Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Yes - Relayer

Gdybym miał wybrać najciekawszy tekst na temat grupy Yes, jaki pojawił się w naszej prasie wybrałbym „14XTAK”, Jana Skaradzińskiego. Został napisany dawno temu - ukazał się na łamach tygodnika „Razem” w 1987 roku. Gdy czytałem go po raz pierwszy znałem tylko album „90125”. Tekst zachęcił mnie do poznania dyskografii zespołu. Skaradzińskiemu doskonale udało się uchwycić esencję muzyki Yes, poza tym, mimo iż był gorącym zwolennikiem jego twórczości, potrafił spojrzeć krytycznie na jego poczynania. Warto podkreślić także znakomite pióro autora. Gdybym dzisiaj miał wybrać swoje ulubione płyty tego zespołu postawiłbym na „Relayer” i „Close To The Edge”. Co ciekawe, Skaradziński nie przepadał specjalnie za tym pierwszym. O ile w przypadku zdecydowanej większości płyt podzielam jego opinie (nie przepadam na przykład za debiutem, „Time And A Word” i koncertowym „Yessongs”), to w przypadku „Relayer” mam odmienne zdanie. Skaradziński tak pisał o tym albumie:
„Relayer trudno dziś uznać za dzieło udane. Ciepło i liryzm zastąpiły wydumane, parajazzowe akcenty (Sound Chaser), w które starano się wtopić typową dla Andersona melodykę (To Be Over) z elementami - nawet! - dalekowschodnimi. Jeśli coś broni się z muzyki YES z 1974 roku, to jest tym z pewnością pełna wykonawczego rozmachu suita The Gates Of Delirium - prawdziwa bitwa instrumentów z deserowym Soon, istną definicją piękna i chyba najsławniejszym kawałkiem zespołu (zwraca uwagę przemyślana aranżacja)”.
Nie potwierdziły się słowa Billa Bruforda, który w 1972 roku odchodząc z Yes powiedział: „Wraz z Close To The Edge osiągnąłem szczyt i wiedziałem, że to, co przyjdzie później, będzie tej płyty kolejną wersją”. Zarówno „Tales From Topographic Oceans”, jak i „Relayer” nie były kopiami magnum opus zespołu. Dla mnie „Relayer” jest świadectwem rozwoju orkiestry Andersona. Muzycy eksperymentują z formą i brzmieniem, starają się urozmaicić swój język muzyczny, pojawiają się próby inkorporacji wybranych elementów jazz-rocka, co ciekawie wypadło w „Sound Chaser”. Miejscami w swoich eksploracjach ocierają się o rockową awangardę (środkowa część „The Gates Of Delirium” czy też fragmenty wspomnianego „Sound Chaser”. Dobrze wprowadził się do zespołu Patrick Moraz, który w 1974 roku był w życiowej formie. Szkoda, że pojawił się w momencie, gdy większość partii na płytę została już zarejestrowana. Gdyby zawitał nieco wcześniej miałby z pewnością większe pole do popisu. Największe wrażenie robi jednak gra Steve'a Howe'a, który jeszcze raz udowodnił swoją wrażliwość i wszechstronność (zmysł melodyczny i subtelność w „Soon”, oszałamiająca technika w „Sound Chaser”, umiejętne budowanie nastroju - klimatyczne orientalizmy w „To Be Over”).
Autor - Mahavishnuu
Fun Page