Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

David Gilmour - Rattle that lock

Nowa płyta Gilmoura. Przez jednych długo oczekiwana, inni zapewne już dawno odpuścili sobie śledzenie jego poczynań muzycznych. Sam nie specjalnie na nią oczekiwałem. Nie robiłem sobie praktycznie żadnych nadziei. Odsłuchałem ją bardziej z kronikarskiego obowiązku i sentymentu. Poza tym, mimo wszystko, warto wiedzieć, jak poczyna sobie obecnie tak ważny artysta dla muzyki rockowej, jak Gilmour. Dobrze, że Davidowi ciągle chce się nagrywać nową muzykę. Biorąc pod uwagę komfortową sytuację, w jakiej się obecnie znajduje. Przecież już od dawna nie musi nikomu nic udowadniać. Płyta na szczęście nie jest zbyt długa. Trwa nieco ponad 51 minut, gdyby byłoby to sążniste wydawnictwo w stylu Dream Theater, byłaby bardzo trudna do zdzierżenia
Obawiam się, że fani Pink Floyd mogą mieć pewien problem z tym albumem, nie tylko z powodu faktu, iż jest mocno przeciętny. Chodzi także o kwestie natury stylistycznej. Na pewno nie jest to płyta dla zwolenników psychodelicznych eksperymentów. Niewiele dla siebie znajdą także fani klasycznego progresu. Być może pozytywnie odbiorą go osoby, którym blisko jest do bardziej konwencjonalnego pop-rocka. Czy jednak takie utwory, jak „Rattle that lock” czy też „Today” będą dla nich atrakcyjne? Mam poważne wątpliwości. Sporo jest na tej płycie smęcenia. Niektóre spokojniejsze utwory rażą nadmiernym konserwatyzmem („The girl in the yellow dress”, „Dancing right in front of me”). Materiał jest zbyt „ugrzeczniony”, ponadto brakuje mu siły wyrazu. Wpisuje się dokładnie w model albumu nagranego przez podstarzałego rockmana – zawiera bowiem dość standardowy zestaw grzechów właściwych tego typu wydawnictwom. Brakuje mu choć odrobiny błysku szaleństwa, czegoś bardziej niekonwencjonalnego. Gilmour prawdopodobnie założył sobie, że nagra „normalną” płytę rockową. Żadnego „kosmosu”, dziwadełek czy też jakichkolwiek eksperymentów. No i nagrał. Tyle, że wyszedł z tego album bardzo przewidywalny, do bólu konwencjonalny, pozbawiony tego „czegoś”, co odróżni go od masy innych wydawnictw, które zalewają rynek muzyczny.
Wedle mojego przekonania jest to album ewidentnie słabszy od „On an island”. Niektóre kompozycje sprawiają wrażenie, jakby były odrzutami z tamtych sesji nagraniowych. To zbiór dość konwencjonalnych piosenek. Brakuje na nim chwytliwych czy też bardziej nośnych melodii. Żaden utwór nie zasługuje na miano kilera. Obawiam się, że jest to jeszcze jeden krążek, który posłuchamy sobie kilka razy, a potem odłożymy na półkę, gdzie stopniowo będzie pokrywał się coraz większą warstwą kurzu. To dobrze, że Gilmourowi jeszcze się chce, tylko czy ten materiał sprawi, że spłynie na niego jeszcze większy splendor i uznanie. Nie sądzę. To jeszcze jeden z tych albumów, które zapewne przemknąłby niezauważony przez rynek, gdyby nie firmowała go znana persona z wybitnego zespołu.
Wartością dodaną Gilmoura była zawsze jego sztuka gitarowa. Tymczasem na „Rattle that lock” jego instrument już nie czaruje tak, jak drzewiej bywało. Owszem, jego partie są nadal bardzo charakterystyczne, potrafią przykuwać uwagę słuchacza, jednak zbyt często brakuje im siły wyrazu, nie posiadają już tak atrakcyjnej melodyki. Ewidentnie cierpią na brak naprawdę frapujących pomysłów. Po raz kolejny okazało się, że biologia ma swoje nieubłagane prawa.
Tym razem mniej efektownie wypadły partie orkiestrowe Zbigniewa Preisnera. Zabrakło naprawdę ciekawych pomysłów aranżacyjnych i brzmieniowych. Po części jest to zapewne wina samego materiału wyjściowego – z jednej strony jest on mniej interesujący niż ten na „On an island”, z drugiej, tamten jakby bardziej był predestynowany, aby okrasić go orkiestrowymi fakturami. Dojmujący jest brak naprawdę intrygujących partii instrumentalnych. Być może David wziął zbyt wiele na siebie. Brakuje mi trochę na tej płycie bardziej zespołowego grania. Ano właśnie, zespołowego! Każdy solowy album muzyków, wywodzących się z Pink Floyd był dla mnie dowodem na to, że ich najmocniejszą stroną był jednak kolektyw. Działając solo i biorąc wszystkie sprawy w swoje ręce nie byli w stanie stworzyć dzieł tak bogatych w treści. Brakowało im wystarczającej ilości pomysłów, wszechstronności. Na albumach solowych nie ma już także tej „chemii”, która emanowała z projektów nagranych pod szyldem Pink Floyd. Wspólne muzykowanie sprawiało, że częstokroć udawało się im zniwelować różnego rodzaju niedoskonałości, z którymi się zmagali. To zresztą w muzyce rockowej częste zjawisko. Kolektyw to zdecydowanie lepsza forma realizowania różnych wizji artystycznych. Tylko wybitne, niezwykle kreatywne i wszechstronne jednostki były w stanie podążać dłużej samodzielnie (vide Frank Zappa). Nawet jednak i w ich przypadku potrzebni byli doskonali wykonawcy, którzy potrafiliby przekuć na język dźwięków ich idee.
Co pozostanie z nami na dłużej z „Rattle that lock”? Obawiam się, że nic. O ile na poprzednim albumie zaintrygować mógł utwór tytułowy, który zawierał przebłyski naprawdę interesującego grania i, co istotne, przywodził floydowskie skojarzenia. Nostalgia dla starego fana to naprawdę bardzo istotna rzecz. Biorąc pod uwagę wszystkie solowe dokonania artysty to właśnie ten najnowszy wydaje mi się najmniej interesujący. Nawet obciążony ejtisowym soundem „About face” wydaje się mieć więcej atutów. Subiektywna ocena: 5,5/10.
Autor - Mahavishnuu