Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Dead Can Dance – Anastasis


Żartują sobie. Udając, że 16 lat wcale nie upłynęło. Że w roku 2012 można nagrać płytę ostemplowaną rocznikiem 1994 czy 1995, bo wszak już taki „Spiritchaser” brzmiał nowocześniej. Nie uda się przecież po raz drugi wykrzesać „magii” z tej specyficznej mieszanki symetrycznej prostoty (co tu ukrywać, ocierającej się miejscami o banał) i gotyckiego patosu (raczej nie etnicznego, chyba że w rozumieniu new age). Naiwniacy?
Takie i inne myśli towarzyszyły mi przy pierwszym przesłuchaniu „Anastasis”, a z każdym kolejnym wypierało je zdumienie. Nie żartują, można, udało się. I mimo, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat do Lisy Gerrard i Brendana Perry’ego prawie nie wracałem i mimo, że kojarzy mi się ta muzyka głównie z pogrążonymi w nastoletniej depresji współlicealistami, to „Anastasis” obracam w tej chwili po raz któryśnasty i nie przeszkadza mi ani patos, ani melodie od linijki, ani nawet podejrzanie płaskie klawisze. Gatunek o nazwie Dead Can Dance okazuje się odporny na zmiany kalendarza i ewolucję gustu – ponadczasowy.
Trafienie w okołogotycki revival wydaje tyleż przypadkowe, co pozbawione znaczenia. Trójkątnej publiczności album ten nie tylko nie wzruszy – tak jak dorobek Béli Lugosiego doprowadziłby najwyżej do śmiechu wielbicieli (wielbicielki) „Sagi Zmierzchu” – ale zwyczajnie ominie ich szerokim łukiem. New Rock Revolution pokazał nam, że w takich półfenomenach ważniejsza od zawartości jest aktualność. A Dead Can Dance jeszcze bardziej niż przed kilkunastu laty promieniują staroświecką powagą i całkowitym brakiem dystansu, którego dyskurs wirtualny tolerować nie zwykł. Pozostają więc fani.
Ci zachwycą się koncepcyjną i wykonawczą formą Perry’ego, bo co do kondycji wokalnej Gerrard raczej obaw nie było. A także mocarnością wielobarwnych aranżacji i pochodnym raczej wobec nich niż kompozycji napięciem, począwszy od emocjonalnej kulminacji w otwierającym „Children of the Sun” (notabene z sympatycznie gabrielowskim zawyciem od 6:50 wzwyż). „Anabasis” z Lisą przy mikrofonie to deadcandance’owa klasyka klasyki. I tak dalej, spotykamy się z nimi na zmianę, bo podzielili płytę między siebie mniej więcej po równo.
Brak oporów przed sięganiem po wspomniany patos, to jedna z cech, która wyróżnia „Anastasis” na tle współczesności – znacznie bardziej, niż wyróżniał duet pod koniec lat 80. czy na początku 90. W tych pochopnych czasach rzadko spotyka się też płyty tak równe, przemyślane i wymuskane co do każdego dźwięku. I równie niespieszne, bo średnia długość utworu wynosi dokładnie 7 minut. Wreszcie płyty sięgające do inspiracji tak wyeksploatowanych, jak wyspiarska tradycja (patrz „Return of the She-King”). Wprawdzie nie poleciłbym tej płyty nikomu urodzonemu po roku 1990, ale jeśli komuś 4AD kojarzy się raczej z This Mortal Coil i Cocteau Twins niż Arielem Pinkiem i Twin Shadow, to brać, słuchać i zanadto nie główkować – przynajmniej przy pierwszym przesłuchaniu.
Autor - Mariusz Herma

Dead Can Dance – Anastasis