie wycofana. Choć przy okazji dość złożona. Przeplatające się motywy gitary, fortepianu, klarnetu czy banjo chwilami wychodzą jeden spod drugiego, jak gdyby O’Rourke nagrał kilometry taśmy, a potem miksował je w stylu wytrawnego didżeja. Tyle że nie ma to nic wspólnego z przebojową muzyką do tańca – to instrumentalne, balladowe, akustyczne granie, aż za bardzo chwilami wycofane.

Jim O’Rourke - The Visitor

Inna sprawa to realizacja dźwiękowa płyty „The Visitor”. Określenie „home recording” powinno przestać istnieć, bo skoro O’Rourke nagrywał większość z partii zarejestrowanych na płycie w swoim tokijskim mieszkaniu, to po co komu jeszcze odróżniać to od „studio recording”. Album brzmi doskonale, lekko, jego dynamikę łatwo porównać z nagraniami muzyki klasycznej (nie czuje się kompresji, dobrze słychać rozplanowanie instrumentów w przestrzeni, mnóstwo „powietrza” w miksie), za to trudno ze współczesnymi nagraniami pop.
Jednocześnie muzyk rzuca wyzwanie warunkom, w jakich słucha się muzyki – sam radzi używać do odbioru „The Visitor” głośników, a nie słuchawek*. Wydał album na LP i CD, ignorując mp3. Kolejna sprawa to fakt, że w naszym życiu – no dobra, w moim, będę mówił za siebie – trudno dziś o nieprzerwane niczym 38 minut uwagi i skupienia, których wymaga pojedyncze nagranie tej długości, bo bez tego nie docenimy misternej konstrukcji utworu O’Rourke’a. No bo zdaje się, że nie powiedziałem najważniejszego: to JEDEN utwór. Prawie każde trzy minuty przypadkowo wyjęte z tej płyty wydadzą nam się banalne, podczas gdy całość już taka banalna nie jest. Ale czy jest wielka? Nie wydaje mi się, żeby mimo wszystko przebiła poprzednie solowe płyty O’Rourke’a. Choć podważyć taki osąd wyjątkowo łatwo – zawsze można powiedzieć, że po prostu nie udało mi się wystarczająco mocno skupić. Czyżby Jim O’Rourke był aż tak przebiegły, by do tego zmierzać? Cóż, ja wolę uznać, że okazał tu raczej swoją nonszalancję, a resztę energii zostawił sobie na następne płyty.
*Pod tym akurat mogę się podpisać. Słuchawki to zawsze tylko półśrodek, choć czasem pożyteczny.
Autor - Bartek  Chaciński
Chacinskiwordpress