Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Pink Floyd - Endless River

Pink Floyd - Endless River



No dobrze. Jestem już po kilku odsłuchach. Czas na trochę szersze impresje związane z tą płytą.

Obawiam się, że fani zespołu mogą mieć pewien problem z tym albumem nie tylko z powodu faktu, iż jest mocno przeciętny. Chodzi także o kwestie natury stylistycznej. Na pewno nie jest to płyta dla zwolenników psychodelicznych eksperymentów. Niewiele dla siebie znajdą także fani klasycznego progresu. Osoby, którym blisko jest do bardziej konwencjonalnego pop-rocka poczują się zawiedzione, bowiem tylko jeden utwór („Louder than words”) może ewentualnie zaspokoić ich oczekiwania. Komu może zatem przypaść do gustu? Może zostanie pozytywnie odebrany przez zwolenników ambientu ożenionego ze space-rockiem? Może.

Teza Weissa, że muzyka z „The endless river” nawiązuje do płyt Floydów z lat 70-tych („Wish you were here”?) jest trochę naciągana. Nie występuje to w takim nasileniu, aby charakteryzować ten album w taki sposób . Owszem, w „It's what we do” pojawia się sekwencja jakby żywcem wyjęta z syntezatorowego intra w pierwszej części „Shine on you crazy diamond’, tylko że dość szybko zanika, by przejść w coś, co bardziej kojarzy mi się z Floydem z "okresu gilmourowskiego". Skojarzenia z „Wish you were here” może budzić fakt, iż jest to bardzo „klawiszowa płyta”. Tyle że partie keyboardów mają zazwyczaj odmienny charakter niż te z klasycznego albumu zespołu. Inna sprawa, że pod względem stylistycznym i formalnym jest to w dużym stopniu inna forma muzykowania.

Przede wszystkim brakuje mi na tej płycie muzycznej jakości. Wiele utworów jest nijakich. Fakt, że częstokroć są bardzo krótkie wpływa na to, że płyta nabiera zbyt epizodycznego charakteru. Kompozycjom brakuje dramaturgii, wewnętrznej dynamiki, tymczasem w czasach świetności zespół potrafił dobrze operować muzyczną formą. Wycyzelowana architektura albumów i umiejętna narracja sprawiały, że posiadały one swoją dramaturgię, co wzmacniało siłę wyrazu odbieranej muzyki. W przypadku „The endless river” mam wrażenie, jakby muzycy połączyli w jedną całość różne ścinki z sesji nagraniowych. Niby jest to dość spójne w sferze stylistycznej, jednak ewidentnie brakuje naprawdę intrygujących rozwiązań w sferze aranżacyjnej, melodycznej i kolorystycznej.

Często słuchając tej płyty mam wrażenie, jakbym słuchał jakichś odrzutów z sesji nagraniowych. „Allons-y (1)” przywodzi skojarzenia z „The wall”, „Louder than words” wpisuje się mocno w stylistykę z okresu, gdy na pokładzie dowodził już David Gilmour, natomiast wspomniany „It's what we do" z „Wish you were here”. Niemała część materiału to quasi ambientowe pejzaże, które, przynajmniej po mnie, spływają, jak woda po gęsi. Ich programowy minimalizm sprawia, że brakuje im muzycznych treści, co siłą rzeczy wywołuje odczucie monotonii. W tym miejscu obiektywnie muszę zaznaczyć, że być może jest to kwestia osobistych preferencji. Ambient i jego pochodne znajdują się daleko od epicentrum moich zainteresowań muzycznych, dlatego siłą rzeczy takie klimaty nie szczególnie do mnie przemawiają.

Dojmujący jest brak intrygujących partii instrumentalnych. Rozczarowały mnie nawet solówki gitarowe Gilmoura. Brakuje im siły wyrazu, nie posiadają już tak atrakcyjnej melodyki. Ewidentnie cierpią na brak naprawdę frapujących pomysłów. To w zasadzie kolejny dowód na to, że potencjał zespołu mocno się skurczył, nawet w kontekście dokonań z lat 80-tych i 90-tych. Nie ma niestety na tym albumie żadnego utworu, który mógłby być jego wizytówką i przejść do kanonu klasycznych kompozycji zespołu. Żaden, nawet połowicznie, nie spełnia wymagań. Nawet na ostatnich albumach, które nie były przecież jakimiś szczególnymi osiągnięciami artystycznymi można było coś wybrać – „Sorrow” („A momentary lapse of reason”), „High hopes” („The division bell"). Nie chcę potępiać tego albumu w czambuł. W grę mogą przecież wchodzić także indywidualne preferencje słuchacza. W każdym bądź razie na dzień dzisiejszy faktem jest, że po tych kilku odsłuchach nie zdołałem się z tą płytą jakoś bliżej zaprzyjaźnić. Mam nieodparte przeświadczenie, że gdyby nie był on wydany pod szyldem Pink Floyd to dzisiaj mało komu chciałoby się pisać na jego temat sążniste posty, artykuły czy też kruszyć o niego kopie w rozlicznych sporach. Pewnie na naszym forum także czeka nas niejedna polemika na jego temat. Czas pokaże jaka będzie temperatura tych sporów oraz do jakich dojdziemy wniosków.

„The endless river” jest w moim przekonaniu przeciętnym albumem, co w kontekście takiej nazwy jak Pink Floyd jest dość poważnym zarzutem. Noblesse oblige! Słuchając tej płyty siłą rzeczy będziemy porównywać ją z dorobkiem zespołu z poprzednich lat, trudno przecież zupełnie abstrahować od przeszłości. Jak by na to nie patrzeć to jednak „The endless river” wypada na ich tle blado. Na paradoks zakrawa fakt, że zespół, który w latach 60-tych i przynajmniej w pierwszej połowie lat 70-tych był synonimem nowoczesności w sferze artystycznej i technologicznej dzisiaj funduje nam bardzo zachowawcze wydawnictwo sklecone w dużej mierze z różnych fragmentów, które powstały 20 lat temu.

W zasadzie to nie miałem wobec tej płyty szczególnych oczekiwań. Nastawiałem się poważnie na to, że będzie to raczej coś poniżej poziomu ostatnich dokonań zespołu. Liczyłem na kilka dobrych utworów, do których będzie można od czasu do czasu wracać. Na chwilę obecną mam z tym problem. Biologia ma swoje prawa, Dave chyba nie jest już w stanie przygotować samodzielnie odpowiednio dobrego materiału na album pod szyldem tak renomowanej grupy. Nie wiem czy nie byłoby lepiej wydać tego materiału w ramach jakiegoś boxu. Byłby to ciekawy smaczek dla fanów, którzy przynajmniej po części byliby usatysfakcjonowani. Wiadomo, że z tymi rarytasami na „Discovery” nie było tak różowo, a przynajmniej oczekiwania były znacznie większe.

„The endless river” jest doskonałym materiałem na soundtrack. Niejednokrotnie miałem wrażenie jakbym słuchał ścieżki dźwiękowej do jakiegoś filmu. Muzyka dobrze inkrustowałaby jakiś subtelny obraz poetycki z motywem tajemnicy, zagubienia, alienacji. Jako samodzielny album jest jednak zbyt ubogi w treści muzyczne.

Odczuwalny jest brak Rogera Watersa. Nie chodzi nawet o pomysły muzyczne, bo to przecież truizm. Waters był znakomitym konceptualistą. Posiadał umiejętność wykorzystywania pewnych nośnych tematów, które sprawnie wplatane były w muzyczną formę, tworząc koherentną całość. W przypadku „The endless river” w sferze muzycznej zauważalny jest pewien chaos i niezborność. Drzewiej zespół potrafił umiejętnie łączyć krótsze fragmenty muzyczne, tworząc suity czy też inne rozbudowane kompozycje, które cechowały się dużą siłą wyrazu („Echoes", „Shine on you crazy diamond"). Były one świadectwem dobrego opanowania tworzywa formalnego. W tych dłuższych formach muzycznych uwagę zwracały choćby takie rzeczy, jak: zmysł wyważenia proporcji, umiejętne przygotowanie i rozładowanie napięcia akcji muzycznej w obrębie kompozycji, operowanie kontrastami, które wzmacniały wewnętrzną dynamikę utworów. Ciekawym wzbogaceniem były elementy muzyki konkretnej, nierzadko dość intrygujące. Tymczasem w tym kontekście na "The endless river" zespół jakby zatracił swoje atuty, zapomniał o swoich mocnych stronach i zaproponował luźne impresje dźwiękowe, które nie tworzą niestety interesującej całości. Brakuje im dramaturgii, razi w nich często brak rozwinięcia niektórych pomysłów. W rezultacie otrzymaliśmy coś na kształt dźwiękowego brulionu z pomysłami, którym brakuje nośnych tematów oraz logicznej, atrakcyjnej formy. Razi nadmierna epizodyczność, niewątpliwie zabrakło tu doszlifowania pewnych pomysłów a nade wszystko muzycznej jakości.

Nie pomstuję na ten album z punktu widzenia zawiedzionego fana eksperymentalnej psychodelii i klasycyzującego progresu. Nie czekałem na nową „Ummagummę” czy też „The dark side of the moon”. Gdyby artyści chcieli wcielić w życie taką ideę byłoby to tylko świadectwem ich zupełnego braku rozwoju i zasklepienia się w starych, zmurszałych formach. Byłyby to już tylko regresywne konwulsje wypalonego zespołu. Liczyłem na to, że zespół w ciekawy i atrakcyjny sposób połączy „stare” i „nowe” idee muzyczne, wchodząc śmiało w nowe stulecie ze świeżym materiałem. W gruncie rzeczy pod względem czysto formalnym tak właśnie jest. Na „The endless river” słychać, że taki koncept nie był artystom obcy. Zabrakło jednak atrakcyjnej formuły przekazu i naprawdę interesujących pomysłów muzycznych.

Mam nadzieję, że błądzę, może jeszcze nie odkryłem ukrytego potencjału tej płyty. Być może to kwestia czasu, osłuchania się z nowym materiałem. Na dzień dzisiejszy taka perspektywa wydaje mi się jednak mało prawdopodobna.
Autor - Aleksander Filipowski