Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Tangerine Dream - Hyperborea

W lata 80-te trio Tangerine Dream wkroczyło studyjnym albumem Tangram oraz wspaniałym koncertem z Pałacu Republik we wschodnim Berlinie. Koncert ten nosił tytuł Pergamon (bądź Quichotte w zależności od wydawnictwa). W zachodnich Niemczech wydany został dopiero 6 lat później. Był to pierwszy koncert, na którym zagrał nowy członek zespołu - Johannes Schmoelling, który zastąpił zmieniającego się w ostatnich latach, po odejściu Petera Baumanna, trzeciego muzyka.
W tym właśnie składzie, tj. Froese-Franke-Schmoelling, w 1983 roku Tangerine Dream nagrał swój album zatytułowany Hyperborea. Nazwa pochodzi z mitologii greckiej i oznacza krainę wiecznego słońca i obfitości, którą zamieszkują wyznawcy Apollina. Jej etymologia wiąże się bezpośrednio z Boreasem - bogiem północnego wiatru. Przedrostek hyper- oznacza poza, ponad, dalej.
Czy jednak ten album to coś ponad dotychczasowe osiągnięcia Mandarynkowego Snu? Pewnie już w 1983 trudno było sobie to wyobrazić. Według mnie to najsłabszy album tria do owego czasu, poczynając od Phaedry. Przede wszystkim rzuca się w uszy bardziej suche, twarde brzmienie syntezatorów. Wprawdzie technika była doskonalsza, ale i na muzyce Klausa Schulze i Tangerine Dream odbiło się to niekorzystnie. W czym tkwi tajemnica? Pewnie w sprzęcie muzycznym i technice cyfrowej, która wtedy dopiero się rozwijała. Niemniej na płycie Hyperborea niewiele mamy tradycyjnych, mandarynkowych sekwencji, głębokich brzmień i przepięknych melodii.

Tangerine Dream - Hyperborea 
  
Rozpoczyna ją Ziemia Niczyja, utwór o szybkim, nerwowym, szarpanym rytmie. Syntezator, imitujący gitarowe riffy podchwytuje tempo, ale najciekawsza jest warstwa perkusyjna. Sama melodia jednak nie wypada okazale. W ciągu 10 minut swojego trwania utwór nabiera rozmachu, coraz więcej się w nim dzieje. Po jakiś pięciu minutach staje się prawdziwie transowy, ale po kolejnych dwóch może już trochę nużyć. Kończy się dość niespodziewanie. Następnie mamy również blisko 9 minutową kompozycję tytułową. To łagodniejszy utwór o miększym brzmieniu, wolniejszym tempie i ślicznej melodii, rozwijającej się bardzo wolno. Gdzieś w swojej połowie rytm trochę się zmienia i można usłyszeć echa wcześniejszego Tangramu. Dzięki swojej 'pejzażowości' Hyperborea jest najciekawszą według mnie propozycją tria na tym krążku. O kolejnym, krótkim Cinnamon Road, staram się zapomnieć ilekroć kończę przesłuchiwać tę płytę. Może gdyby trwał jeszcze połowę krócej... Całą drugą połowę krążka zajmuje Błyskawica Sfinksa. Rozpoczynają ją gromkie akordy syntezatora, tak charakterystyczne dla muzyki Tangerine Dream. Patetyczny nastrój podreślają dźwięki dzwonów i powolne tempo utworu. To najpiękniejsze 4 minuty tego zestawu. Następnie utwór przyspiesza i pojawiają się rozmyte solówki oraz ciekawa melodia, zagrana z właściwym wyczuciem. Jednak gdzieś w połowie utworu magia pryska. Po łagodnym przejściu, trwającym około 3 minut panowie serwują trochę bezpłciową końcówkę. Suche, drażniące ucho sample perkusyjne na tle których pastelowe syntezatory grają coś bardzo mało konkretnego. Może za wcześnie opuściliśmy bajkowy klimat?
Tak kończy się ta płyta - sztucznie i bezbarwnie. Ostatnia melodia zagrana jakby troszkę na siłę. W tym punkcie propozycje pana Froese i spółki nie do końca mnie przekonują. Zostaje pewien niesmak i rozczarowanie. Niestety jeśli chodzi o kolejne płyty w dyskografii TD te uczucia już mnie nie opuszczają. Osobiście kolejny koncert pt. Poland uważam już za zmierzch gwiazdy, która niewątpliwie świeciła mocnym blaskiem na el-muzycznym panteonie.
ocena: 4,5 - 5/10
Autor - Psychonauta