Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Jon Lord - Sarabande

Jon Lord, mistrz organów hammonda, pionier hard rocka, człowiek otwarty na przeróżne wpływy, osobowość bardzo dojrzała. Album SARABANDE nagrany w ciągu zaledwie 3 dni przy współudziale Eberharda Schoenera, muzyka i dyrygenta o równie niezwykłym wnętrzu. Schoener podobnie jak Lord w swojej karierze penetruje równie niezwykłe obszary muzyczne, intrygujące, barwne i wieloznaczne. O ile Jon trzyma się jednak pewnej konwencji, to Schoener posuwa się w swoich eksperymentach o wiele dalej, ale o tym przy innej okazji. Traf chce, że spotykają się na początku lat 70 tych, którego to spotkania rezultatem są WINDOWS, bardzo odważny eksperyment zrealizowany live on stage i właśnie SARABANDE. Lord wcześniej zrealizował sfilmowany koncert z LSO i Gemini suite. Wszystkie niezwykle oryginalnie łączące brzmienie orkiestry i zespołu rockowego. Symfonicy grają swoje partie, rockmani swoje, poczym następuje synteza, która tworzy niezwykłą nową wartość. Wszystko brzmi zaskakująco harmonijnie. SARABANDE jest zwieńczeniem tego mariażu.

Jon Lord - Sarabande


Lord przyjmuje formę barokowej suity tanecznej, zamykając całość w ośmiu częściach. O ile Keith Emerson i Rick Wakeman szaleją wszechobecnie na swoich syntezatorach, to Jon bardziej stawia na współbrzmienie, harmonie, i przepiękne tematy melodyczne. To niezwykłe zjawisko bo artysta uprawia jednocześnie kilka gatunków muzycznych; rock, funk, R’n’Blues i we wszystkich czuje się niezwykle swobodnie i  jest dosyć konkretny. SARABANDE to wspaniała, soczysta i dynamiczna orkiestra, ledwo zaznaczone partie improwizowane i rewelacyjnie potraktowanie klasycznej rockowej perkusji  i symfonicznych instrumentów perkusyjnych. Grają Philharmonica Hungarica Orchestra pod Eberhardem Shoenerem, Paul Karass, Andy Summers(Police), Mark Nausseff – wyborny muzyk grający na instrumentach perkusyjnych a także Pete York.
Płytę otwiera uroczysta uwertura Fantasia, Sarabande to już fuzja, zaczyna zespół, całość wyśmienicie  uzupełnia orkiestra, pojawia się syntezator ale symfonicy napędzają całość, delikatny syntezator, subtelna gitara a perkusjonalia nadają taneczny charakter, wszystko przenika się strukturalnie. Masterpiece. Aria – bajkowy kawałek o prześlicznych harmoniach i współbrzmieniach, nawiązujący do muzyki romantycznej XIX wieku (bardzo polskie). Króciutka perełka. Gigue – spokojny wstęp i jedziemy z koksem, filharmonicy szaleją, dając po chwili miejsce  improwizowanej gitarze Summersa, intermezzo hammonda i dalej, dalej. Wszystko pulsuje w niezwykłym napięciu, znowu intermezzo, tym razem orkiestrowe, tutaj nic się nie powtarza, każda minuta przynosi zaskoczenie. Bębniarze z obu stron rozpoczynają niezwykłą rozmowę. Bouree – zwolna rozkręca się w formie bolera, rytm, rytm, pojawia się temat w skalach bizantyjsko – greckich. Vangelisowi włosy stają dęba. Wchodzą poszczególne instrumenty;  gitara, elektrycznie piano lekko improwizuje, Vangelis przewraca się na drugi bok. Summers wyśpiewuje gitarą swoją partię, napięcie rośnie, temat przejmują delikatnie smyczki  a wszystko kończy cały skład orkiestrowy. To dowód na to, że orkiestra jest doskonałym „instrumentem” kompletnym brzmieniowo. Pavane – liryczny wstęp symfoników, akustyczna gitara rozpoczyna swoją opowieść, piano Lorda wdaje się z nią w pogaduszki, przejmuje inicjatywę, leciutko jazzując, powoli podnosi temperaturę ale wszystko kończy się spokojnie przy wtórze orkiestry. Kolejna perła. Caprice – wesoły skoczny taniec, lekki i zwiewny, krótkie solo hammonda i powrót do tematu. Finale – retrospekcja wszystkich tematów i powrót do otwierającej uwertury,  w klamrę zamykając całość. Materiał zrealizowany rewelacyjnie, ileż tu barw, nagromadzonych tematów a wszystko selektywne, dobrze słyszalne. Jedna z najważniejszych płyt rocka symfonicznego, nie ma zapchaj dziur, nie ma dłużyzn, nie sposób się nudzić. Chciałoby się powiedzieć -  OH MY LORD!!!