Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Sysyphe – Running Up That Hill

No i proszę. Po raz kolejny okazuje się, że we Francji monopol, jakim przez długi czas mogła poszczycić się Ultimae, to już historia. Hadra Records to prężnie rozwijająca się wytwórnia, która ma swoją siedzibę w Grenoble. Hadra jednak to nie tylko label, od kilku lat jej ekipa jest także organizatorem festiwalu Hadra Trance Festival, który z roku na rok cieszy się coraz większą popularnością. Francuzi stawiają przede wszystkim na profesjonalizm. Muzyka, dekoracje, kramiki, ale przede wszystkim klimat i atmosfera to chyba główne atuty wspomnianej imprezy. Skupmy się jednak na albumie, który chcę recenzować.

Sysyphe – Running Up That Hill




Chyba powinienem zacząć od przybliżenia Wam nieco projektu Sysyphe, który zasila jednoosobowy skład – Philip Contamin. Wcześniej związany z nieco inną muzyką (rock), inspirowany takimi zespołami jak: The Cure, Mission, Dead Can Dance, w końcu odkrywa swoje prawdziwe powołanie. Zaczyna słuchać i doznawać prawdziwej przyjemności z muzyki dzięki formacjom: The Orb czy Solar Quest. W 1994 kupuje swoje pierwsze płyty winylowe (głównie z wytwórni TIP) i skupia się bardziej na tanecznej muzyce do czasu, gdy w 1995 roku słyszy na żywo koncert zagrany przez The Orb, po którym zdecydowanie postanawia zwolnić tempo. Od tego czasu skupia się na muzyce, która określana jest mianem downtempo i udziela się głównie jako dj grający delikatne brzmienia, oscylujące wokół muzyki ambient, aż do przełomowego w jego karierze 2010 roku, kiedy to ukazuje się jego debiutancki album RUNNING UP THAT HILL. Oczywiście bardziej spostrzegawczy odbiorcy na pewno zetknęli się z Sysyphe na składankach takich, jak: SONIC ATMOSPHERE czy HADRAVISION – A CHILLOUT EXPLORATION.


RUNNING UP THAT HILL, czyli uniwersalny poradnik wbiegania na górkę. Zaczynamy!
HADA – prolog. Utwór rozpoczynający album, subtelnie wprowadza nas w świat Sysyphe. Na początku niby nic, które jednak szybko przekształca się w melodyjnie gibający nas dubowy rytm. Chwilowa siurpryza, utwierdzająca mnie jedynie w przekonaniu, że będzie dobrze. FOLLOW THE LIGHT – jak ja lubię, kiedy podłoga drży właśnie w taki sposób. Linia basowa powoduje przyjemne wibracje przechodzące stopniowo przez całe moje ciało, idealnie zlewając się z wokalem, który nadaje jeszcze bardziej leniwy ton. MISSING TIME – resuscytacja uśpionego umysłu. I po raz kolejny zadaję sobie to samo pytanie: czy proste może być doskonałe? Potęga zbudowana na prostocie dźwięku, ponadczasowa budowla i wehikuł czasu w jednym. Z sekundy na sekundę rozkręca się, wywołując narkotyczne pragnienie, że chce się jeszcze więcej… SPELLBOUND – no jasne, że tak. Tytuł trafiony w stu procentach, trudno mi nawet wymyślić inny, który byłby bardziej trafny i oddawał stan, w jakim się znajduję, słuchając tego numeru. To zdecydowanie jeden z moich faworytów w tym albumie. Thumbs up! LEGEND OF WINTER – no i dalej buja. Słuchając tego utworu, mam wrażenie, że od samego początku słucham jednego kawałka, ale co dziwniejsze, chciałbym słuchać go jeszcze co najmniej do końca albumu. Paradoksalnie (nawiązując do tytułu) dla mnie to bardzo wakacyjny numer. HANDFASTING (MAGIC WEDDING) to kolejna, nie mniej wakacyjna aranżacja, która przyprawia o naturalny błogostan, z którego nie chce się wychodzić. Od razu przypomina mi się czas spędzony w chillout’cie podczas letnich festiwali. To wszechogarniająca beztroska. ASHES – mityczny ptak feniks, który uznawany był za symbol słońca i wiecznego odradzania się. Mitologiczne akcenty pojawiają się w albumie Sysyphe bardzo często. Kolejny dobry, a nawet znakomity kawałek. PANDORA – puszka Pandory po raz kolejny została otwarta, ale tym razem inaczej niż w mitologii wylewa na nas dubowy koktajl pełny ciepłych i ujmujących dźwięków. SINKING – teraz to już naprawdę można utonąć w nadmiarze przyjemności dostarczanych naszym zmysłom. Wcale nie zastanawiam się, skąd taki właśnie tytuł, bo idealnie oddaje klimat panujący w utworze. WAVES AFTER WAVES – na zakończenie. Miękkie lądowanie. Bardzo miękkie lądowanie.


Chyba wszystko już napisałem. Przyznam tylko, że album naprawdę mną ostro potarmosił… Ba, tarmosi za każdym razem, kiedy go słucham. Naprawdę świetna robota i tylko czekać na kolejne wytwory Syzyfa.
______________________________
Ocena - 9 / 10
Autor - Marion
Ashoka

English version of review on