Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Tangerine Dream - Encore

W latach siedemdziesiątych koncerty TD były wydarzeniami unikalnymi. Niemieckie trio improwizowało każdego wieczoru, być może powodem była kruchość i delikatność sprzętu, którym dysponowali. Pewnie, że niektóre elementy przeważały, "mandarinen" preferowali długie utwory, sekwencyjne szaleństwa wspierały srogość synthów, keyboardów i mellotronu. Gitara Froese'go podkreślała rockowy charakter. Miałem to szczęście być w Montrealu, gdzie była demonstrowana ta niezidentyfikowana płynąca muza. Encore to swoiste archiwum dla wszystkich świadków tego tournee, północna Ameryka, rok 1977.


Tangerine Dream - Encore




Nastrój spokoju, smutku, spektralne podmuchy i metaliczny smak w ustach. Stare spróchniałe organy przygrywają tułającym się duszom. Intro Cherokee Lane buduje świat z połączenia sprzecznych elementów. Owe dusze gubią się w kołyszącym rytmie sekwencji, miękkie brzmienie mellotronów Baumann'a przesyca przestrzeń oniryczną perfumą. Ciepła, basowa, fletowa fala otoczona akordami sekwencyjnymi prowadzi utwór do krainy, gdzie rządzi muzyczna "twarda ręka". Silny rytm uderzającego basu, to połączenie pomysłów z Rubycona i Phaedry. Atmosfera robi się gorąca i ożywiona, wchodzą wściekłe sola, walą harpunami, nieustępliwy Franke nie daje za wygraną, wydając gwałtowne akordy. Te porykiwania i sola w idealnej zgodzie z mellotronem. Budzi się świt, w którego świetle Cherokee Lane cicho zwalnia i doznaje spokoju. Monolight i miękkie piano, otwiera melancholijny pasaż dla melotronu, zanim pochłonie go piekło gorącej stali, pomrukującej, skrzypiącej, zrozpaczony i przerażony synth. Psychodelia Ummagummy. Pojawia się rewelacyjna melodia, której można powierzyć duszę i znów zanika w metalurgicznych otchłaniach i wrzawie. Ta melodia wyróżniająca się z Encore, popycha utwór na fale pełnych energii sekwencji, gryzący bass i skowyczące solo. Monumentalne trio wyśpiewuje pieśni, płynąc po niebie, wypełniając przestrzeń, krzyżuje się ze stratosferą.  Jest melodycznie, chociaż bulgocze gorąca siarka i  w końcu Monolight znajduje spełnienie, pięknem fortepianu, kryjąc w cieniu syntetyczne światy. Coldwater Canyon to numer Edgara, bardzo ciężki i psychodeliczny, jesienne marznące deszcze spadają, rezonując. Na muzycznej strukturze o stałej deklinacji i który wygląda jak rwany fragment Stratosfery, lider rozładowuje swą złość w czystej improwizacji. Poskręcane sola, podgryzane twardymi riffami, spiralnymi pętlami, polerowane przez minimalistyczny fragment, w końcu traci oddech. To dość raniąco ostry numer, nieco z innej bajki, chociaż pady, sekwencje i osadzone perkusjonalia nie odbiegają zbytnio od kanonu TD. Heterogeniczna, progresywna, żarliwa elektronika. Nie powiem lubię to, chociaż preferuję lepsze wyważenie synthów i gitary. Desert Dream zamyka ten podwójny koncertowy album, długim klimatycznym utworem. Tęga chmura na której rozciagają się niejasne i dwuznaczne dźwięki. Prawdziwa elektroniczna magia charakterystyczna dla okresu analogów. Wypełnia nasze uszy różnorakimi bodźcami, ulatujący senny wszechświat. Cała ta końcówka, to mikstura elektrycznego pianina, symfonicznych synthów, zamglony mellotron, przypomina siłę Invisible Limits ze Stratosfery. Encore odzwierciedla w zagęszczony sposób unikalny czar TD i ich koncertowego oblicza. Każdy wieczór był odmienną muzyczną delicją z efektami dźwiękowymi, zadziwiające gry laserem, wycisnęły niezapomniane wspomnienia, także we mnie.
Autor - Sylvain Lupari
Synth&sequnces