Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Redshift - Halo

Kiedyś, dawno temu, za górami, za lasami, w zamierzchłych latach siedemdziesiątych nastał złoty wiek dla eksperymentalnej muzyki elektronicznej. Wspaniali herosi tamtych czasów odkrywali niezmierzone pokłady możliwości brzmieniowych najnowocześniejszego sprzętu muzycznego. Byli to nieustraszeni poszukiwacze - zdobywcy. Owoce ich poszukiwań na bieżąco zachwycały rzesze miłośników spragnionych nowych brzmień. Płyty przełomowe wyrastały niczym grzyby po deszczu, a skarbnicę muzyczną raz za razem zasilały perły, kamienie milowe czy wreszcie epokowe odkrycia. Jakże szczęśliwi musieli być w owych czasach zwykli słuchacze. Niezmiennie towarzyszył im dreszcz emocji przy każdej nowej produkcji, która wychodziła spod ręki króla Klausa, czarodzieja Vangelisa, nieustraszonego tria TD czy innych pół-ludzi pół-bogów. Za każdym razem mogli spodziewać się czegoś wielkiego, w każdej chwili przygotowani byli na obcowanie z sacrum. Piękne zatem i niezwykle szczęśliwe były to czasy... Jednak 'to se ne wrati'. Tamten czas minął... tamte idee zdmuchnął z panteonu wiaterek 'nowych czasów', i zastąpił jedną tylko, ale za to uniwersalną dla całego współczesnego światka. A i odkrywać już albo nie ma co, albo nie ma sensu. Bo po co, skoro tak dobrze sprzedaje się to co już jest odkryte i 'polubiane'? Jednym słowem ze wspaniałego, złotego wieku odkryć, przeszliśmy płynnie w nowy wiek - wiek konsumpcji tego, co już odkryte...
I choć z nutką nostalgii myślę sobie czasem o tamtych czasach, których nie dane mi było poznawać na bieżąco, to jest jedna rzecz, która osładza mi te rozważania. Na imię jej Redshift...

Redshift - Halo


Po rozwiązaniu problemów z wytwórnią Zomba Music Publishers, Mark Shreeve mógł nareszcie wydać materiał, który był już gotowy od jakiegoś czasu. Po ponad 3 letnim okresie milczenia wierni fani zespołu zostali obdarowani od razu dwoma wydawnictwami - studyjnym albumem Halo oraz koncertowym Siren. Ten pierwszy interesował mnie szczególnie i muszę przyznać, że jeszcze zanim do mnie dotarł, wywoływał u mnie całą gamę emocji: od niecierpliwości, przez ciekawość aż po obawę. Ta ostatnia tyczyła się kierunku, który Mark zdecyduje się obrać na dalszej drodze tego obecnie najciekawszego wg. mnie zespołu wykonującego muzykę elektroniczną. Po pierwszym wysłuchaniu płyty wszelkie wątpliwości ulotniły się tak szybko, że teraz nie jestem do końca pewien, czy je w ogóle miałem...
Po pierwsze zespół zrezygnował (nie do końca jednak) z koncepcji płyty Down Time, czyli utworów krótkich, nie powiązanych ze sobą i do tego dość odległych w formie. Album Halo to właściwie jedna, niezwykle spójna kompozycja, choć poszczególne utwory są w niej łatwo rozpoznawalne. Po drugie brzmienie muzyki straciło nieco na ostrości, lecz nie żywcie obaw! Zapewniam, że większa ilość ambientowych brzmień wychodzi całości tylko na dobre. Poza tym po trzecie muzyka zachowała wszystkie, tak charakterystyczne cechy dla Redshift - jakże mogłoby być inaczej, skoro pierwsze 'skrzypce' wciąż gra wspaniały instrument, rodem z tych dawnych czasów, obsługiwany niezmiennie przez Marka Shreeve'a (i wierzcie mi, że brzmienie skrzypiec dla Moog'a 3C to pestka). Wreszcie po czwarte i najważniejsze zespół ustrzegł się na płycie takich wpadek, jak All Things Bright z Down Time. Jak bardzo podnosi to wartość albumu, pomyślanego jako spójna całość, nie muszę chyba podkreślać.
Właściwie to ciężko oceniać poszczególne części tej pięknej suity, jednak jeśli już któreś wyróżnić, to na pewno rozpoczynającego ją Leviathana. To dziesięć wspaniałych minut, które mogą iść w konkury z każdą formą muzyki elektronicznej jaką ktoś kiedykolwiek wymyślił i zagrał. Raz jeszcze pełen jestem podziwu dla Marka Shreeve'a za wspaniałe wyczucie, za subtelności, które pieszczą każdy zakamarek aparatu słuchowego, poczynając od małżowiny usznej a kończąc na zwojach kory mózgowej, móżdżku czy rdzeniu mózgowym (gdziekolwiek znajdują się końcowe receptory odpowiedzialne za nasze doznania słuchowe). Za przepiękne melodie, bez których muzyka staje się pustą formą. To wszystko znajdziecie w tym niesamowitym utworze, którego tytuł brzmi dość zagadkowo w tym kontekście. Dzięki krystalicznemu brzmieniu Mooga 3C, oraz jego przestrzenności i sile, z prawdziwą przyjemnością można się pławić w dźwiękach Rhode Kill czy Different Light, które spełniają tu rolę 'łączników'. Uważam to za doskonały pomysł, żeby bardziej dynamiczne fragmenty płyty przeplatać z takimi właśnie utworami - efekt jest kapitalny! Za ich sprawą właśnie mam wrażenie, że Halo tworzy nierozerwalną, niepowtarzalną całość. Najdłuższą kompozycją na płycie jest 14 minutowy utwór tytułowy. Serce zaczęło mi szybciej bić, kiedy usłyszałem jego początek. Słaba pamięć dawała alarmujące znaki, że słyszana sekwencja bardzo, ale to bardzo dobrze się jej kojarzy. Taak, chwilę później i do mnie dotarło, że choć już jezioro zostawiliśmy za sobą, to było to jezioro niewątpliwie Kryształowe. W następnej sekundzie ogarnęła mnie obawa, że Mark niebezpiecznie manewruje na granicy melodii, która pozostawiła mi sporo niesmaku w pewnym momencie, podczas słuchania płyty Down Time. Ufff... na szczęście nie ma mowy o wpadce, a sama kompozycja jest kolejnym jasnym punktem Halo. Świetna, stopniowa gradiacja napięcia i natężenia dźwięku znowu dostarcza niezapomnianych wrażeń. Do tego ta przepiękna, 'cymbałowo-dzwoneczkowa' sekwencja z nałożonym pogłosem przesuniętym w czasie, oraz tajemnicze, głębokie i mroczne wyciszenie - palce lizać! Chyba najbliżej 'rykoszetowania' ociera się Savage Messiah (skąd zespół czerpie inspiracje dla swoich tytułów?) - ten siedmiominutowy fragment mógłby zostać z powodzeniem 'domiksowany' do klasycznego albumu Tangerine Dream. Również Rise & Shine, choć pełen tajemniczych brzmień, nie odstaje od klimatu tej niezapomnianej płyty. Mamy tu świetny przykład geniuszu prostych rozwiązań melodycznych - za pomocą 2 (słownie: dwóch) nut Shreeve tworzy przejmujący temat muzyczny. Oczywiście taki temat nie może być eksploatowany zbyt długo, tak więc pora, żeby rozpoczął się kolejny fragment suity, zatytułowany Turbine. Musiałbym być wielkim malkontentem i jednocześnie strasznie się czepiać, żeby doszukiwać się większych wad na tym albumie. Jednak gdybym taki był (a nie jestem! - koledzy zaświadczą :-]), to szukałbym właśnie w Turbine. W konstrukcji przypomina mi trochę Bombers In The Desert, jednak rozwiązania tu zastosowane nie są w konsekwencji tak atrakcyjne, jak w wyżej wymienionym. Inna sprawa, że tak mocny akcent mógłby nie pasować do ogólnego charakteru Halo. Na koniec mamy jeszcze niespełna pięciominutowy Leaving (tu przynajmniej nie muszę się doszukiwać inspiracji dla tytułu) i powoli, powoli muzyka odpływa w niebyt... Nie na długo jednak. Podczas pisania tego tekstu zdążyłem wysłuchać całości przynajmniej dwa razy, i wciąż mam ochotę na więcej! Niech to Wam wystarczy za całą recenzję...
PS. Psychologia wyróżnia jeden z błędów naszego postrzegania jako tzw. efekt 'halo' (z ang. hallo effect). Jest to najzwyczajniej efekt pierwszego wrażenia, który potem rzutuje na naszą zdolność obiektywnej oceny osoby/rzeczy/zdarzenia. Czy Leviathan został tak pomyślany, żebyśmy wpadli w pułapkę efektu Halo? Jeśli nawet, to cóż to jest za efekt!
ocena: 8,5-9/10
Autor - Psychonauta
gomah